Kraina Honce pogrąża się w chaosie. Władcy tworzących ją dziedzictw walczą między sobą, a w tej walce uczestniczą także przywódcy dwóch rywalizujących nie tylko o rząd dusz religii. Nie jednoczy ich nawet wspólny wróg: krwiożercze karły, najeżdżające coraz śmielej drogi i bezdroża Honce. Najbardziej na tym cierpią zwykli, ubodzy mieszkańcy krainy, których los jest jedynie kartą przetargową w rękach dziedziców i duchownych. Tylko jeden człowiek próbuje zaprowadzić w tym świecie porządek oparty na sprawiedliwości. Zamaskowany Wojownik występujący w obronie pokrzywdzonych i okazujący nadludzkie umiejętności w walce mieczem wkrótce staje się sławny w całym Honce. Na szczęście dla niego niewielu zna tajemnice jego pochodzenia. Ale jak długo będzie w stanie utrzymać w sekrecie to, kim jest naprawdę? "Droga Wojownika" to opowieść o odwadze, miłości i sile, jaka płynie z przezwyciężania własnych słabości. Barwna, pełna przygód i zwrotów akcji historia, wnikliwie opisani bohaterowie oraz z rozmachem nakreślone tło polityczne to największe zalety pierwszej części czterotomowej "Sagi pierwszego króla".
FRAGMENT
1. Szlak Chmur
Brat Bran Dynard wyszedł z pokoju wprost w smugę porannego światła. Słońce przebijało się przez rozrzucone po niebie niewielkie chmury, które były tak naprawdę zaledwie postrzępionymi liniami bieli szarpanymi przez wiatr. Słoneczne rozbłyski upstrzyły świetlistymi plamami taras i mosty, a pozostałe po nocnym deszczu kałuże chwytały promienie poranka i odbijały je, tworząc migoczącą poświatę.
Brat Dynard przeszedł przez pomost do sięgającej pasa balustrady i oparł się o nią. Popatrzył w dół na chmury, które opływały zbocza znajdującej się pod nim góry. Potem spojrzał w stronę dna doliny rozpościerającej się kilkaset stóp niżej. Chociaż dorastał na północ od potężnych Gór Pancernych, choć żeglował wzdłuż wschodnich krańców tego wielkiego masywu, dokładnie w jego cieniu, nigdy nie przypuszczał, że kiedyś będzie patrzeć na obłoki z góry.
Patrzeć na nie z góry!
Zauważył iskrzącą się wstążkę rzeki, która wiła się przez dolinę, obmywając ostre kamienie i pokryte czerwonymi bruzdami skały wyrastające jakby wprost z gór. Przebywał tu już od sześciu lat, ale ten widok obcej ziemi, którą koczownicy Behr nazywali Crezen ilaf Flar, czyli Górami Ognia, nigdy nie przestał zadziwiać Dynarda i nigdy nie przestał wzbudzać w jego sercu śmiałych nadziei na osiągnięcie…
Na osiągnięcie czegoś. Na osiągnięcie wszystkiego.
Kiedy siedem lat wcześniej opuścił kaplicę Pryd w części krainy Honce noszącej tę samą nazwę i wyruszył w swoją ewangelizacyjną podróż (jak mnisi określali swoje misje), zniechęcony brat Dynard nie spodziewał się tego, co miało go spotkać. W ciągu dwudziestu, potem trzydziestu lat swojego życia służył dobrze Kościołowi Błogosławionego Abella, a przynajmniej tak sądził. Dlatego był bardzo zaskoczony, kiedy ojciec Jerak wysłał go na misję do krain na południu.
– Jedź na pustynię Behr – sędziwy Jerak powiedział mu pewnego dnia w samym środku lodowatej i mokrej zimy Roku Bożego 47. – Jeżeli udaje nam się zawrócić ludność Honce z ciemnych pogańskich dróg kultu samhaistów, to może nawet bestie z plemienia Behr mogą zostać powołane do uczczenia błogosławionego Abella.
– Bestie z plemienia Behr – wyrecytował półgłosem Dynard i jak tysiąc razy wcześniej sarkastycznie powtórzył to pogardliwe określenie, którego zamieszkujący Honce ludzie o delikatnej, jasnej skórze używali w odniesieniu do smagłych mieszkańców wielkiej pustyni na południe od Gór Pancernych. Behrowie byli koczowniczym plemieniem, które przemierzało rozwiewane przez wiatry piaski pustyni od oazy do oazy, od morza na wschodzie do stepów położonych daleko na zachodzie. Ujeżdżali niekształtne, garbate konie i używali bełkotu zamiast języka; tak przynajmniej twierdzili ci ludzie z Honce, którzy ich znali. Najbardziej fascynująca była w nich wielka skłonność do śmiechu i jeszcze większa do zapalczywego gniewu. W walce byli przeciwnikami tak dzikimi jak prawdziwe bestie, dlatego właśnie tak nazywano ich w Honce.
W ten sposób brat Dynard z niejakim drżeniem wsiadł na statek odpływający z włości dziedzica Ethelberta. Była to jedna z małych na ogół trzymających się wybrzeża łodzi rybackich. Nie wiedział, czego się spodziewać ze strony mieszkańców południa. Czy w ogóle można się z tymi ludźmi jakoś porozumieć? A może istotnie byli tylko dzikusami albo nawet i bestiami?
