Cielak zazwyczaj zaczynał od regału... Na swoje nieszczęście człowiek miał ogromny regał, zajmujący całą ścianę. Najdłuższą ścianę w człowieczym domu. Na owym meblu ogromnym było mnóstwo półek. A na tych półkach znajdowały się zazwyczaj książki. Książki jednakowoż, zazwyczaj, nie zajmowały całych półek, tylko ich fragmenty.
Pozostała część półek należała do wszelakiego rodzaju bibelotów.
Człowiek, jako że był z natury wrażliwy, a wiadomo, że wrażliwcy są wrażliwi, otaczał się niekiedy różnorakimi elementami wyrażającymi tę wrażliwą wrażliwość. Czyli ustawiał człowiek na półach ogromnego regału puchate słodkie maskotki przedstawiające zwierzątka, zdjęcia z podróży w ślicznych kolorowych ramkach, pamiątki z wyjazdów, drobne prezenty od znajomych, artystyczne świeczki, dzbanuszki porcelanowe, szklane słoniki, małe puchate owieczki (chyba ze czterdzieści ich tam stało, tych owieczek). Świszczącego świstaka człowiek nawet ustawił, a także kilkanaście wełnianych laleczek, gromadę drewnianych rozkosznych sówek, stado pluszowych Smoków Wawelskich różnego rozmiaru i wyrazu pyska oraz z najrozmaitszymi napisami na brzuchu, kubeczki z długopisami, plastikowy pojemnik z kolorowymi, szklanymi kulkami, małe, kolekcjonerskie karty do gry… oraz wiele, wiele innych drobiazgów tego typu bądź podobnych.
Feeria słodkości dla wrażliwego wrażliwca.
Nie trzeba dodawać, że któregoś pięknego dnia człowiek wrócił do domu i zastał te wszystkie cuda (czytaj: wymienione z nazwy i opisu słodkości dla wrażliwego wrażliwca oraz te wszystkie niewymienione, acz trzymane w tak zwanym domyśle narratora) na podłodze.
Kota człowiek wtedy na regale nie zastał.
Nie wiadomo, jakim cudem udało się kotu ukrywać poza zasięgiem człowieka przez około tydzień. Jest wielce prawdopodobne, że kot poprosił o azyl panią babcię sąsiadkę.
Pies nie posiadał zdolności Spidermana. Ale miał inne zdolności.
Czy ktoś wspominał o poduszkach?
Nie trzeba dodawać, że człowiek kilkakrotnie zastawał dom ustrojony pierzem z poduszek. Zazwyczaj pierze owo – znane też jako białe dodatki na meblach, podłodze, ścianach, kwiatkach, przyczepione do firanek i zasłonek (oprócz przyczepionego doń zazwyczaj kota) bądź przylepione do wszystkiego, co posiadało powierzchnię, do której mogłoby się przylepić albo też drobiny wylatujące z dziwnych miejsc w domu, jeszcze długie tygodnie po zrobieniu porządków – świadczyło o tym, że pod nieobecność człowieka pies miał niesamowitą zabawę, w sypialni człowieka oczywiście. A gdzieżby indziej.
Czy ktoś wspominał o opróżnianiu kuchennych szafek z sypkich produktów spożywczych, najlepiej mąki? Dlaczego tak się działo? Pies oraz kot mieli doskonałą wprost zabawę, ślizgając się po owej mące, rozsypanej na terakotowych płytkach kuchennej podłogi. Rozpędzali się w korytarzu i… hadziaaaaaaaa! Pac! Ziuuuuuuuuu...!
Ślizgiem prostym przemierzali prawie całą kuchnię dzięki mące – zazwyczaj krupczatce – rozsypanej na podłodze. Najlepiej ślizgało się na krupczatce. Inna mąka miała niekiedy mikrogrudki. Ewentualnie innego rodzaju fragmenty z niedokładnego przemiału/ przesiewu przez sito w młynie… (to tam jest jakieś sito?!), a to zmniejszało komfort jazdy.
