J. M. Barrie, „Piotruś Pan i Wanda”
Recenzowała: Jagoda Wochlik
„Tak długo, jak długo dzieci będą beztroskie, niewinne i nieczułe”
Nie znam nikogo, kto nie słyszałby o Piotrusiu Panie. Ten chłopczyk na trwałe zapisał się na kartach historii literatury dziecięcej, historii kina, a nawet psychologii. O Piotrusiu mówi się w kontekście syndromu nazwanego jego imieniem, w kontekście postaci, które zmieniły świat, choć przecież nigdy nie żyły, jako o jednej z bajek ze stajni słynnego twórcy pewnej sympatycznej myszki, a także odwołując się do niezapomnianego filmu z Johnnym Deppem. Kłopot w tym, że mówiąc o Piotrusiu Panie, rzadko, prawie nigdy nie mówimy o Piotrusiu Panie. Znacie go? Założę się, że większość z Was zakrzyknęła teraz: „Pewnie!”. No dobrze, ale myślicie o chłopcu w zielonym wdzianku z bajki Disneya, Robinie Williamsie, czy może właśnie o filmie z Deppem? Najgorzej, jeśli pomyśleliście o książce Jakuba Ćwieka, bo i tak mogło się wydarzyć. Kłopot w tym, że nie znam nikogo, kto czytałby „Piotrusia Pana”. Prawdziwego „Piotrusia Pana”. Ja też nie, dlatego gdy wydawnictwo Zysk i Spółka zaproponowało nam nowe wydanie tej klasycznej książki, postanowiłam zerwać ze swoją ignorancją.
Historię tę znamy już wszyscy. Pewnej nocy do pokoju trójki rodzeństwa – Wandy, Jasia i Michasia wpada chłopiec imieniem Piotruś Pan i zabiera ich do magicznej krainy, gdzie dzieci przeżywają niesamowite przygody, w tym walczą z okrutnym kapitanem Jakubem Hakiem, który prześladowany jest przez krokodyla z zegarkiem w brzuchu. Tyle, że to jedynie ślizganie się po powierzchni tej historii. Są przecież jeszcze inni zagubieni chłopcy. Czy wiedzieliście, że było ich jedynie sześciu, a angielskie rodzeństwo nosiło nazwisko Kochańscy?
Bardzo podoba mi się narracja J.M. Barrie’go. Jest w niej jakaś lekkość, niezwykły dowcip angielskiego dżentelmena, który doskonale wie, że jego odbiorcami są dzieci. A jednak nie traktuje ich z góry, narracja nie jest infantylna. Przeciwnie, dla Barrie’ego dzieci są partnerem do rozmowy. Co więcej, w książce jest coś z dawnych wielkich baśni. Barrie czerpie z tradycji Andersena czy braci Grimm. Zatem bywa smutno, bywa strasznie. Jeśli chłopcy zabijają, zabijają naprawdę. Na uwagę zasługuje także sama postać Piotrusia. Z jednej strony typowo dziecięca, z drugiej jest w niej coś niepokojącego. Piotruś jest zarazem przyciągający i odpychający. Przynajmniej dla mnie.
Mówiąc o nowym wydaniu „Piotrusia Pana”, należy też wspomnień o tłumaczeniu Władysława Jerzyńskiego. Przywykliśmy już, że wróżka towarzysząca chłopcu, który nie chce dorosnąć, nosi imię Dzwoneczek, a kraina, z której przybyli to Nibylandia. Tymczasem Jerzyński proponuje nam Brzenczynkę i Nigdylandię. Ta druga jest bliższa zamysłowi samego twórcy, czy jednak przyjmie się w naszym kraju? Bardzo wątpię. Pewnie Nigdylandia i Brzęczynka podzielą los Fizi Pończoszanki oraz Fredzi Phi Phi (dla niezorientowanych Fizia to stara, poczciwa, rudowłosa Pippi, a Fredzia Phi Phi to… Kubuś Puchatek).
Przepięknie wyglądają też ilustracje Kamili Stankiewicz. Moją faworytką jest ta przedstawiająca Lilię Tygrysicę, ale w zasadzie każda z nich jest osobnym, małym, czarno-białym dziełem sztuki. Najnowsze wydanie książki Barrie’go w ogóle prezentuje się znakomicie.
Bardzo ubolewam, że prawdziwego, oryginalnego Piotrusia tak bardzo przykryły jego inne, komercyjne, popkulturowe wizerunki. Dlatego apeluję: czytajcie „Piotrusia Pana”. Czytajcie, bo warto!
- autor: J.M. Barrie
- tytuł: „Piotruś Pan i Wanda”
- tytuł oryginału: “Peter Pan and Wendy”
- tłumaczenie: Władysław Jerzyński
- wydawnictwo: Zysk i S-ka
- ilość stron: 241
- ISBN 978-83-7785-195-1