Pierwsza z długiego szeregu niespodzianek spotkała go, zanim zszedł z łodzi. Misterna konstrukcja Jacinthy, dużej osady w Behr, przewyższała wszystko, co brat Dynard kiedykolwiek widział, nawet w wielkim mieście Delaval w sercu krainy Honce. Białe wieże powiewające jaskrawymi proporcami zawładnęły jego wyobraźnią tego ranka. I do dziś, jeśli chodzi o Jacinthę, najbardziej pamiętał kolory tego miejsca, lśniące barwy i oślepiającą wzorzystość odzieży i materiałów. Tyle barw! Miasto wydawało się jednym wielkim targowiskiem zarządzanym przez wielkie klany szejków miejscowych szczepów, bardziej rozwiniętym i piękniejszym niż którykolwiek z zamków Honce, lśniącym różem i bielą wypolerowanych kamieni. Tryskało energią i żywotnością. Tam właśnie brat Dynard uwierzył naprawdę w sens swojej misji i raz jeszcze zaangażował się w nią całym sercem. Przed Jacinthą był znużony, zgorzkniały i przygnębiony, ale kilka tygodni w tym miejscu znów obudziło go do życia i dało entuzjazm do głoszenia dobrej nowiny o błogosławionym Abellu.
Spędził wiele tygodni w Jacincie, poznając sposób myślenia i język Behrów. Stopniowo dotarła do niego cała śmieszność przesądów, którymi jego rodacy posługiwali się w odniesieniu do tych cywilizowanych i kulturalnych ludzi. Potem nadeszły miesiące, kiedy brat Dynard podróżował z koczownikami przez parzące, gnane wiatrem piaski i odpoczywał w cieniu ogromnych wydm. Rozmawiał z członkami plemienia o swojej wierze, o wspaniałym błogosławionym Abellu, który znalazł poświęconą wyspę i kamienie szlachetne, dary samego Boga. Pokazał im moce kamienia, używając szarego hematytu, kamienia duszy, do uzdrawiania pomniejszych ran i skaleczeń. Słuchali go, byli przy tym tolerancyjni, czasem rozbawieni, choć ku zupełnemu zaskoczeniu Dynarda wcale nie zadziwieni. Kilku nawet okazywało prawdziwe zainteresowanie losami świętego proroka, który zmarł niemal pół wieku wcześniej. Od potencjalnych wyznawców Dynard dowiedział się o tym miejscu, Crezen ilaf Flar, i o żyjących w nim mistykach Jhesta Tu.
Według miejscowych przewodników ci mistycy potrafili dokonywać magicznych czynów podobnych do tego, co pokazywał im Dynard, tylko bez użycia żadnych przedmiotów, szlachetnych kamieni czy czegoś w tym rodzaju.
I tak, pewnego skwarnego letniego dnia prawie sześć lat temu, Bran Dynard przybył do doliny, która rozciągała się poniżej jego obecnej siedziby. Tam gdzie teraz po wiosennych deszczach płynęła rzeka, było tylko suche koryto. W skale wykuto prowadzące ku górze stopnie wiodące krętą trasą aż do dolnego poziomu górskiego klasztoru. Nazwano tę drogę Szlakiem Chmur.
Gdy teraz Dynard wracał myślami do tamtego dnia, miał wrażenie, że było to wieki temu. I rzeczywiście, w ciągu tych sześciu lat nauczył się więcej o sobie, o świecie i – jak głęboko wierzył – o Bogu niż przez pierwsze trzydzieści lat swojego życia.
Nauczył się też miłości. Przyznał to w myślach, gdy jego spojrzenie pomknęło w kierunku samotnej postaci, która wyszła na otwartą przestrzeń, by odprawić poranny rytuał ćwiczeń. Ciepło wezbrało w sercu Dynarda, gdy tak przyglądał się Sen Wi. Dziesięć lat młodsza od niego, o delikatnych, lśniących, czarnych i przypominających ptasie pióra włosach, które sięgały jej ramion, śniada kobieta zdobyła jego serce prawie od pierwszego przelotnego wejrzenia. Uśmiechała się często, niemal nieustannie, stawiała kroki
tak lekko i płynnie, że przypominało to bardziej taniec niż chód.
Dynard obserwował jej precyzyjne obroty i skręty, a ona wdzięcznie i powoli splatała ręce i nogi w swoich rytualnych gestach, rozciągając mięśnie i wzmacniając je. Wiatr delikatnie rozwiewał jej luźny strój: długie do kostek spodnie w kolorze spranej bieli i lśniącą różową koszulkę ozdobioną zawiłym haftem kwiecistych winorośli. Lekki materiał marszczył się i falował, co tylko podkreślało doskonałą i mocną budowę okrytego nim ciała.
Bo w Sen Wi drzemała ogromna siła, chociaż ona sama nie ważyła nawet połowy tego co Dynard.
– Jak to się mogło stać, że mnie pokochała? – pomyślał Dynard, gdy patrzył w dół na tę piękność, na owalną twarz, ciemne brązowe oczy i delikatne usta, doskonale ukształtowane i odsłaniające białe zęby w tym tak częstym u niej ułożeniu lekko wydętych warg, które sprawiały wrażenie, że ciągle się uśmiecha.
Jak bardzo różniła się od niego, o ileż była piękniejsza! Brat Dynard nie mógł się powstrzymać od tych porównań. Jej nos przypominał guzik, jego – dziób jastrzębia. Jej ciało było gładkie i opływowe, ruszała się tak zwinnie jak wierzba na wietrze, podczas gdy on miał sztywną nogę, niezgrabną sylwetkę i jedno ramię nienaturalnie przesunięte do przodu. Jego czarne włosy znacznie się ostatnio przerzedziły, co każdego dnia było coraz bardziej widoczne, mocna niegdyś szczęka stała się dziś podwójnym podbródkiem.
Sen Wi nie zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia, tak jak on w niej. Dlaczego zresztą miałoby się tak stać? Za to słuchała jego każdego wykładu i uczestniczyła w każdej prowadzonej przez niego dyskusji w tych pierwszych miesiącach jego pobytu. Często zostawała dłużej, gdy wszyscy inni odeszli, i prosiła Dynarda o kolejne opowieści na temat szerokiego świata, który znajdował się na północ od znanych jej gór. Dynard wciąż pamiętał tę chwilę, gdy zrozumiał, że jej zainteresowanie wyszło poza chęć dowiedzenia się, co on poznał i zobaczył, kiedy zrozumiał, że chciała słuchać jego opowieści nie po to, żeby dowiedzieć się czegoś o opisywanym przez niego świecie, lecz po to, by poznać jego samego, tego bladego człowieka z całkiem innego świata. Słuchając słów Dynarda, Sen Wi odkrywała jego serce i duszę i w jakiś niepojęty dla niego sposób pokochała go, a potem zgodziła się nie tylko formalnie go poślubić, ale też kiedyś wyjechać i zamieszkać z nim w jego domu w Pryd.