Nie trzeba dodawać, że kilkakrotnie człowiek, wróciwszy wcześniej z wyjazdu, przyłapał psa oraz kota na ślizganiu się w kuchni. Ostatnim razem miarka się przebrała i wtedy wszyscy troje wylądowali u zwierzęcego behawiorysty. Mieli we czwórkę wylądować, ale pani babcia sąsiadka zaoponowała. Powiedziała, że o niczym nie wie i według niej pies i kot zachowują się grzecznie jak te przysłowiowe aniołki.
– Aniołki z rozłupaną dupką – warknął człowiek. – Chyba babcia nie wie, co mówi!
– Papieroska sobie zapal lepiej… – Podstawiła człowiekowi pod nos skręty. – Przejdzie ci od razu, a może i ze swoimi podopiecznymi ślizgać w kuchni się zaczniesz.
– A podobno sąsiadka nic nie wie?!
– Herbatki może ci zrobić?
– Myślałem, że im przejdzie z wiekiem – chlipał człowiek w gabinecie u behawiorysty. Kot i pies siedzieli pod ścianą.
– Hm... – zamyślił się behawiorysta – przypuszczam, że wątpię, proszę szanownego pana. Chodzi o to, że skoro im do tej pory nie przeszło, to znaczy… że będzie tylko gorzej.
– O Boże! – Człowiek zakrył twarz dłońmi. – Biada mi! Biada!
– Ale oczywiście są sposoby, żeby ograniczyć destruktywne działanie pana zwierząt… Dla psa przewiduję trening oswajania się z klatką kennelową, dla kota proponuję na przykład…
- Apage behawiorysto! Zobaczysz, podczas jego wyjazdów będziemy kiblować w hotelu – kwęknął kot.
– No, nie wiem –kwęknął pies półgębkiem – po naszych ostatnich zabawach jesteśmy na czarnej liście prawie wszystkich hotelików dla zwierząt w mieście.
– Co tam w mieście… w całym województwie. Tak sobie myślę, że… nawet… jakoś… chyba… szkoda zrobiło mi się tego naszego karmiciela. – Kot spojrzał na człowieka. – Może by tak...
Behawiorysta zwierzęcy podał człowiekowi chusteczkę.
– I wzorem małych dzieci pana zwierzęta kochają beztroską zabawę. Innymi słowy, proszę traktować swoich podopiecznych jak dwuletnie dzieci.
– Ty, ja sobie wypraszam! – warknął pies. – Dorosły jestem!
– Wiesz, skoro zdolność do dzikiej zabawy byle czym i odczuwanie przy tym uciechy po pachy jest domeną dzieci, to znaczy, że połowa dorosłego społeczeństwa ma mentalność dwulatków.
– Mhm, czyli żyjemy z przedszkolakami?
– Raczej mamy do czynienia z jednym wielkim żłobkiem…
– To zastanawiające.
– Rzeczywiście.
– Znaczy co?
– Znaczy, głupawka niemile widziana.
– Nie mów tego głośno, bo nas wrzucą do klatki.
– Ech… ludzie.
Kot spojrzał na psa. Pies spojrzał na kota. Puścili do siebie oczko.
Nie trzeba dodawać, że tym razem, kiedy po powrocie z kilkudniowego wyjazdu, człowiek wszedł do domu, a raczej cicho otworzył drzwi, postawił torby w przedpokoju, zrobił kilka kroków i… o mało nie krzyknął.
Potem zamarł. Dosłownie. Zdębiał. Stał zdruzgotany, zaskoczony. Najzwyczajniej w świecie nie wiedział, co robić. Pomyślał, że tego już za wiele… że chyba zaraz zwariuje…
– Nie, no tego już za wiele, ja chyba zaraz zwariuję.
Pies i kot siedzieli na kanapie.
– To się nie dzieje… to się nie dzieje naprawdę… – mamrotał człowiek – zamkną mnie w psychiatryku. Od razu. Na zawsze. Nie wiem, czy to nie wpłynie na moją karierę literacką. Nawet nie chciałbym tego sprawdzać. To się nie dzieje… to się nie dzieje naprawdę! Nie wierzę własnym oczom!
W domu nie było ani krztyny bałaganu. Ba, człowiek nawet wypatrzył elementy porządku.
– Pewnie pani babcia sąsiadka posprzątała. Koniec świata, jak pragnę schudnąć, koniec świata.
I okolic.
