poniedziałek, 02 stycznia 2012 20:17

John Verdon, "Wyliczanka"

Debiutant trafiający na listę bestsellerów i kierujący na ostatniej stronie książki podziękowania do agenta literackiego. Ameryka… Na tych informacjach przygoda z „Wyliczanką” by się zakończyła. Moją uwagę przykuło jednak pierwsze zdanie z opisu powieści. Ciekawość, jak za pomocą liczb można poznać czyjeś myśli, zwyciężyła.

Dave'a Gurneya poznajemy w chwili, kiedy jako emerytowany detektyw zajmuje się fotomontażem zdjęć morderców do galerii sztuki. Pewnego dnia dostaje e-mail od Marka Mellery'ego, kolegi ze studiów, który stał się znanym pisarzem. Wkrótce mężczyźni spotykają się i Mark pokazuje koledze pewne listy, które bardzo go niepokoją. Nadawca zdaje się znać pisarza lepiej, niż on sam. Z pozoru niewinne sztuczki przeobrażają się w śmiertelną rozgrywkę, gdzie nie wiadomo, kto rozdaje karty, których i tak nikt nie potrafi odczytać. Nadchodzą godziny trwogi, paniki i bezradności. Skąd można wiedzieć, co ktoś pomyśli? Jak można zniknąć? Odpowiedź na takie i jeszcze trudniejsze pytania znajdziecie właśnie w „Wyliczance”.

Pomijając główne wątki, jest to powieść o tym, jak mroczna przeszłość każdego z nas może mieć wpływ na teraźniejszość, a nawet przyszłość, jak życie prywatne ma ogromny wpływ na nasze zawodowe decyzje, że czasem logika, wiedza i błyskotliwy umysł zawodzą, że nie zawsze światło wygrywa z ciemnością. Czasem trzeba czegoś więcej.

Verdon pozwala czytelnikowi wręcz współpracować z głównym bohaterem, od pierwszych stron aż do ostatniego zdania, wiemy tyle samo, co on. To od nas zależy, czy już po pierwszych wskazówkach odkryjemy wszystkie karty, czy będziemy liczyć na sławnego w policyjnym świecie detektywa Gurneya. Jeśli w ogóle rzeczy, które się wydarzyły mają jakiekolwiek racjonalne wytłumaczenie…

Od razu pragnę ostrzec, że jeśli nie czytaliście jeszcze opisu podanego z tyłu okładki, to powstrzymajcie się. Przytoczona wyżej część fabuły nie przekracza czterdziestej strony książki, zaś wydarzenia z opisu sięgają niemal strony trzechsetnej! Taka mała sugestia od maniakalnego wroga wszelkich spojlerów dla jemu podobnych.

Wracając do zagadki, ta od samego początku zaskakuje i wdziera się do głowy, nie pozwalając myśleć o niczym innym. Wiele razy przerywałem lekturę i dumałem nad nowymi poszlakami, możliwymi rozwiązaniami problemu oraz wiarygodnością świadków. Mimo że nie mamy możliwości zadania im pytań, to bohaterowie zazwyczaj instynktownie wiedzą, czego chcielibyśmy się dowiedzieć. To jak bardzo „weszliśmy” z Dave’em we współpracę, zrobiło na mnie wrażenie. Z czasem zaczynałem myśleć niemal tak samo jak on, wpadać na pewne rzeczy kilka stron wcześniej, a inne – rozumieć nieco za późno. Czułem się, jakbym wsiąkł w świetną grę przygodową, której mroczny klimat urozmaicany jest doskonale wpasowanym humorem. Opowieść wydaje się na tyle autentyczna, aby pozostawać w głowie na długo po odłożeniu pozycji na półkę i odebrać pewność siebie podczas nocnych spacerów.

Rozwiązanie wszystkich elementów łamigłówki jest satysfakcjonujące i wzbudza podziw dla autora za świetne rozplanowanie całości. Nie obyło się bez drobnych błędów logicznych, lecz są one niespecjalnie widoczne i dają pole do dyskusji z innymi czytelnikami. Verdon powinien jednak popracować nad tytułami rozdziałów. Wyraźnie nie ma do tego talentu. Czasem samym tytułem demaskuje przygotowaną przez siebie niespodziankę, czasem na siłę udziwnia. Nawiasem mówiąc, to amerykański wydawca zaproponował mu tytuł Think of a Number. Być może pierwotnie w tytule było nazwisko nadawcy listów do Mellery'ego?

W pierwszej części akcja toczyła się nieco za wolno, a życia prywatnego bohaterów miałem przesyt, jednak ten minus z pewnych względów był nie do uniknięcia. Za to od części drugiej (około sto pięćdziesiąta strona) następuje wybuch, a potem narastające trzęsienie ziemi z erupcją wulkanu na samym końcu. W zakończeniu nie spodobał mi się tylko jeden motyw, powtarzający się w niektórych filmach. Przydałoby się w tym jednym punkcie więcej oryginalności.

Skoro już jesteśmy przy złych stronach, to jest moim obowiązkiem stwierdzić, że niektórzy bohaterowie są naprawdę bardzo irytujący. Dobrze, że postacie są różnorodne i dla czytelnika nieobojętne, że nawet te irytujące przynajmniej dają Gurneyowi możliwość humorystycznych docinków, jednak wszystko ma swoje granice. Nie mam pojęcia, dlaczego Verdon postanowił stworzyć, w porównaniu z Davem, tak głupich, że aż denerwujących śledczych. Być może właśnie po to, by wyróżnić głównego bohatera? W moim mniemaniu przesadził.

Po opisach miejsc, ludzi i zdarzeń można wywnioskować, że John Verdon jest dobrym obserwatorem. Porównania i metafory są inteligentne, a obrazami krajobrazów z przyjemnością zajmuje się wyobraźnia. Odpowiednie wyważenie między opisami a tętniącymi życiem dialogami zapobiegło nudzie. Nie mam więcej pytań.

Gdybym miał wystawić ocenę „Wyliczance” Johna Verdona, byłoby to mocne 8/10. Jest to najlepsza książka z tego gatunku, jaką przeczytałem w minionym już 2011 roku. Dla fanów tego typu prozy, według mnie, pozycja, którą trzeba zaliczyć. Wypróbujcie umiejętność logicznego myślenia i pochwalcie się wynikami!

Korekta: Maja Borawska

Książkę można kupić m.in. TUTAJ.

Dodatkowe informacje

  • Autor: John Verdon
  • Tytuł: Wyliczanka
  • Data wydania: 2011
  • Wydawnictwo: Otwarte
  • Pozostałe dane: Oprawa miękka
    ISBN: 978-83-7515-178-7
    Format: 126 x 205 mm
    Ilość stron: 504
    Cena detaliczna: 39,90 zł

Jarosław Makowiecki

Zastępca redaktora naczelnego dwumiesięcznika QFANT

Strona www: https://fairyduchy.wordpress.com/ E-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Dodaj komentarz