Ale najpierw musieli zakończyć przydzielone sobie zadania.
Zamyślony Dynard spojrzał na ustawione w rzędzie z tyłu tarasu gliniane naczynia wzmocnione żelaznymi obręczami i drewnianymi listwami. Ten zwyczajny obrazek przywiódł mu na myśl wszystkie pogardliwe i obelżywe słowa o ludziach z południa, których Dynard wysłuchiwał przez całe życie. „Zwierzęta z Behr”, rzeczywiście!
A przecież to ci właśnie ludzie odkryli nowe metody hartowania żelaza, przekuwania go w wytrzymały metal, który nazwali srebrzystą stalą. Proces ten był trudny, a wykonane ze stali przedmioty niezwykle cenne. Dla mistyków obrządku Jhesta Tu jedna z najważniejszych prób polegała na wykonaniu z tej stali lekkiego, lecz potężnego miecza.
Sen Wi pracowała nad swoim mieczem każdego dnia od lat. Brat Dynard pamiętał dzień rozpoczęcia tej próby. Odbyła się wtedy wystawna uroczystość, w której uczestniczyło wszystkich czterystu mistyków Jhesta Tu. Zebrali się na tarasie i odprawili modły w intencji jej sukcesu. Wśród monotonnego szumu ich zaśpiewu poświęcony arkusz srebrzystej stali został wniesiony po przecinających zbocze góry schodach przez młodszych członków zgromadzenia. Był tak cienki, że jego powierzchnia marszczyła się na delikatnym nawet wietrze. Miał zaledwie cztery stopy szerokości i prawie dwadzieścia stóp długości.
Wielkie podgrzane kamienne koła rozprasowały metal na tak cienki arkusz, że cały zwój ważył zaledwie kilka funtów. Musiał być lekki, ponieważ cały – z wyjątkiem małych skrawków, które zostaną odcięte na końcu jego obróbki – miał stać się mieczem Sen Wi. To było jej zadanie: miała zabrać ten kawałek wspaniałego metalu do specjalnie zaprojektowanego stołu, który został zbudowany w jej prywatnych pokojach tylko po to, aby mogła na nim wykuć tę broń. Brat Dynard wielokrotnie pytał o ten tajny proces zarówno Sen Wi, jak i wszystkich mistrzów Szlaku Chmur, którzy tak gościnnie przyjmowali go w swoim domu.
Ale niestety był to jedyny sekret, którego nie mogli mu zdradzić.
Dynard nie miał na co narzekać, ponieważ wielkoduszność tych mnichów przerastała wszelkie jego oczekiwania. Słuchali jego historii o błogosławionym Abellu, o Kościele i jego przykazaniach, o jego nadziejach na szerzenie dobrej nowiny. Pozwolili mu głosić swoją wiarę każdemu członkowi Szlaku Chmur, ponieważ ci mistycy postrzegali Dynarda jako jeszcze jedno źródło wiedzy, którą cenili ponad wszystko. W zamian za jego dar dobrej nowiny o Abellu i jego instrukcje dotyczące używania magicznych kamieni szlachetnych Jhesta Tu wprowadzili go w tajniki rozwiniętych przez siebie sztuk duchowych, umysłowych i wojennych, choć w tych ostatnich nie odnosił żadnych sukcesów. Mile widziane były nie tylko jego pytania, ale i miłość kwitnąca między tym dziwnym człowiekiem z północnych ziem i kobietą z ich plemienia.
Wreszcie też dali Dynardowi być może największy dar: nauczyli go swojego języka, zupełnie innego niż mowa ludzi z Honce. Pożyczyli mu kopię Księgi Jhest, która była źródłem ich religii i tożsamości.
Tak wiele z ich sekretów zostało ujawnionych na stronach tej opasłej księgi! Była niczym podręcznik sztuki koncentracji, umysłowej kontroli ciała, tańca wojennego, a nawet tańca miłosnego. Znajdowało się tam wszystko, a mistrzowie Jhesta Tu zaoferowali to bezinteresownie właśnie jemu, przybyszowi z dalekich stron. Dostarczyli Dynardowi księgę o podobnych rozmiarach, lecz o czystych stronach, i pozwolili mu skopiować dzieło, aby mógł je wziąć, wracając do domu, i podzielić się jego treścią z ludźmi północnego królestwa.
– Ale czy to nie będzie zdradzeniem tajników waszej sztuki wojennej? – pytał wstrząśnięty Dynard, kiedy złożono mu tę intrygującą propozycję.
Łagodny stary mistrz Jiao odpowiedział zdecydowanie:
– Człowiek, który w ogóle byłby w stanie pojąć nasz wojenny taniec, najpierw musiałby nauczyć się języka Jhest. Nawet wtedy same słowa byłyby dla niego bez znaczenia. Aby je zrozumieć, musiałby zapoznać się z całą mądrością Księgi Jhest. Jeśli ktoś nie pozna tej mądrości, nie pojmie potęgi tych słów. Jeśli zaś ją pozna, to nie będzie już mógł być naszym wrogiem.
Każdego dnia, gdy Sen Wi udawała się do warsztatu, gdzie wykuwała pracowicie swój miecz, brat Dynard szedł do własnego pokoju i starał się dokładnie skopiować choćby kilka wersów tego doniosłego dzieła. Wykonywał już podobną pracę kopisty w pierwszych latach służby wśród wyznawców Abella i podobnie jak wtedy podchodził do tego zadania z lękiem, a jednocześnie z pełnym poświęceniem. Pochylał się nad stołem, trzymając pióro w ręce, a przy tym nie zważał na bolące ramiona i szyję ani na to, jak bardzo męczyły się mu oczy. Jednak jego nowi przyjaciele mieli radę także i na te dolegliwości. Nauczyli go odpowiednich ćwiczeń, porannego rozciągania mięśni i szukania kojącego dotyku ziemi pod bosymi stopami.