Pies i kot siedzieli na kanapie i prowadzili rozmowę. Człowiek musiał się oprzeć o framugę, żeby nie upaść. Targały nim wichry emocji.
Konwersacja zwierząt, od momentu, w którym człowiek zaczął słuchać, przebiegała mniej więcej tak:
– Mój drogi kudłaty kolego, bardzo miło mi się z tobą prowadzi dyskurs.
– I wzajemnie, przyjacielu, wzajemnie.
– Jak długo trwa nasza wymiana zdań, spostrzeżeń vel wniosków?
– Pozwól, że sprawdzę chronometr… och, to już trwa trzecią godzinę. Jak woda ten czas płynie w twoim towarzystwie. Jak miło…
– Takoż, o ile pozwolisz… no, nie wiem… mogę już zadać ci to pytanie?
– Jak najbardziej, mój drogi łaciaty koci przyjacielu.
– Ale obiecaj, proszę, że nie będziesz czuł do mnie żadnych animozji, jeżeli to pytanie okaże się jednak zbyt śmiałe.
– Ależ to niemożliwe, przyjacielu, to pytanie… twoje pytania czy zagadnienia, które poruszasz, nigdy nie są zbyt śmiałe. Znasz umiar, masz wyczucie, jesteś taktowny.
– Dziękuję ci, mój szanowny interlokutorze. O tobie mogę powiedzieć to samo, a nawet więcej. Zadowolenie spowodowane tym, że jesteś moim najlepszym przyjacielem, wypełnia mnie nieopisanym szczęściem oraz – wybacz, że to powiem – niedowierzaniem.
– Tak, słusznie prawisz, mój drogi – ja też nie wierzę, a przynajmniej nie do końca, że dane mi było na mojej życiowej drodze spotkać tak szlachetnego, a przy tym jakże skromnego towarzysza doli i niedoli.
– Jesteś dla mnie za dobry, przyznam. Przyznam również, że nie wiem, w jaki sposób się odwdzięczę za ten ocean cierpliwości, który przede mną roztaczasz.
– Och, doprawdy drobiazg. Mój ocean cierpliwości jest niczym w odniesieniu do twojej mądrości życiowej, którą mam zaszczyt i przyjemność być przez ciebie obdarowywany…
– Takoż pozwól, że zadam pytanie, o którym wspomniałem na początku naszej, jakże zajmującej rozmowy. Przepraszam za zmianę toru dialogu, jednak nurtuje mnie jedno zagadnienie...
– Oczywiście, kochany przyjacielu, możesz zadać pytanie. Jak również bądź pewien, że udzielę ci na nie wyczerpującej odpowiedzi.
– Czy mógłbyś… no, nie wiem, czy mogę o to ciebie poprosić, czy też spytać.
– Mnie możesz prosić o wszystko, przyjacielu. Śmiało, śmiało.
– W takim razie... Ale… pamiętasz, co mi obiecałeś mój druhu?
– Pamiętam. Jakżebym mógł zapomnieć.
– A pamiętasz może tę krotochwilę krótką o przedstawicielach gatunku musca domestica?
– Którą masz krotochwilę na myśli, gdyż w zasobach mojej pamięci jest takowych żartów sporo?… Nie chciałbym przytoczyć nieprawidłowej i narażać ciebie tymże na niechybne rozczarowanie. Nie chciałbym cię zawieść…
– Krotochwila, którą pragnę usłyszeć, dotyczy, z tego co kojarzę, kwestii dialogu podczas wystawnego posiłku. Ale nie jestem pewien…
– Ach! Tę krotochwilę pragniesz usłyszeć! Oczywiście, że pamiętam. Z przyjemnością ci ją przytoczę.
– Będę ci niewypowiedzianie wdzięczny, mój najserdeczniejszy przyjacielu.
– Pozwól, że przygotuję się do deklamowania.
Pies wyprostował się, zakasłał, przymknął oczy i zaczął mówić:
– Siedzą dwie muchy na gównie. Nagle jedna głośno pierdnęła, na co druga mówi: No wiesz co?! Nie przy jedzeniu!
Człowiek zemdlał.
Ciąg dalszy nastąpi…
























































