Tymczasem od początku: bo, jak wiadomo, książkę w pierwszej kolejności ocenia się po okładce. I obrazkach. A w obu przypadkach te prezentują się w przyjemny dla oka sposób. Nie znalazłam informacji, ile dokładnie jest ilustracji, ale (bez obaw!) nie dominują nad treścią. Wszystkie są czarno-białe, co może nie wpływa aż tak na estetykę, ale z pewnością łatwiej zorientować się, o co chodzi w układzie. Pod kątem czytelności – nie mam zarzutów. Bo też sposoby wykonywania ciosów i ich szczegółowe, krok po kroku, prezentacje, stanowią kwintesencję „Walki mieczem”.
Gdybym miała podzielić książkę na części, warto zaznaczyć, że jakieś 10-15% ogranicza się do zagadnień teoretycznych: mówi o dziejach i źródłach długiego miecza, by zaraz potem przejść do kwestii „praktycznych”. Trzymanie broni, praca nóg, wreszcie uderzenie, cięcie i pchnięcie. Słowem – podstawy, których żmudne powtarzanie prędzej czy później prowadzi do sukcesu. Jeśli nie brakuje nam wytrwałości, ponieważ bez względu na to, czy wybieracie długi miecz czy ćwiczycie z shinai – treningi pozostaną najważniejsze. Dzięki zdjęciom i wykresom możemy zapoznać się z właściwym ustawieniem stóp, a także pozycjami wyjściowymi, przed wyprowadzeniem ciosu, tak samo, jak miałoby to miejsce pod okiem instruktora.
Dla kogoś, kto ma już doświadczenie, to dobra okazja, by przyjrzeć się własnym błędom i pomyśleć nad wprowadzeniem zmian w technice. Wiadomo jednak, iż samo przeczytanie „Walki mieczem” nie sprawi, że zaczniemy lepiej posługiwać się bronią. Tak po prawdziwe wszystko uzależnione jest od tego, czy zaczniemy odnosić się do porad i stosować je konsekwentnie na treningach. Trudno więc nie odnieść wrażenia, że przynajmniej ten fragment książki jest skierowany do kogoś, kto chce polepszyć swoją technikę, a nie zacząć przygodę od podstaw. Nie róbmy sobie złudzeń, że nauczymy się szermierki „z obrazków” – o czym jesteśmy zresztą uczciwie ostrzeżeni w „Przedmowie”, bowiem: „(…) żaden podręcznik nie może zastąpić trenera. Zwłaszcza w walce mieczem, gdzie chodzi o kontakt z przeciwnikiem, trenowanie z drugą osobą jest absolutnie niezbędne”. Możecie być pewni, że dawniej też nie ograniczano się do przeczytania traktatów.
Na odrębną pochwałę zasługuje bogata terminologia. Ponieważ jest to podręcznik według szkoły niemieckiej, nie mogło zabraknąć odniesień do tegoż właśnie języka. Jednak wszędzie tam, gdzie było to możliwe, pojawiły się polskie odpowiedniki. Wiadomo, iż w różnych środowiskach występuje odmienne nazewnictwo, dlatego jest to zadanie szczególnie trudne dla tłumacza. Stąd też wielkie pochwały za włożoną pracę. Zwłaszcza, iż książka jest w pewien sposób pionierska na polskim rynku. Choć nie brakuje publikacji poświęconej samej broni białej: jej historii, klasyfikacji i budowie, to jednak europejskie style walki, paradoksalnie, nie cieszą się w naszym kraju taką popularnością jak sztuki Dalekiego Wschodu. Dla porównania wystarczy wejść na pierwszy z brzegu tematyczny sklep internetowy, by zaraz natknąć się na coś o karate, aikido czy wspomnianym wcześniej kendo. Trochę to przykre, zważywszy, że kto będzie dbał o pielęgnowanie naszej kultury, jeśli nie my sami?
Równie sympatycznym dodatkiem okazały się podstawowe kwestie z zakresu bezpieczeństwa, porady jak trenować na przedmiotach i adresy najbardziej przydatnych stron internetowych: wskazówek, sklepów z artykułami treningowymi i wreszcie grupami zrzeszającymi hobbistów. Dla wszystkich, którzy po przeczytaniu książki zapałaliby nagłą miłością do broni białej, to wręcz niezbędne odnośniki, pomagające taką pasję rozwijać dalej, by nie skończyło się na dobrych chęciach. Ale, ale! Pomyślano także o tych, co woleliby jeszcze nieco poczytać, zanim zapiszą się na trening. Tu z pewnością pomocna okaże się zarówno bibliografia, jak i słowniczek terminów na końcu książki.
W podsumowaniu dodam, iż choć nie czułam się docelowym odbiorcą publikacji, to czytało mi się ją nad wyraz dobrze. Może nieprędko znowu zabiorę się za sztuki walki (jeśli kiedykolwiek w ogóle do nich wrócę – dlatego nie warto marnować chwil na podjęcie decyzji, bo czas jest bezlitosny), ale dowiedziałam się sporo interesujących rzeczy. Podejrzewam, że jeszcze długo nie pojawi się inne, równie rzetelne i lekko napisane źródło, a szukanie wskazówek na własną rękę byłoby naprawdę karkołomne i wymagałoby znajomości języków obcych. Jeśli więc chcecie zaoszczędzić sobie wysiłku – możecie kupować „Walkę mieczem” bez wahania. Lektura warta swojej ceny. To tyle w kwestii laików. Co zaś się tyczy czynnie trenujących – to i tak pozycja obowiązkowa, więc większej zachęty nie potrzebują. A zatem powodzenia, panowie i panie, niech wasi przeciwnicy zostaną olśnieni przez świeżo zgłębione tajniki. Udanego pojedynku!
Korekta: Iga Pączek
Książkę można kupić m. in. TUTAJ.


































































