„Druga diagnoza” opowiada historię Thei Sperelakis, trzydziestotrzyletniej internistki, która na co dzień pracuje w Republice Konga w grupie Lekarzy Bez Granic. Wraca jednak do Stanów, gdy otrzymuje informację o wypadku ojca – światowej sławy diagnosty – w wyniku którego zapadł w śpiączkę. Jego stan wydaje się beznadziejny, lekarze nie dają mu szans na przeżycie, jednak gdy Petros nawiązuje z Theą kontakt, w szpitalu zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Przez nieostrożność w informowaniu kolegów po fachu o stanie ojca (odkryciu, że to już nie śpiączka, a zespół zamknięcia), Thei i Petrosowi zaczyna grozić śmiertelne niebezpieczeństwo. Bohaterka zaczyna podejrzewać, że próby kontaktu ojca nie są przypadkowo skierowane tylko do niej, i że posiada on informacje, które inni woleliby położyć razem z nim do grobu.
Schemat wydaje się być oczywisty, a mimo wszystko, książka jest dość przyjemną lekturą. Przede wszystkim ze względu na główną bohaterkę, bez której nie rozgrywa się niemal żadna scena. Otóż, Alethea Sperelakis jest Aspem – jak osoby ze stwierdzonym zespołem Aspergera (odmianą autyzmu) same siebie nazywają. Ma niezwykle wysoki iloraz inteligencji, jest bystra, ma niemal fotograficzną pamięć, jednak z powodu choroby, ciągle napotyka problemy w kontaktach z ludźmi. A to z powodu łatwowierności, która nie dość, że pakuje ją w kłopoty, to utrudnia życie, a to przez zbytnią prawdomówność i niekontrolowaną bezpośredniość wypowiedzi.
Wynikają z tego zabawne sytuacje, dodające książce lekkości i sprawiające wrażenie niewymuszonego humoru. Jednak od strony bohaterki nie wygląda to tak kolorowo. Thea każdej „normalnej” relacji społecznej uczyła się na terapii zajęciowej dla dzieci ze stwierdzonym zespołem Aspergera (którą często przypomina sobie w momentach niepewności), przez lata wyuczyła się pewnych schematów zachowań, jednak nawet to nie chroni jej od popełniania tak zwanych gaf towarzyskich. Niesamowite w książce jest właśnie spojrzenie oczyma człowieka z takimi zaburzeniami i zmaganiem się z tym, co dla nas jest pestką, z czymś, nad czym nawet się nie zastanawiamy, jak choćby wyciągnięcie ręki na powitanie i formułka, którą zwykle wtedy powtarzamy. Choćby tylko dla głównej bohaterki warto przeczytać „Drugą diagnozę”.
Polski czytelnik może również z zazdrością czytać o realiach i standardach opieki zdrowotnej w najlepszych i najdroższych szpitalach amerykańskich. Zwłaszcza w zderzeniu z polską służbą zdrowia, gdzie na termin zwykłej wizyty trzeba oczekiwać kilka miesięcy, a w kolejkach do rejestracji wystaje się potem czasem i godziny. I chociaż zasada jest taka, że pieniądze zdrowia nie dają, ułatwiają jednak dostęp do fachowej pomocy.
Polecam „Drugą diagnozę”, ale niekoniecznie do czytania w poczekalni przed gabinetami lekarskimi. Możecie przeżyć szok, tak jak ja, gdy wyrwana z lektury zostałam szorstkim: „następny proszę!”.
Korekta: Paulina Koźbiał
Książkę można kupić m. in. TUTAJ.





































