Michał Protasiuk „Ad Infinitum”

Michał Protasiuk „Ad Infinitum”


Recenzowała: Małgorzata Ślązak

Niedokończona nieskończoność

Michał Protasiuk to jeden z pisarzy, do książek którego trzeba się troszeczkę przedrzeć: nazwisko zdobywcy Nagrody Literackiej im. Żuławskiego za Strukturę, autora czterech już powieści, wydaje się być nieco zagłuszone przez falę rodzimych twórców z pierwszej ligi. Protasiuk i jego twórczość, jako odpowiedź na pytania i skojarzenia z rodowitym światkiem fantastycznym, nie pojawiają się jak po naciśnięciu magicznego pstryczka. Najnowszą z czterech powieści tym razem opublikowało  wydawnictwo Powergraph. Poznański autor wydaje się zatem nieco dryfować w eterze i odbijać od gustów przeciętnego czytelnika, jak od nieprzyjaznych skał. Subiektywne wrażenie, daje się poniekąd uzasadnić zestawem tematów i stylistyką, jakie Protasiuk wybiera. Widzimy tu ślizganie się na krawędziach gatunków – science fiction, kryminału, thrillera, a treść zahacza o aktualne i ważkie problemy, trapiące świat współczesny, a przez twórców-fantastów intensyfikowane w światach przyszłości na zasadzie uwypuklenia. Korporacjonizm, władza, polityka, niepokoje społeczeństwa informacyjnego – wszystko to są wątki o sporym „literackim ciężarze”. Po przeczytaniu Ad Infinitum, mam ochotę szukać tych tematów we wcześniejszych książkach autora. Równocześnie zadaję sobie pytanie, czy zbytnie ich zgęszczenie, nie zaowocowało brakiem wygładzającego całość szlifu.

Ad Infinitum, z jednej strony, to powieść niełatwa, wymagająca pewnego skupienia, z drugiej – pełna zwrotów akcji, z fabułą rozwijającą się w błyskawicznym tempie, słowem: sensacyjna. Wielowątkowość wymaga często obszerności, dającej czytelnikowi okazję do delektowania się książką, z kolei sensacja – nieustannego podtrzymywania napięcia. Przy równomiernym rozłożeniu akcentów, otrzymujemy lekturę wyśmienitą, w innym wypadku po prostu niezłą, nawet przy dobrym piórze autora. Jaka jest Ad Infinitum?

Thriller psychologiczny z teorią strun i judaistyczną mistyką w tle – tak wabi czytelnika okładka. Przyznaję, że lepiej nie określiłabym książki Protasiuka. Ad Infinitum to istny koktajl gatunkowy. Wartka sensacja, polityczny thriller, szpiegowska intryga, zagadka kryminalna i… science fiction, z naciskiem na „science”. Na tle filozoficznych i naukowych rozważań o naturze wszechświata, przyczynowości, sensu istnienia, Protasiuk kreśli mocno splątaną fabułę z grą wywiadów, tajemnicami służb specjalnych i międzynarodowym wyścigiem o rząd dusz. W powieści poznamy profesora fizyki, młodego geniusza nauk ścisłych, zawziętą policjantkę z Węgier i człowieka-kameleona. Odwiedzimy Warszawę, Budapeszt, Lizbonę. Podsłuchamy rozmowy, jakie mogą toczyć się tylko za ścianami tajnych gabinetów, szemranych knajp, między ludźmi pociągającymi za sznurki. Lecz nade wszystko będziemy mogli śledzić całkiem zwyczajny, prywatny dramat Tomasza, architekta w średnim wieku, który zostaje uwikłany w zbyt skomplikowaną sprawę.

To właśnie osobę Tomasza możemy uznać za kluczową, spajającą ze sobą inne postaci i zdarzenia. Jego historia to również najciekawsza część Ad Infinitum. Mogłoby się wydawać, że powinno być dokładnie na odwrót. Cóż jest szczególnie porywającego w losach podtatusiałego faceta z brzuszkiem piwnym, który po dłuższym życiu w małżeństwie dochodzi do wniosku, iż było ono pomyłką? Odpowiedź brzmi: wiele. Dobrze skonstruowany „mikroświat”, a więc prywatne bolączki i tragedie, to połowa sukcesu książek zaliczanych do dzieł literatury światowej. Psychologiczne prawdy są obecne i w romansie, i w epice spod znaku klasycznej, dziewiętnastowiecznej prozy, a nawet w fantastyce, choć tu pozornie przeważa „makroświat”. Jednak w miksie, który serwuje Protasiuk, ów „mikroświat” może uśpić. Szczęśliwie – nie usypia, a nawet zaskakuje. Zwyczajnością.

Autor świetnie poradził sobie z tzw. „scenkami z życia”, także z fragmentami dotyczącymi Tomasza. Nie brakuje w nich subtelnej ironii czy nienatrętnie wplatanych szczegółów, które przytłoczyłyby czytelnika, gdyby nie talent pisarza. Doskonałym przykładem będzie opis śledztwa prowadzonego przez doświadczonego przez życie komisarza, Wojciecha Elmara. Rodzinka, z tak zwanego „elementu”, z mamusią upieczoną na solarium do stanu wędzonej makreli, beztroską córką Andżeliką i bysiorkowatym „karczkiem” – ojcem. Albo wnętrze jednego z mieszkań kameleona, upozorowane na lokum szaraczkowego nauczyciela. (Post)socjalistyczna rzeczywistość Polski i Węgier, trochę smutna, trochę przerażająca, jest notowana przez Protasiuka jakby od niechcenia, poprzez wystroje wnętrz, akcenty kulinarne, dzwonki telefoniczne. Niezwykłemu zdarzeniu – tajemniczemu uprowadzeniu autystycznego dziecka – towarzyszą trywialne grzechy i problemy. W tym całym dramatyzmie, małe nieszczęścia Tomasza, nie dotyczą przecież ludzi wyjątkowych, ale spotykają każdego zwyczajnego, polskiego grzesznika.

