Jennifer Estep, "Dotyk Gwen Frost" - [fragment]
Historia mitu była trzecią lekcją tego dnia. Jak tylko zadzwonił dzwonek, wepchnęłam podręcznik do torby.
– Do zobaczyska, Gwen – pożegnał mnie wesoło Carson Callahan i wsunął plastikową torebkę z bransoletką do kieszeni designerskich szturmówek. Skinęłam mu głową, zarzuciłam torbę na ramię i opuściłam salę.
Przeciskając się między uczniami tłoczącymi się na korytarzu, dopadłam pierwszych drzwi na dwór i wyszłam na zewnątrz. Sercem akademii było pięć budynków: nauk ścisłych, nauk humanistycznych, sala gimnastyczna, stołówka i biblioteka – zgrupowanych wokół dziedzińca na kształt pięcioramiennej gwiazdy. Choć byłam tu już dwa miesiące, wszystkie budynki wydawały mi się identyczne: z ciemnoszarego kamienia, porośnięte grubymi pędami bluszczu. Wielkie, tajemnicze gotyckie konstrukcje, z wieżami, blankami i balkonami, ozdobione posągami rozmaitych mitologicznych stworów, jak gryfy czy gorgony, z ustami wykrzywionymi w nieprzyjaznym grymasie.
Przez potężny otwarty dziedziniec leżący między gmachami biegły wyłożone kocimi łbami łączące je kręte ścieżki, które prowadziły dalej w dół pagórka, do akademików i innych budynków składających się na elegancki kampus. Mimo październikowych chłodów trawniki nadal były zielone. Gdzieniegdzie wysokie klony i dęby szeroko rozkładały gałęzie z liśćmi, które płonęły krwistą czerwienią i oranżem.
Zapięłam bluzę na zamek, włożyłam ręce do kieszeni i ruszyłam dziedzińcem, mijając grupy studentów, którzy stali, gadając, wyciągając telefony komórkowe, sprawdzając esemesy. Byłam w połowie drogi, kiedy do moich uszu dobiegł piskliwy śmiech.
Odwróciłam głowę i zobaczyłam Jasmine Ashton brylującą pod wysokim klonem na środku dziedzińca.
Jasmine Ashton była najbardziej popularną dziewczyną we wszystkich drugich klasach. Była również walkirią, miała jasnorude włosy, błękitne oczy i potwornie drogie projektanckie ciuchy. Przy niej każdy wyglądał nijako, nawet jej szczupłe, przepyszne, kosztownie ubrane przyjaciółki. Jasmine siedziała na żelaznej ławce pod klonem, oglądała coś w swoim laptopie i chichotała razem z Morgan McDougal, najbliższą kumpelką.
Czarnowłosa Morgan, z orzechowymi oczyma, świetną figurą i w superkrótkich spódniczkach była tylko nieco mniej urodziwa i popularna niż Jasmine, co czyniło z niej gwiazdę numer dwa w naszej klasie. Jednak dzięki swej reputacji dziwki, która prześpi się z każdym, Morgan w oczach chłopaków była dziewczyną numer jeden. Naturalnie.
Obok Jasmine i Morgan siedziały jeszcze dwie dziewczyny, a przed ławką, na wełnianym kocu, rozłożyła się Daphne Cruz. Wszystkie popularne walkirie trzymały się razem.
Dziewczyny nie były same. Za Jasmine stał Samson Sorensen i z wniebowziętym wyrazem twarzy masował jej ramiona. Nic dziwnego, wiking był jej chłopakiem i jednym z najprzystojniejszych facetów w szkole. Jasnoblond włosy, orzechowe oczy, dołki w policzkach. Mógł uchodzić za modela Calvina Kleina. Oprócz tego był kapitanem drużyny pływackiej. W akademii nie uprawiano futbolu, tylko wyszukane sporty, jak pływanie, tenis, łucznictwo, szermierka. Nie żartuję, szermierka. Po co to komu?
Jasmine i Samson przypominali naturalnej wielkości Kena i Barbie. Razem wyglądali świetnie, jakby byli dla siebie stworzeni.
Uczniowie w akademii nie zwracali na mnie specjalnej uwagi, ale i tak docierało do mnie mnóstwo plotek. Podobno pojawił się wąż w prywatnym raju tych dwojga. Samson był gotów Iść na Całość, w końcu chodził z Jasmine od zeszłego roku, ale ona nie była jeszcze gotowa zrealizować swojego bonu.
Tak się na nich zagapiłam, że wpadłam na gościa idącego naprzeciw. I, oczywiście, moja raportówka zsunęła się na ziemię i wszystko wyleciało z niej na ziemię. Normalka.
– Przepraszam – wymamrotałam, padając na kolana i nerwowo zbierając do torby rozsypane rzeczy, zanim ktoś zwróci na nie uwagę. Szczególnie chciałam ukryć pustą puszkę po ciastkach i komiksy, których kolorowe strony trzepotały jak motyle na wietrze.
Zamiast ominąć mnie i iść dalej, chłopak ukucnął obok. Zerknęłam ukradkiem na jego twarz. Rozpoznałam go i zamarłam. Wpadłam na Logana Quinna.
O rety.
Nawet tu, wśród bogatych nastolatków i wojowników, Logan Quinn był facetem, którego bali się wszyscy. Robił, na co miał ochotę i kiedy miał na to ochotę. A mnóstwo rzeczy, na które miał ochotę, wiązało się z wyrządzaniem innym przykrości.
