Nail Gaiman, "Na szczęście mleko… "
Zagubiony w czasie, czyli tatusiowa misja ratunkowa
„Jak ja wam zaraz coś ciekawego opowiem na dobranoc,
to nie uśniecie do przyszłego wtorku”.
– Rodzina zastępcza, odcinek 95, Ślady pantofla.
Z ogromnym niepokojem sięgałam po nową książkę dla dzieci Gaimana. Był wieczór. Tak na próbę wyjęłam ją w autobusie, by sprawdzić początek. Cóż, muszę przyznać, że zakorkowane ulice nigdy nie były mi tak na rękę – historia wciągnęła mnie bez reszty i gdyby trzeba było, naprawdę dojechałabym na pętlę, byle tylko ją skończyć.
Każdy wie, że kiedy mama wyjeżdża, w domu może zdarzyć się dosłownie wszystko (w końcu wymaganie od mężczyzny pamiętania o tych niezliczonych i mało istotnych rzeczach jak: karmienie zwierzątek domowych, zaopatrywanie lodówki czy pranie jest absurdalne, mężczyźni ewentualnie dopilnują dzieci, jeśli będzie im się chciało wstać z kanapy). Tak też zaczyna się Na szczęście mleko…: zwariowana, pełna humoru, przygód i niesamowitych zwrotów akcji książka Gaimana.
Narracja prowadzona jest dwutorowo. W teraźniejszości opowiada ją bezimienny chłopiec, którego ojciec wyszedł do sklepu, natomiast jako relację z przeszłych wydarzeń widzimy opowieść owego taty, który tłumaczy, czemu zakupy zajęły mu tyle czasu (skoro przecież wyszedł tylko po mleko). Ciekawym, uniwersalistycznym zabiegiem jest anonimowość głównych bohaterów (Mama, Tata, Siostra i ja – czyli kilkuletni chłopiec) – przekonująca o tym, że taka historia mogła przydarzyć się każdemu, a wyjście po mleko może naprawdę być początkiem wielkiej, epickiej przygody.
Na okładce jest wyraźne ostrzeżenie, że w historii owej nie występują śluzowaci obcy, policja międzygalaktyczna, piraci, bogowie żądający ofiar z ludzi. Nie pojawia się też ani jeden podróżujący latającym balonem profesor Steg. Nie będę więc wypowiadać się na temat tych niepojawiających się postaci, zdradzę jednak, że spotkamy pewnego wumpira (pisownia zamierzona i celowa) a będzie to nie kto inny, jak: „blady i interesujący Edward”. (Kto by się go spodziewał w tej historii?) Już po pierwszych stronach można rozpoznać charakterystyczny styl Gaimana i nie ma najmniejszych wątpliwości, że znalazło się odpowiednią książkę na wspólne czytanie z dzieckiem (i wreszcie nie jest to historia, która sprawi radość tylko dziecku, ponieważ dorośli – jestem świadkiem – również świetnie się przy niej bawią).
Dodatkowym atutem, o którym nie sposób nie wspomnieć, są doskonałe ilustracje znanego grafika – Chrisa Riddella – bez wątpienia oddające klimat historii o tym, jak karton mleka zmienił historię wszechświata. Dlatego dobrze radzę – kiedy następnym razem będziecie sięgać do lodówki po mleko, zastanówcie się, nigdy bowiem nie wiadomo, co się stanie, kiedy będziecie mieć go w ręku. Szczerze i serdecznie polecam książkę, a swój egzemplarz z największą przyjemnością powierzam mojej bratanicy.
Korekta: Aleksandra Żurek
- Autor: Nail Gaiman
- Tytuł: Na szczęście mleko…
- Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
- Tytuł oryginału: Fortunately, the Milk...
- Wydawnictwo: Galeria Książki
- Data wydania: 6 listopada 2013
- ISBN: 9788364297090
- Liczba stron: 160