A teraz wpatrywał się w Sen Wi, zadowolony, że nie była tego świadoma. Podziwiał jej słodki taniec. Podnosiła się wysoko na palcach jednej stopy, wznosząc w górę ręce z nieopisanym wdziękiem. Drugą nogą wykonywała zamach i powoli obracała się wokół własnej osi. Lewą ręką podkreślała ten obrót, dołączała do niej prawą i unosiła obie tak, że koniuszki palców wskazywały niebo.
Utrzymując doskonałą równowagę, gładko wylądowała na prawej stopie. Dalej nastąpiła seria skrętów ramion, ręce z gracją kreśliły koła i łuki, wędrując ku przeciwległym ramionom, a potem na wysokości klatki piersiowej kręcąc młynki i przecinając powietrze szybkimi ruchami. Pochyliła się w nagłym skręcie tułowia, jej stopy obróciły się, a potem odwróciła się z powrotem w prawo i powtórzyła całą serię ruchów.
To wyglądało jak taniec, pełna wdzięku celebracja żywiołów wiatru i ziemi, a nawet samego życia. Brat Dynard wiedział jednak, że było to coś więcej. Tak właśnie wyglądał podstawowy wojenny trening Jhesta Tu i każdy obrót został obmyślony w ten sposób, by wojownik mógł jak najlepiej stawić czoła przeciwnikowi w walce wręcz. Sekwencja, nad którą Sen Wi teraz pracowała, sing bay wuth, służyła temu, by pokonać trzech przeciwników. Dynard widział ją w czasie treningowego pojedynku i odtąd umiał docenić jej wartość.
Zresztą nawet gdyby był to tylko taniec, mnich z północy nie mógłby odmówić mu prostego i pełnego wdzięku piękna.
Nie mógłby też odmówić urody tancerce, którą kochał tak jak jeszcze nikogo w życiu.
Sen Wi skończyła ćwiczenie i stanęła idealnie wyprostowana. Zamknęła oczy i uspokoiła oddech.
Dynard rozumiał, co miała oznaczać ta poza. Kobieta wyrównywała swoją ki-chi-kree – linię duchowej energii, która według wierzeń Jhesta Tu biegła od szczytu głowy, ki, do pachwiny, kree. Dla Jhesta Tu to chi było linią władzy, równowagi, siły i ducha, a więc uosabiało energię samego życia. Znalezienie doskonałości tej linii, jej całkowite wyrównanie, co teraz robiła Sen Wi, było kluczem do prawdziwej równowagi.
Skończyła, podnosząc ręce tak, że opuszki kciuków i palców wskazujących stykały się w geście pozdrowienia kierunku porannego słońca. Następnie ukłoniła się nisko i opuściła ręce wzdłuż boków. Jej ciało było wciąż idealnie napięte.
Brat Dynard westchnął głęboko, gdy kobieta odeszła do swojej prywatnej kwatery, by wznowić pracę nad mieczem. Wtedy on także odpowiedział na wezwanie wschodzącego słońca i podjął swoje ćwiczenia. Oczywiście nie był w tym ani w połowie tak biegły jak Sen Wi, niemniej zdołał opanować sing bay du, sekwencję umożliwiającą walkę z dwoma przeciwnikami atakującymi z przodu i z tyłu. Można by się nawet w jego ruchach dopatrzyć pewnej dozy wdzięku. Następnie przeszedł do części, która sprawiała mu najwięcej przyjemności, zwanej pozycją góry. Znalazł swoją linię chi prowadzącą od głowy do pachwiny i świadomie wydłużył tę energię życia w dół do nóg i stóp, jakby zapuszczając korzenie w kamiennym podłożu szerokiego tarasu. Silny poryw wiatru uderzył w niego, ale Dynard nie poruszył się. Czuł siłę obejmującej go ziemi, która stawała się częścią niego samego. Czuł, że teraz nie cofnąłby się, nawet gdyby duży człowiek szarżował na niego z maksymalną szybkością. Gdy przyjął tę pozycję, pozwolił sobie wchłonąć poranne doznania: zapach kwiatów, ciepło słońca, miękki dotyk jego lekkiej szaty ocierającej się o skórę.
Pozdrowił słońce, pokłonił się mu i wszedł do domu, aby wrócić do pracy.
Jego pierwsze spojrzenie padło na starą szatę wiszącą na wieszaku tuż za drzwiami. Jak wszyscy z ludu Honce, bracia Abella nosili proste wełniane tuniki, które sięgały kolan i na ogół były wiązane w talii skórzanym sznurem. Bracia nosili do tego gruby wełniany płaszcz podróżny w kolorze ciemnego brązu. Dynard przyjrzał się tej tunice i płaszczowi, a potem spojrzał na jedwabne okrycie otrzymane od Jhesta Tu.
– Bestie z Behr – zachichotał i potrząsnął głową.
Mnich otarł twarz i podszedł do biurka, gdzie czekały dwie otwarte księgi, a obok nich pióra i atramenty w różnych kolorach.
Awansując wśród wojowników Jhesta Tu, Sen Wi była przenoszona do coraz to lepszych kwater i teraz, jako początkujący mistrz, miała pokoje w przedniej części domu i kompleksu jaskiń wybudowanego wysoko na zboczu góry. Kilka okien tworzyło poziomą linię na przedniej, zwróconej na południowy wschód ścianie jej dwupokojowego domu. Były to właściwie najzwyklejsze otwory w kamiennej ścianie, ale Sen Wi zwykle trzymała ciężką zasłonę odsuniętą na bok, z wyjątkiem najzimniejszych zimowych nocy oraz tych chwil, kiedy poświęcała się prywatnym zajęciom.