Patrząc na niego, od razu było wiadomo, że to nie jest grzeczny chłoptaś. Mówiło o tym wszystko, od jedwabistych, gęstych czarnych włosów po intensywnie niebieskie oczy i czarną skórzaną kurtkę na szerokich barach. Jasne, był seksowny w sposób nieco brutalny, wyglądał, jakby dopiero co wyszedł z czyjegoś łóżka. Logan prowadził się w sposób, który pasował do wyglądu, i najwyraźniej po kolei zaliczał wszystkie najbardziej napalone dziewczyny w szkole. Podobno zostawiał swój podpis na materacach tych, które zaliczył, żeby się nie pogubić. Inni faceci postanowili go naśladować, ale nigdzie nie osiągali większych sukcesów. No, może poza pokojem Morgan McDougall.
Logan Quinn pochodził z rodu Spartanów. Tak, tych Spartanów, którzy zatrzymali tysiące napastników pod Termopilami. Zupełnie jak w filmie 300 z Geraldem Butlerem. Profesor Metis puściła nam ten film na lekcji trzy tygodnie temu jako wstęp do przynudzania na temat historycznego znaczenia bitwy. Ale Gerald był tak szałowo umięśniony w tym filmie, że pogrążyłam się w marzeniach o nim i zupełnie wyłączyłam się ze słuchania.
W Akademii Mitu była tylko garstka Spartanów, ale wszyscy uczniowie obchodzili ich z daleka. Nawet najbogatsze, najbardziej snobistyczne typki wolały z nimi nie zadzierać. Bo Spartanie najlepiej się bili. Byli urodzonymi wojownikami. Niczego więcej nie potrafili i niczego więcej nie robili.
W odróżnieniu od wszystkich innych uczniów Logan Quinn nie nosił przy sobie żadnej broni. Podobnie jak pozostali Spartanie. Nie potrzebowali. Znani byli z tego, że wszystko, co wpadnie im w ręce, zamienia się w broń i że zawsze wiedzą, jak się nią posłużyć i jak nią zabić. Poważnie. Logan Quinn był facetem, który potrafiłby wybić oko rurką z kremem.
Czasami nie byłam pewna, czy wierzę w obłąkaństwo, które mnie otaczało. Spartanie, walkirie, żniwiarze. Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie jestem w szpitalu dla szaleńców i wszystko to tylko wybryki mojej wyobraźni. Podobnie jak Buffy z Postrachu wampirów. Ale gdyby tak było, to można by się spodziewać, że przynajmniej będę z tego miała jakąś przyjemność, że umieszczę się w roli popularnej walkirii albo…
Logan sięgnął po komiks z Wonder Woman i to gwałtownie przywróciło mnie do rzeczywistości.
– Oddawaj! – warknęłam.
Porwałam komiks z trawnika. Nie chciałam, żeby Logan Quinn zanieczyścił moje rzeczy swoimi paskudnymi spartańskimi wibracjami psychokillera, co by się pewnie stało, gdyby czegoś dotknął. Tak właśnie przedmioty nabywają emocji – ponieważ ludzie ich dotykają. Wepchnęłam Wonder Woman głęboko do torby, razem z innymi komiksami i pustą puszką po ciastkach.
Logan podniósł tylko brwi do góry, ale nie skomentował tego, że się wkurzyłam.
– Przepraszam, że wpadłam na ciebie – wymamrotałam ponownie, wstając z ziemi. – Nie zabijaj mnie, dobrze?
Logan również się podniósł i spojrzał na mnie z czymś, co niemal można było uznać za uśmiech.
– No, nie wiem – mruknął. – Cyganki łatwo się zabija. Nie zabrałoby mi to dłużej niż sekundę. Głos miał niższy, niż się spodziewałam, o bogatym, gardłowym brzmieniu. Zaskoczona, podniosłam wzrok na jego twarz – i zauważyłam, że patrzy na mnie z rozbawieniem.
Zmrużyłam oczy. Nie lubiłam kiedy się ze mnie wyśmiewano, nawet jeśli był to ktoś tak niebezpieczny jak Logan Quinn.
– Ta Cyganka ma babcię, która może rzucić na ciebie taki urok, że wacek ci sczernieje i odpadnie, więc lepiej uważaj, Spartaninie.
Oczywiście to nie była prawda. Babcia Frost widziała przyszłość. Nie rzucała uroków – a przynajmniej nic o tym nie słyszałam. Z babcią czasami nie było wiadomo. Ale nie chciałam dać poznać Loganowi, że bluffuję.
Nie wystraszył się, a na jego ustach znowu pojawił się uśmieszek.
– Lepiej sobie popatrzę, jak odchodzisz o własnych siłach, Cyganko.
Zmarszczyłam brwi. Czy on przypadkiem… nie flirtuje ze mną? Nie miałam pewności, a nie chciałam sterczeć tam dłużej, żeby się dowiedzieć. Nie spuszczając oka z Logana Quinna, starannie ominęłam go i pobiegłam swoją drogą.
Jednak z jakiegoś powodu przez cały dziedziniec ścigał mnie jego cichy śmiech.
Minęłam akademiki oraz budynki gospodarcze i dotarłam do granicy kampusu, który od świata na zewnątrz odgradzał kamienny mur wysokości 3,5 metra. Na szczycie muru, po obu stronach wejścia, siedziały dwa sfinksy ze wzrokiem utkwionym w żelazną bramę.



