Sir Maurice Newbury to człowiek nauki, który poza antropologią specjalizuje się w pomocy Angielskiej Koronie. A trzeba wam wiedzieć, że Jej Królewska Mość, Wiktoria, to dama niezwykle wymagająca – choć przykuta do mechanicznego wózka inwalidzkiego i podtrzymywana przy życiu dzięki nowoczesnym instrumentom medycznym, kieruje państwem mądrze, rozważnie dobierając sobie współpracowników. Bycie agentem do zadań specjalnych skutecznie pomaga Newbury’emu zwalczyć potencjalną nudę w biurze i przeżyć niezwykłe przygody. Razem z nową asystentką, panną Viktorią Hobbes, stawia czoła zarazie toczącej Londyn. A zaraza to ci podwójna: nie dość, że miasto ogarnęła plaga ekshumancji (tajemnicza choroba przywleczona z Indii, zamieniająca zarażonych w bezmyślne zombie), to jeszcze policja nieudolnie zmaga się z seryjnymi morderstwami…
Czy uduszenia ubogich mieszkańców niższych sfer Londynu to zemsta zza grobu, dokonywana przez zamordowanego„świecącego policjanta”? A może pomiędzy zabójstwami i potworami-ekshumantami istnieje połączenie? Niczego nie można być pewnym. Dodatkowo, tajemnicza katastrofa pasażerskiego statku powietrznego wydaje się mieszać w kotle poszczególne ślady i poszlaki, jeszcze bardziej mącąc w umysłach Newbury’ego i jego najlepszego przyjaciela ze Scotland Yardu – Charlesa Bainbridge’a. Czy dwaj przyjaciele (dość mocno przywodzący na myśl Sherlocka Holmesa i inspektora Lestrade’a) zdołają rozwikłać zagadkę? Czy pilot sterowca, inteligentny automaton wyprodukowany przez zakłady „Towarzystwa Żeglugi Powietrznej Chapman & Villiers”, był przyczyną katastrofy? A może za wszystkim czai się większy spisek? W końcu nacisk na jak najszybsze rozwiązanie zagadki wywiera sama królowa…
Nie skłamię, jeśli powiem, że wiktoriański Londyn ukazany został w powieści na wskroś wybitnie. Dokładnie tak, jak powinien, dokładnie tak, jak go sobie wyobrażałem. Jeśli przed przeczytaniem powieści miałem jakiekolwiek wątpliwości co do realiów świata stworzonego (albo w dużej części – „odtworzonego”) przez George’a Manna, to teraz śmiało twierdzę, że autor spisał się doskonale. Zatęchłe, mgliste uliczki prowadzące w sam środek zarazy, czające się w ciemnościach potwory, rozwijająca się zawrotnie technologia i – oczywiście – unoszące się leniwie nad Londynem statki powietrzne zapierających w dech piersiach rozmiarów: to wszystko buduje niesamowity nastrój, który trzyma czytelnika w swej mocy długo po zakończeniu lektury.
„Marsz automatonów” to powieść akcji, która nieco przypomina przygody Sherlocka Holmesa, szczególnie tego z niedawnej, filmowej adaptacji. Maurice Newbury i Viktoria Hobbes potrafią przykuć uwagę i dostarczyć niemałej rozrywki – akcja nie zwalnia nawet na chwilę. Książkę czyta się szybko i to jej jedyna wada: całą powieść da się „zjeść” w jeden dzień, mimo iż ta liczy sobie czterysta stron. Prosty język, spora interlinia między wierszami, niewielkie kartki, a także – a może przede wszystkim – wartka akcja, powodują, że przerzucane strony furkoczą, a my z niecierpliwością brniemy do końca.
Korekta: Aleksandra Żurek
Książkę można kupić: tutaj
















