Odświeżona porannymi ćwiczeniami podeszła, aby je zasunąć, ale zatrzymała się i spojrzała na migotliwy promień porannego słońca, który oświetlał wykonaną z kości słoniowej i srebra rękojeść jej miecza. Sen Wi delikatnie pogładziła wyrzeźbiony kawałek, wymodelowany tak, by przypominał zwinną, wygiętą szyję wielkiej kobry żyjącej na stepach To-gai. Lśniące srebro i gładka biała kość słoniowa przeplatały się na całej długości rękojeści, która sama w sobie była dziełem sztuki. Sen Wi pozwoliła palcom podążyć za wyrzeźbionymi liniami, czerpiąc satysfakcję z tego, jak wielka siła i pewność drzemała pod tą iluzją czystego piękna. Szyja kończyła się szpiczasto tuż poniżej uchwytu, który składał się z dwóch cienkich splotów świetlistej stali. Nawet one zostały misternie wykute przez Sen Wi tak, żeby ich wygięte końce utworzyły głowę węża. Ponad rękojeścią był stalowy pręt o długości niemal trzech stóp.
Sen Wi spojrzała przez pokój w kierunku rolki cienkiego metalu, z którego większość była już tak złożona, by utworzyć ostrze miecza. Te kilka pierwszych zwojów było najważniejsze, ponieważ Sen Wi musiała zostawić dokładnie wymierzony otwór, w który należało wpasować klingę, by utworzyła całość z rękojeścią miecza.
Sen Wi wypuściła rękojeść i przyglądała się jej. Trudno uwierzyć, że minęło już tyle lat, odkąd zakończyła nad nią pracę. Zapamiętała ten dzień, kiedy mistrzowie obejrzeli ją, uśmiechnęli się i oddali ze słowami, że odtąd może podjąć pracę nad resztą miecza.
Ileż tysięcy godzin trudziła się, żeby osiągnąć ten jeden jedyny cel? Dopiero teraz, kiedy kres był już bliski, Sen Wi doceniała wartość tych godzin poświęconych pracy. Dzięki niej w ciągu tych kilku ostatnich lat tak wiele dowiedziała się o sobie. Poznała swoje ograniczenia, nauczyła się cierpliwości prawdziwego rzemieślnika. Aż się uśmiechnęła, gdy przypomniała sobie dni, nawet tygodnie, kiedy udawało jej się wyrzeźbić tylko pojedynczą linię na rękojeści z głową węża.
A teraz pracowała nie mniej drobiazgowo nad ostrzem, raz za razem składając arkusze stali, której setki warstw
połączonych w jedno miały stworzyć ostrze miecza. Każde z tych zagięć pochłaniało wiele godzin pracy każdego dnia.
Nawet wtedy kiedy Sen Wi była w stanie bez trudu zakończyć pojedyncze złożenie, nie mogła przyspieszyć tego procesu. Nie mogło być żadnego pośpiechu w wykuwaniu miecza Jhesta Tu. Był to proces, metodyczny i poddany swoistej dyscyplinie.
Kobieta zaciągnęła ciężkie zasłony i ruszyła przez mały pokój do specjalnego metalowego stołu i leżącego na nim zwoju stali. Zbliżając się, czuła z każdym krokiem coraz większy żar bijący od umieszczonego pod blatem małego paleniska, które roznieciła przed wyjściem na poranne ćwiczenia. Podniosła kolejny blok koksu, wsunęła ciężką rękawicę na lewą rękę i użyła żelaznego pogrzebacza, by szarpnięciem otworzyć małą okrągłą pokrywę. Poruszyła płonące węgle, potem zatrzymała się i patrzyła, jak rosną pomarańczowe płomienie, niczym gąsienice opasując wrzucone właśnie kawałki koksu. Ponad nimi fale gorąca wznosiły się, przebijając się przez szpary pomiędzy płytami pieca i stołu, w odpowiedni sposób podgrzewając jej warsztat pracy.
Sen Wi zamknęła pokrywę pieca i podeszła do stołu. Po prawej stronie leżały początki ukształtowanego ostrza, z rozwiniętym arkuszem metalu biegnącym w lewo i przypominającym jedwabną tkaninę. Nieco bardziej w prawo znajdowała się ostra krawędź wierzchołkiem dotykająca strefy gorąca, pałająca delikatnym światłem w ciemnym pokoju.
Mały, wykończony ostrym diamentem pilnik i szlifierka z wklęsłą krawędzią zaprojektowaną tak, by pasowała idealnie do krawędzi wykuwanego ostrza, miały ułatwić następną część procesu. Sen Wi powoli i dokładnie nacinała cienki arkusz. Zaznaczała w ten sposób linię następnego złożenia i nieco delikatniejszą linię wskazującą szerokość obszaru zakładania się warstw. Precyzyjnie prowadziła ostrze z jak największym skupieniem i opanowaniem, starając się kolejną warstwę umieścić dokładnie tak, by jej wycięta właśnie krawędź doskonale dopasowała się do uniesionej i ogrzanej krawędzi klingi.
Wtedy zdjęła rękawiczkę i pozwoliła kolejnej warstwie metalu przywrzeć do poprzedniej.
Przeszła na drugą stronę pokoju i pomodliła się, starając się znaleźć swoje centrum skupienia, uporządkować ki-chi--kree. Kiedy minął odpowiednio długi czas ogrzewania, wzięła parę małych młotków i wróciła do stołu.
Sen Wi zaczęła cicho śpiewać, odnajdując specyficzny rytm i kadencję. Potem ruszyła w taniec dookoła stołu, jej ręce zakreślały powolne okręgi, palce uderzały delikatnie podniesioną krawędź miecza, aby nie przerwać cieniutkich arkuszy stali. Niemal godzinę trwało to misterium śpiewu, pełnego wdzięku tańca, gładzenia ostrza i delikatnego uderzania go palcami. Nigdy w ciągu tych wszystkich dni swojej pracy kobieta nie dotknęła wykuwanego ostrza żadnym młotkiem, choć miała je pod ręką. Chciała wyłącznie dyscyplinie tańca i ruchów zawdzięczać ostatnie uderzenie, wymierzone dokładnie wzdłuż tej pojedynczej, ostatecznej linii.
