W „Fiolecie” poznajemy od podszewki życie spadochroniarzy – nie tylko ekscytację i adrenalinę towarzyszące skokom, ale i codzienne czynności, drobne rytuały i obyczaje, wreszcie strach i dramat śmierci. Trzeba przyznać, że pani Kozak w tej kwestii wie, o czym pisze – nic więc dziwnego, że jej bohaterowie są żywi, naturalni i wiarygodni. Fabuła powieści jest głęboko przemyślana i realizowana konsekwentnie do końca, chociaż chwilami jej wątki są zbyt zagmatwane i niejasne.
Nikt właściwie nie jest tym, za kogo się podaje. Środowisko Os to nieprzewidywalny teatr pozorów, napiętnowany przez liczne intrygi i zaszłości z przeszłości członków. Szczątkowość informacji bywa chwilami nużąca. Dezinformacja dotyczy też kwestii samych Fiołków. Do końca nie wiadomo, czy pojawienie się ich na Ziemi to początek inwazji, czy też niesamowity, naturalny, kosmiczny fenomen.
„Fiolet” ma jedną zasadniczą bolączkę – najgorszą z możliwych – to nuda. Akcja powieści ma charakter skokowy i dość szybko wygasa. Bardzo duży nacisk autorka kładzie na emocje głównej bohaterki, jej życie uczuciowe oraz codzienność członków grupy. Nie zrozumcie mnie źle – nie mam nic przeciwko takim motywom w beletrystyce, jednak nie tego oczekuję od powieści o inwazji upiornych, monstrualnych, kosmicznych kwiatów. Dużo jest w tekście dialogów, które w sumie niewiele wnoszą, oraz szczegółowych opisów dość oczywistych i banalnych czynności. Natknąwszy się na całą stronę poświęconą zakładaniu wenflonu, odniosłam wrażenie, że czytam podręcznik dla uczennic szkół pielęgniarskich, a nie powieść sci-fi. Rozumiem pewną nadgorliwość autorki, wynikającą zapewne z jej zawodu (moja własna nadgorliwość na tym tle kazałaby mi przyczepić się do szczegółów technologii wiercenia otworów w Fiołku), była ona wręcz wskazana w przypadku odzwierciedlania reakcji organizmu na cyjanki, jednak co za dużo, to niezdrowo. Przez większość powieści fabuła ulega swoistemu rozdęciu. Od momentu przyjęcia głównej bohaterki do Os, do jej pierwszego skoku, musimy przebrnąć przez aż sto stron. W chwili wyjątkowego znużenia lekturą, miałam ochotę odłożyć książkę i nigdy do niej nie wrócić – to bardzo poważna wada.
Gdybym jednak tak zrobiła, nie poznałabym tego, co stanowi największy atut „Fioletu” – zakończenia. Dopiero pod koniec pisarka pozwala sobie na szybką, swobodną i dynamiczną narrację. Dawkuje odpowiednio napięcie, kumulując je w dramatycznym finale. Zaryzykuję stwierdzenie, że zakończenie wynagradza w pełni niedogodności lektury i warto się trochę wynudzić, by na koniec przeżyć takie emocje!
Korekta: Natalia Bieniaszewska















