Piętnastoletni Will wraz z kilkorgiem rówieśników oczekuje na Dzień Wyboru. To właśnie w ten dzień każde z zamkowych podopiecznych zostanie przydzielone do odpowiedniej szkoły. Pozostała czwórka jest niemal pewna wyboru, szykują się już do kuchni zamkowej, Szkoły Skrybów, Dyplomacji i Rycerzy. Will marzy o tej ostatniej, jednak z powodu swej mikrej postury zdaje sobie sprawę, jak nikłe ma szanse by zostać rycerzem. Jednak na ceremonii niespodziewanie zjawia się Halt, członek tajemniczego Korpusu Zwiadowców. Jaki będzie miał wpływ na wybór Willa i, co za tym idzie, jego dalszą przyszłość? W tym samym czasie siły do ponownego ataku na królestwo zbiera Morgarath, władca Gór Deszczu i Nocy – czy po kilkunastu latach od ostatniej porażki uda mu się obalić prawowitego króla i zająć jego miejsce?
Już od dłuższego czasu o czytanych z rzadka powieściach młodzieżowych nie byłem w stanie powiedzieć wiele dobrego ponad to, że zapewne spodobają się młodszym czytelnikom. Jednak w końcu znów odmłodniałem w swoich oczach, gdyż dwa pierwsze tomy cyklu „Zwiadowcy” podobały się, i to bardzo. I to tym razem podobały się mnie, a nie jakiejś tam anonimowej, tajemniczej oraz z założenia infantylnej i nieoczytanej „młodzieży”.
Naturalnie rozległość świata i złożoność polityki królestwa Araluenu i okolic nie rzuca na kolana, ale przecież w tego typu książkach nie o to chodzi, sięgając po „Zwiadowców” nikt normalny nie oczekuje bowiem fantasy godnej Martina. Prostota niektórych konstrukcyjnych obszarów pozwala jednak zwrócić uwagę na inne sprawy. Flanagan wykreował kilka naprawdę interesujących postaci, choć głównie pozytywnych – jedynym ludzkim antagonistą z prawdziwego zdarzenia jest wspomniany Morgarath, cała reszta złych to bezwolne stwory na jego usługach. W „Płonącym moście” swoją niemałą rolę mają do odegrania także skandyjscy najemnicy, którzy plasują się gdzieś po środku – niby na żołdzie wroga, ale w gruncie rzeczy porządni i pragmatyczni ludzie, co do których ciężko mieć jakieś większe pretensje. Wróćmy jednak do postaci pozytywnych, gdyż takich występuje w „Zwiadowcach” najwięcej. Mamy zatem szlachetnych możnowładców, dzielnych rycerzy i tytułowych zwiadowców. Szczególne relacje łączą młodego Willa z jego mistrzem i zarazem jedną z najbardziej wpływowych osób w Korpusie Zwiadowców – Haltem. Początkowo Will traktuje wybór do zwiadowców jako mniejsze zło, kto w końcu chciałby być szpiegiem, kiedy można wieść chwalebny żywot wielkiego rycerza. Jednak z czasem między Willem i ponurym Haltem rodzi się wzajemny szacunek, a później i przyjaźń. Nie jest to wprawdzie specjalnie oryginalne, ale motyw ucznia i mistrza zawsze należał do moich ulubionych, nic na to nie poradzę. Tutaj został przeprowadzony w podręcznikowy, a przy tym bardzo sympatyczny oraz pełen ciepła i empatii sposób.
Może i jest chwilami łzawo, a czasem odrobinę infantylnie, może dwóch nastoletnich chłopców zwykle nie wpływa niebagatelnie na losy wojny, ale wszystko mieści się w przyjętej konwencji. Nie mam zamiaru czepiać się szczegółów, skoro całokształt tak mnie oczarował. W piękny, prosty, ale i subtelny sposób. Szczerze polecam i mam nadzieję, że tak sympatyczna historia nie zostanie zepsuta przez dłużyzny czy brak pomysłu w następnych tomach. Doskonały prezent dla młodzieży o określonej wrażliwości w każdym wieku – od podstawówki po emeryturę. Zwłaszcza drugie wydanie w twardej oprawie, które sukcesywnie, tom po tomie, pojawia się w księgarniach.
Korekta: Paulina Koźbiał
























