Kiedy skończyła, upuściła młotki i szybko nałożyła ciężkie rękawiczki. Poruszając się teraz szybko, przełożyła ostrze przez uniesiony pręt, naciskając równomiernie, aby linia zagięcia idealnie pokrywała się z dotychczasową krawędzią klingi. Naciągnęła arkusz tak mocno, jak tylko pozwoliły jej na to mięśnie, i przez dłuższy czas przytrzymywała go z całych sił w miejscu. Gdy ta dzisiejsza warstwa przywarła na dobre, zadowolona Sen Wi, oddychając ciężko, polała wodą przez całą długość ostrza. Uśmiechnęła się, gdy usłyszała syczący protest rozgrzanego metalu.
Natychmiast wysuszyła ostrze, w ten sposób hartując nałożoną świeżo warstwę.
Potem pomodliła się raz jeszcze i dodała więcej koksu do piecyka.
Znów pomodliła się i kiedy uznała, że powierzchnia stołu jest znów wystarczająco gorąca, uniosła długi, cienki odłamek ciężkiego kamienia i umieściła go na wierzchu ostrza. A potem kolejny i jeszcze następny, aż całe ostrze zostało przykryte. Ciężar kamieni przyciskał metal do rozgrzanej do czerwoności powierzchni pieca.
Sen Wi wyszła, żeby zjeść śniadanie. Miała nadzieję spotkać się przy nim ze swoim kochankiem, chociaż wiedziała, że zbliżał się koniec jego pracy nad kopiowaniem księgi i w związku z tym pracował szybko i intensywnie, bo chciał skończyć swoje dzieło dokładnie wtedy, kiedy ona ostatecznie wykuje miecz. Brat Dynard pragnął, by razem wyruszyli w drogę późną wiosną albo ostatecznie w pierwszych dniach lata.
Jej praca na dziś oczywiście nie była jeszcze zakończona. Kiedy wróciła, musiała usunąć kamienie i schłodzić ostrze, a potem użyć diamentowego pilnika i wygładzić nim krawędź ostatniego złożenia, szlifując ją godzinami, aby idealnie pasowała do trójkątnego w przekroju ostrego zakończenia miecza.
Jutro w dokładnie ten sam sposób dołoży kolejną warstwę. Kolejne dni spędzone na tej samej pracy pozwolą jej stworzyć ten wyjątkowy miecz. A to zakończone dzieło przyniesie jej poczucie spełnienia i radość płynącą z posiadania broni, którą wykonała sama dla siebie, od pierwszego złożenia pojedynczego arkusza metalu aż do ostatniego szlifu tego prawdziwego dzieła sztuki, dopełnienia rycerskiego szkolenia.
Dynard dygotał, ale nie z zimna, bo zima wyraźnie rozluźniła swój uścisk. Mimo to ręce trzęsły mu się tak, że musiał przerwać pisanie.
Usiadł, parsknął z irytacją, szybko wstał rozczarowany, ponieważ liczył, że w pełni odczuje tę chwilę triumfu, na którą tak długo czekał. Odszedł od biurka, nie patrząc w jego stronę. Jednak nie mógł się powstrzymać i spojrzał przez ramię na Księgę Jhest, otwartą tak szeroko, że po lewej stronie miała już wszystkie karty z wyjątkiem jednej, ostatniej. Tak, została mu tylko jedna. A właściwie pół strony, bo w kopii księgi bliźniaczo do niej podobnej ostatnia karta była już zapisana w połowie. Jeszcze pół strony, a cała ogromna księga będzie przepisana, z wyjątkiem dwóch kart początkowych zwyczajowo zostawionych na to, aby kopista po zakończeniu dzieła umieścił na nich list do przyszłego czytelnika. Aż do tego momentu Dynard pracował jak w transie, ogarnięty nadzieją na to, że dzisiejszy ranek będzie ostatnim dniem kopiowania księgi.
A teraz ogarnęły go nagle wątpliwości. Pierwszy raz, odkąd zaczął to zadanie, które pomogło mu poszerzyć granice zrozumienia własnej duchowości, mnich z Honce zrozumiał, że ta szczególna część jego podróży właśnie się kończy i że będzie musiał podjąć decyzję, co zrobi dalej.
Długie miesiące spędził Dynard pochłonięty śledzeniem zawiłych linii pisma Jhest. Wdzięcznie zakrzywione znaki i symbole wprowadzały go w stan kontemplacji lepiej niż jakiekolwiek medytacyjne zaśpiewy. Koncentracja konieczna do precyzyjnego kopiowania przynosiła rodzaj transu zbliżonego do modlitewnego uniesienia. Całymi miesiącami praca była dla niego celem i sensem życia. Wiedział, że musi docenić jej ogromne znaczenie. Księga, którą chciał zabrać na Północ, mogłaby zupełnie zmienić los Kościoła Błogosławionego Abella.
Jednakże to nie te myśli były teraz źródłem jego drżenia. Z końcem tej części jego duchowej podróży widocznym już tak wyraźnie na horyzoncie brat Dynard w końcu zaczął zastanawiać się nad inną, tym razem zupełnie fizyczną podróżą: drogą wiodącą przez pustynie w kierunku wybrzeża, na północ w stronę gór i dalej aż do morza.
Znał dobrze niebezpieczeństwa tej drogi: rabusie i słudzy, wojna między rywalizującymi plemionami Behr, węże i wielkie koty i inne monstrualne zwierzęta, przerażająca i często mściwa potęga fal morza. Nawet gdyby bezpiecznie dotarł do Honce, do podnóża gór i do dziedzictwa Ethelbert, to sama droga wiodąca do Pryd była cmentarzyskiem pełnym zuchwałych podróżnych.