Tomasz to właśnie ów grzesznik i jednocześnie poczciwy facet, który po kilku życiowych rozczarowaniach, chce mieć wreszcie święty spokój. Wzbudza litość, trochę niechęć, a jego postawa wpływa na zakończenie książki – zaskakujące i nieco straszne przez kameralność, brak efektu „wow!”. Trzeba dodać, że dojrzałość bohatera obecnie nie jest regułą, a raczej wyjątkiem; obserwuje się kult postaci wiecznie młodej lub wchodzącej w fazę dojrzewania. Protasiuk poszedł więc nieco pod prąd, kreując postać Tomasza, niemłodego mężczyzny z krwi i kości, którego niekoniecznie można polubić. Autor znakomicie wywiązał się z tego zadania. Niestety, jakby zaniedbał resztę bohaterów.

Przy tworzeniu postaci drugoplanowych, Protasiuk poszedł na skróty. Najciekawsze wydają się być kobiety: Ewa, Adrianna, a zwłaszcza Emese Nagy, zdeterminowana i ambitna porucznik węgierskiej policji. Pozostałe sprawiają wrażenie zaledwie naszkicowanych. Wyglądają tak, jakby do dźwięcznych imion i nazwisk dobrano archetypy, modele a nie konkretne ciała i życiorysy. Zmęczony glina, zawzięty detektyw, młody geniusz, typowy jajogłowy, twardy oficer wywiadu, są podkładkami pod pełną formę. Fragmenty „lizbońskie”, poświęcone naukowcom, śledzi się z umiarkowanymi emocjami, oczekując na powiązanie ich z resztą fabuły, bardziej niż dla atrakcyjności samych wątków.

Nie tylko mało wyraziści bohaterowie sprzyjają potęgowaniu wrażenia zaniedbania, wiąże się to również ze sposobem prowadzenia wątków. Owszem, retrospektywna narracja pozwala na rozrzucenie puzzli, a później na układanie spójnego obrazu, co jest strzałem w dziesiątkę. Równie dobre jest zatytułowanie rozdziałów z użyciem cyfr i nazw miejscowości. Nad powieścią unosi się duch wielkiej matematyki – a nawet Matematyki – przez co między takim celowym poszatkowaniem, a reklamowaną „żydowską mistyką” i probabilistyką, światem rachunków i notacji matematycznych  – zachodzi smakowita korelacja. Niestety, ten model przybliżania czytelnikowi akcji, nader często przyjmuje u Protasiuka formę streszczeń typu „w poprzednim odcinku”, do wydarzeń nie tyle dochodzi, co zostają wzmiankowane. Nazwa organizacji żydowskiej, znajdującej się na szczycie spisku pada nagle, jakby z kapelusza. Ukazywanie zależności, tropów, nowych twarzy zostało sprowadzone do schematu „rzecz x odbyła się”, przez co powiązania między Langley a Warszawą, CIA a biednym architektem można znaleźć dość szybko, za to przy śledzeniu innych, trzeba powracać do wcześniejszych fragmentów. Wada to czy zaleta?

Wada – bo namnożenie tropów i tajemnic sprawiło, że każdej z nich pojedynczo brakuje nieco szlifu. Łączy je bardziej fakt, kto kogo gdzie spotkał (lub dorwał), mniej zaś „wielka tajemnica”, która niczym pierwotny duch nad wodami, powinna unosić się nad całą opowieścią. Nadmiar niewielkich sekretów odciąga uwagę od ontologii, Wielkiej Teorii Unifikacji, pytania o los i powinności człowieka, o jego odpowiedzialność – a przecież wszystkie te kwestie Protasiuk stawia i potrafi wciągnąć odbiorcę w wir rozważań niegłupich, ważkich, ambitnie zarysowanych. Tam, gdzie mamy okazję przespacerować się po budapeszteńskiej ulicy czy warszawskim osiedlu, gdzie autor przybliża nam cichą tragedię rodzinną, tam czuje się dobrą prozę. We fragmentach, które mają wyjaśniać, streszczać, przypominać, robi się nieoczekiwanie bezstylowo.

Zaleta – bo Ad Infinitum potrzebuje naszej uwagi, cudnie kradnie czas i świetnie nadaje się na wielokrotną lekturę. Takie poplątanie, pozornie niezwiązanych ze sobą historii, wymaga… cóż, po prostu talentu. Przez fakt, że pewne rzeczy trudno jest zapamiętać, połączyć ze sobą, poukładać – czytelnik będzie mógł z podobną frajdą, przeczytać książkę po raz kolejny. Niekoniecznie w nieskończoność, lecz na pewno z pożytkiem. Ad Infinitum jest nieco chropowata, jakby niewykończona, ale to nierówności szlifują gusta. Do czytania najnowszej książki Protasiuka przydadzą się gusta już trochę oszlifowane.

Ad-infinitum_Michal-Protasiuk,images_big,31,978-83-64384-09-7

  • Autor: Michał Protasiuk
  • Tytuł: Ad Infinitum
  • Data wydania: 01 kwietnia 2014
  • Wydawnictwo: Powergraph
  • ISBN: 978-83-64384-10-3
  • Liczba stron: 520
  • Okładka: miękka ze skrzydełkami

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: