Za pierwszy przykład posłuży mi powieść Neila Gaimana „Amerykańscy bogowie”. W 2002 r. zebrała wszystkie najważniejsze nagrody branżowe: Hugo, Nebulę, Locusa oraz Bram Stoker Award. Cóż to zatem za „amerykańscy” bogowie? Indiański Manitou? Aztecki Ometeotl? Inkaski Inti? Otóż nie, Gaiman określił tym przydomkiem wszystkich bogów „przyjezdnych” – przybyłych do Ameryki wraz ze swoimi wyznawcami z najdalszych zakątków świata. Są więc nordyccy Odyn i Loki, słowiański Czernobog, afrykański Anansi, egipscy Horus i Anubis, indyjska Kali oraz wielu innych. W boskie machinacje wplątany zostaje Cień – człowiek, który okazuje się być synem Odyna. Pomaga mu zjednoczyć wszystkich starych bogów w walce z nowymi o wyznawców. Wszystko zmierza ku wielkiej, epickiej bitwie między tradycyjnymi bogami, a nowoczesnymi: Internetu, telewizji, autostrad i innymi. Jednak rzekomi przeciwnicy – Odyn i Loki – okazują się sojusznikami próbującymi wymanewrować całą resztę. Przeszkodzi im w tym jednak Cień, mający dosyć odgrywania marionetki w rękach swojego ojca. Znane motywy mitologiczne są tutaj wymieszane z mitologią stworzoną przez Gaimana na potrzeby powieści. Pokazał tym samym w bardzo obrazowy sposób jak to dotychczasowi bogowie wypierani są powoli, acz nieubłaganie, przez zdobycze techniki i cywilizacji – zdobycze te zostały tutaj uosobione w postaciach nowoczesnych bogów. Faktycznie, we współczesnych społeczeństwach zaobserwować można niemal czczenie tych usprawnień i przywilejów, stają się one dla nas swoistymi bożkami, nie wyobrażamy sobie bez nich życia. Najprawdopodobniej do uwidocznienia właśnie tego, miały posłużyć Gaimanowi wspomniane motywy mitologiczne zebrane skrupulatnie z całego świata.
A teraz polski przedstawiciel z motywem mitologicznym. Tak, to właśnie do niego nawiązywałem we wstępie, pisząc o fanklubach. Bo i Loki, główny bohater cyklu opowiadań o Kłamcy, doczekał się takowego. Recenzowałem jakiś czas temu jedną z części, także pozostaje skorzystać ze sformułowanych już wniosków. Jakub Ćwiek, wykorzystując najróżniejsze mitologie i konfrontując je ze sobą, tworzy atrakcyjny, ciekawy i zabawny świat, niepozbawiony jednak głębszych znaczeń. Zauważalna jest zniekształcona filozofia deizmu, według której Bóg stworzył świat i więcej w niego nie ingeruje. Pewnego dnia odszedł, a anioły – puszczone samopas – likwidują kolejno swoich konkurentów. Po zniszczeniu Walhalli, brudną robotę przyjął na siebie, zachowany przy życiu, jeden z nordyckich Asów, który poza zdziesiątkowaniem bogów greckich, ma również na sumieniu, między innymi, ich egipskich i słowiańskich odpowiedników. Wszystkie te bóstwa, pomimo ich mocy, nabierają ludzkich cech i unowocześniają się. Wywołuje to często efekt komiczny. Aniołowie chodzą do fryzjera, Loki podnosi na duchu rozgoryczonego postawą Jezusa archanioła, Dionizos, niczym prawiczek, podrywa spotkaną w słowackiej knajpie dziewczynę, a heros, ukrywający się pod maską aktora, wychodzi na debila.