Dynard spojrzał na księgę. Czy naprawdę przeszedł przez to wszystko? Czy dobrowolnie ukrył się wśród tych kreślonych pięknym pismem linii i liter niosących zrozumienie i oświecenie? Czy to on stworzył tę kopię, to dzieło sztuki, i to jedynie po to, by narazić jego iluminowane i niosące iluminację karty na to, że będą gnić w deszczu w czasie przeprawy przez jakiś wąwóz? Albo żeby te miękkie strony zostały użyte przez jakiegoś grasującego po drogach rabusia do podtarcia tyłka?
Strach zatrzymał mu na moment dech w piersiach. Zamknął oczy i nakazał sobie spokój. W nagłym przypływie nerwowej energii wybiegł z pokoju i ruszył korytarzem w dół w kierunku tarasu.
Wiatr szalał wściekle tego dnia, przeganiając po niebie ciemne chmury. Kilku zaledwie mnichów Jhesta Tu było na zewnętrz, pranie zdjęto ze sznura, a większość kwiatów została przeniesiona do środka. Lęk wykręcał mu żołądek, ręce i nogi drżały. Brat Dynard podszedł do najodleglejszej krawędzi tarasu, do balustrady i wysokiego na tysiąc stóp urwiska tworzącego ścianę położonej po klasztorem doliny. Jego kłykcie zbielały, gdy chwycił z całych sił barierkę. Zrobił to nie tylko po to, żeby się ochronić przed upadkiem, ale i po to, żeby pohamować narastają złość na siebie samego, na to, że okazał się tak słaby, i to nie w chwili niepowodzenia, ale w obliczu triumfu.
– Ależ jestem głupcem – powiedział, a wiatr porwał jego słowa. W ślad za nim pomknął pełen pogardy wobec samego siebie chichot. Dynard roześmiał się, myśląc, jak bardzo ludzka była jego słabość. Przypomniał sobie pewien dzień z lat młodzieńczych spędzonych w Chud, małej wsi oddzielonej lasem od Pryd. Z ojcem, matką i dwiema siostrami młody Bran Dynard szedł leśną ścieżką w swoistej pielgrzymce. Chcieli zobaczyć nową kamienną kaplicę zbudowaną przez nowy Kościół, który rozprzestrzeniał się w okolicy i wyparł już całkowicie dawny kult samhaistów.
Ojciec Brana nigdy nie był wyznawcą samhaistów i żywił przeciw nim jakiś gniew, którego młody Bran nie rozumiał. Dopiero wiele lat później, po śmierci ojca – a dokładnie w dniu jego pogrzebu w Chud – dowiedział się, że bliźniaczy brat jego ojca został złożony w ofierze przez samhaistów. Zawsze zabijali jedno z wybranych bliźniąt, uważając, że będzie to godna ofiara dla bogów.
Tego odległego dnia późno zorientowali się, że nie idą sami. Dźwięki od strony ścieżki ukrytej w cieniach lasu ostrzegły ich o obecności rabusiów, albo może o czymś jeszcze gorszym. Przyspieszyli, ciesząc się, że są już blisko, bo przed sobą mieli w zasięgu wzroku dym unoszący się znad ognisk Pryd. Bran pierwszy zobaczył zwiastun niebezpieczeństwa: błysk czerwieni w cieniu. Rozpoznał ich. Gdy krzyknął: „To powry!”, ojciec chwycił jego młodszą siostrę, matka starszą, i wszyscy puścili się biegiem w kierunku wsi. Powry, karły w krwistoczerwonych kapturach, nie były zwykłymi złodziejami i nie szukały złota ani srebra, którego zresztą jego rodzina wcale nie miała. Pragnęły tylko ludzkiej krwi, w której farbowały swoje zaczarowane czapki.
Po dziś dzień Dynard nie wiedział, czy to naprawdę powry były na tej leśnej drodze. Być może był to jedynie ptak z czerwoną głową, a może nawet mignął mu tylko jasny zad dzika. Ale dobrze zapamiętał ten szalony bieg i uczucia, które mu towarzyszyły. Choć był zaledwie nastolatkiem, posłusznie zamykał uciekającą grupę. Za broń służyła mu włócznia ojca ściskana w ręce. Celowo został nieco z tyłu, żeby w razie czego uchronić innych członków rodziny, zwłaszcza ojca, przed bezpośrednią walką z karłami. Dynard zapamiętał najżywiej ogromny spokój, jaki go ogarnął. Nie czuł żadnego strachu. Oczywiście przeraził się, gdy tylko zobaczył czerwone kaptury, ale podczas biegu, ochraniając bezbronną rodzinę, czuł tylko rodzaj uniesienia, pulsujące tętno, determinację, żeby te potwory nie skąpały się w krwi jego bliskich, choćby on sam miał za to zapłacić najwyższą cenę.
Dopiero na samym końcu, gdy jego rodzina już docierała do drewnianych bram Pryd i miała przed sobą tylko pięćdziesiąt jardów, młody Bran Dynard znów poczuł lęk, a właściwie przerażenie silniejsze niż wszystko, co dotąd przeżył. Nie miał już w ręku włóczni, ale w tej okropnej chwili nawet nie zdawał sobie sprawy, że ją upuścił.
Gdy dotarł do bram, jego policzki były mokre od łez. Stał tam przed swoją rodziną i mieszkańcami miasta, którzy wyszli, by zobaczyć, skąd wzięło się całe to poruszenie. Trząsł się i płakał.
Kilku mieszkańców miasta śmiało się, prawdopodobnie nie z niego, chociaż tak mu się wtedy wydawało. Ojciec poklepywał go mocno po ramieniu i po głowie, dziękując mu cały czas za odwagę.
Bran nie wierzył mu i czuł się jak tchórz, ale wtedy jeden człowiek ubrany w rozciągniętą brązową szatę podszedł i objął go. Potem odsunął go na długość ramienia i złożył mu pokłon. Tak właśnie Bran Dynard poznał ojca Jeraka z kaplicy Pryd.
– Czy to nie dziwne, że dopiero na końcu naszego biegu, kiedy cel jest tak blisko, pozwalamy, żeby strach nami zawładnął? – powiedział do niego Jerak i te słowa zadźwięczały teraz w jego głowie, gdy tak stał na balkonie Szlaku Chmur.
Mnich odsunął się od ogrodzenia i odwrócił w kierunku dmącego ostro wiatru. Ustawił się w rozkroku i uniósł ramiona przed siebie, splatając palce i unosząc je nad głowę. Odnalazł swoje centrum energii, swoje chi, jak uczyli go Jhesta Tu, i raz jeszcze poczuł, jak moc płynie w dół przez jego nogi i stopy aż w głąb kamiennego tarasu.
Stał tak na wietrze, zakorzeniony mocno niczym drzewo, pewnie jak kamień. Wewnętrzna moc pozwoliła mu oprzeć się sile wiatru i choć jego lekka odzież łopotała dziko, brat Bran Dynard nawet nie drgnął.
W tym właśnie miejscu i w tej chwili odnalazł na nowo swoje serce. Chwilę później wszedł do środka i wrócił do pracy. Zanim zniknęły ostatnie promienie słońca zaglądające przez zachodnie okno, zamknął obie księgi. Jego dzieło było zakończone.
Sen Wi niechętnie wypuściła z dłoni diamentowy pilnik, odłożywszy na bok to niezwykłe narzędzie, jedno z zaledwie trzech podobnych na całym świecie.
Nie było żadnej potrzeby, by kontynuować pracę. Krawędzie trójkątnej klingi były doskonałe i nie dało się już w żaden sposób wygładzić ich jeszcze bardziej.
Ostrze było gotowe. Klinga ukończona. Końcowe podgrzewanie i wykuwanie metalu również, podobnie jak przytwierdzenie ostrza do rękojeści i gardy. Wcześniej tego samego dnia rano Sen Wi skończyła swoje dzieło, kreśląc delikatne i śmiałe jednocześnie linie, tworzące rysunek kwitnących winorośli owijających ostrze na całej długości. Te symbole, tak precyzyjne, łączyły miecz z tradycją Hou-lei, wojowniczej religii, z której dawno temu narodził się kult Jhesta Tu. Nie dało się pomylić tych ostrzy z niczym innym, ponieważ nie było niczego podobnego na całym świecie. Sposób zawijania metalu sprawił, że miecz w miarę używania tylko się wyostrzy, ponieważ ścierające się warstwy będą tworzyły kolejną, jeszcze bardziej precyzyjną krawędź.
Patrząc teraz na własnoręcznie wykuty miecz, z którym nie mogła się równać żadna inna broń, Sen Wi czuła sens przeszłości, swoje pokrewieństwo z tymi, którzy przeszli przed nią, doskonaląc swoje metody, określając sens jej istnienia przez wszystkie te wieki poświęcone na zdobywanie mądrości. Doceniała to teraz zapewne pełniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Drżącymi i wilgotnymi rękami Sen Wi uniosła miecz i sprawdziła jego wyważenie. Chwyciwszy go oburącz, przyjęła pozycję wyjściową do walki i wypróbowała broń, powoli zadając powietrzu serię pchnięć i odparowań, jak robiła to tysiące razy z drewnianymi mieczami w czasie ćwiczeń na tarasach Szlaku Chmur.
Wiedziała, że czeka ją niezwykła podróż z człowiekiem, którego kochała, drogą, która zaprowadzi ją od domu dalej, niż potrafiła sobie wyobrazić.
Trzymając swój miecz, ten symbol więzi z przeszłością, tę namacalną pamiątkę wszystkiego, czego kiedykolwiek się nauczyła, Sen Wi nie czuła strachu.
Wśród feerii kolorów i dźwięku, pod łopoczącymi proporcami i przystrojeni w barwne, bogate szaty, wszyscy mistycy Jhesta Tu stali na tarasach, zwodzonych mostach i ścieżkach swojego górskiego klasztoru. Śpiewali i grali na egzotycznych instrumentach: rzeźbionych fletach, małych i dużych harfach, blaszanych, ostrych i dziwnie melodyjnych czterostrunowych skrzypcach, których Bran Dynard nigdy przedtem nie widział.
Dźwięki, zapachy i kolory otaczały ich, gdy tak szli razem wzdłuż tarasów. Poddając się rytmowi tej tanecznej muzyki, brat Dynard przyspieszył, gdy zbliżyli się do końca ostatniego tarasu, prowadzącego do długich kamiennych schodów, które zostały wyrzeźbione w ścianie góry wieki temu. Gdy się tam zbliżyli, Sen Wi zatrzymała się, złapała go za rękę i objęła go.
Mnich spojrzał na swoją nową żonę i zrozumiał, jak wiele emocji targało nią w tej właśnie chwili. To był dom, który znała przez większość swego dorosłego życia. Jak straszne musi być dla niej przejście tych kilku kroków w dół ze świadomością, że może nie wróci tu nigdy więcej i już nigdy nie zobaczy tych kamiennych stopni.
Dynard czekał cierpliwie, czas mijał, a wokół nich wszyscy świętowali. Zauważył wielkich mistrzów Jhesta Tu, stojących w rzędzie obok wejścia na schody. Widział, jak Sen Wi wpatruje się w te stopnie.
Jeden za drugim mistrzowie kiwali głową i uśmiechali się. Było to zarówno pozwolenie, jak i zachęta. W końcu Sen Wi odwróciła się, spojrzała na Brana, uśmiechnęła się i pociągnęła go za sobą.
Oboje zeszli w dół, zostawiając za sobą Szlak Chmur.
Żadne z nich nigdy tu nie wróciło.
























