Ostatnim literackim przykładem będzie seria dla młodszego czytelnika – „Percy Jackson i bogowie olimpijscy” autorstwa Ricka Riordana. Przyznaję się bez bicia, że jeszcze tego nie czytałem, choć dwa pierwsze tomy (wygrane w konkursie na jednym z portali) stoją na mojej półce oczekujących. Biorąc pod uwagę, że na tej samej półce stoi także Bradbury, Dick, Aldiss, Zajdel, Grzędowicz, Kosik, Piekara i jeszcze parę innych ciekawych nazwisk, prędko po Percy’ego nie sięgnę, ale i na niego kiedyś przyjdzie kolej. Póki co zaczerpnę z opisu wydawcy oraz cudzych recenzji. Mamy zatem dwunastoletniego chłopca, który nie tylko odkrywa, że greccy bogowie nadal istnieją, ale okazuje się być także synem jednego z nich. Zeus oskarża go o kradzież pioruna, więc Percy, by udowodnić swoją niewinność wyrusza, wraz z satyrem i córką Ateny, na jego poszukiwania. Czy tylko ja mam wrażenie, że to jakaś egzotyczna mieszanka „Harry’ego Pottera” z filmem „Ścigany”? Niemniej w tej serii tkwić musi coś więcej. Nie szukając daleko, w mojej ulubionej internetowej biblioteczce – Lubimy Czytać – Percy zbiera średnie noty na poziomie 4,2/5 (24 oceny). Powstrzymam się więc przed przypinaniem wszelkich łatek „Złodziejowi pioruna” i późniejszym częściom. Przynajmniej do czasu, aż sam znajdę chwilę na zapoznanie się z tą pozycją.
Do tej pory na tapecie były motywy mitologiczne, dla odmiany zajmiemy się ekranizacją elementów samej mitologii. Tak właśnie, chodzi mi o nominowany do Oscara film „Troja”. O popularności mitologii świadczy chociażby zaangażowanie do tej dosyć luźnej adaptacji „Iliady” Homera światowej czołówki aktorów (w tym dwóch członków Drużyny Pierścienia ;)). Brad Pitt, Orlando Bloom, Sean Bean, Eric Bana – te nazwiska robią wrażenie i walnie przyczyniły się do kasowości samego filmu. Oto przykład na czysto komercyjne wykorzystanie mitologii i jej motywów w swoim dziele.
Ostatnim już dziś motywowym zawodnikiem został „Titan Quest” – pecetowe połączenie akcji z cRPG. Gra przenosi nas do starożytnej Grecji i starożytnego Egiptu. Tytani zdołali uciec ze swojego wieczystego więzienia i sieją spustoszenie. W walce między bogami to ludzie dostają szansę na zadecydowanie o losach świata – czy prowadzony przez nas bohater zdoła odnaleźć sposób na ponowne uwięzienie tytułowych Tytanów? Grę porównuje się do legendarnego „Diablo” i owszem, przyznać trzeba, że coś w tym jest. Tak jak nie spodobało mi się „Diablo”, tak też odpuściłem sobie w końcu Tytana. „Titan Quest” jest o tyle lepszy, że przedzieranie się przez setki tych samych, odradzających się potworków okraszone jest stosunkowo (choć niewystarczająco) dobrą fabułą. Mam nadzieję, że żaden oszalały fan „Diablo” nie będzie nastawał na moje życie za te ostrożne słowa krytyki. Cóż, jeden lubi ogórki, drugi ogrodnika córki.
Jak widać mitologia po tylu latach (wiekach, mileniach) nadal jest obecna, z zadziwiającą wręcz łatwością przystosowała się do kultury popularnej i ma się doskonale. Nawet brazylijskie telenowele korzystają (nieco zbyt często) z zabiegu odkrycia przez bohatera swojego prawdziwego ojca, tudzież innego członka rodziny. Z takim chwytem mamy do czynienia szczególnie w przypadku herosów. Inna sprawa czy twórcy i uczestnicy tejże kultury czerpią prosto ze źródeł czy raczej idą na łatwiznę i korzystają ze współczesnych tworów „mitopodobnych”. Należy być zatem stale czujnym i odrzucać powielane pomysły, a nagradzać te świeże. Jednym słowem: nie dajmy sobie wciskać tandety, bo nas w końcu zaleje niczym fala powodziowa. I uczyni podobne spustoszenie.




















































