Marcin Przybyłek, „CEO Slayer”

Marcin Przybyłek, "CEO Slayer"


Autor recenzji: Małgorzata Ślązak

Batsuit z odzysku

 

(…) Żeby mu okradli garaż,

żeby go zdradzała stara,

żeby mu spalili sklep,

żeby dostał cegłą w łeb (…)[1]

 

Kto nie miewał takich odruchów i nie złorzeczył na nielubianą osobę w momentach szczególnie głębokiego dołka psychicznego? Jeśli któryś z Czytelników twierdzi, że nie, to kłamie, wyparł to albo nie pamięta. Czasami myśli się o całkiem neutralnie nastawionej do nas sąsiadce: „ta szuja z naprzeciwka”, bo spojrzy zza firanki, o sąsiedzie zaś „stary baran”, bo zaparkował gdzie nie trzeba – i ze źle parkującego − sąsiad staje się diabłem w ludzkiej skórze. A wystarczyło zwrócić uwagę…

No bywa, przyznajmy się.

Ale bywa też, że to, co na co dzień jest zwykłą, szarą zawiścią, wybuchem gniewu czy ubocznym skutkiem chandry, staje się serdecznym, z trzewi dobytym krzykiem o sprawiedliwość. Kiedy widzimy, że dobroć jest niemodna, szczerość nie popłaci, uczciwą pracą ludzie bogacą się tylko w przysłowiach, a prawo kopie ofiarę, nie sprawcę. Wtedy marzy nam się czerwony guzik i atomowy grzyb albo chociażby kostium Supermana, znaleziony w kufrze z odzieżą zimową, pachnący swojskimi kulkami na mole. Bo ktoś musi wreszcie zrobić porządek z tym… z tym… z tymi… tymi… szujami! Osobami, które władzę, stanowiska i pieniądze wykorzystują do gnębienia innych, a w osiąganiu celów kierują się wręcz amoralnością.

Tym kimś mógłby zostać CEO Slayer.  Byłby chłop, jak znalazł.

W postcyberpunkowym świecie najnowszej powieści Marcina Przybyłka, drugiej pozycji w Rebisowskiej serii „Horyzonty zdarzeń”, za wielki kciuk niełaski robią korporacje. Wielkie firmy ubezpieczeniowe, audytowe, banki, koncerny farmaceutyczne, których prezesi pomnażają zyski kosztem rozwiązań jak z teorii spiskowych. Ubezpieczyciele starają się za wszelką cenę nie wypłacić ubezpieczeń, wytwórcy leków kombinują jak chorych jeszcze podtruć, banki doją klientów. Szefowie tych molochów wygrywają nawet z czwartą władzą mediów i grają na nosie państwu, omijając podatki, przepisy i zobowiązania. Fiskalizacja dotyka każdego już aspektu życia – wycenione są krótkie przerwy na kawę i każdy pączek zjedzony w miejscu pracy.

Równocześnie, jest to świat trochę jak z filmu o spełnionych trzydziestoletnich – według zachodniego formatu, ściągniętego nieco bez refleksji na ekrany polskie, opartego na standardzie jasnych, przestronnych mieszkań, zasiedlonych przez wszystkich, bez względu na stan posiadania, z kolorowymi meblami w stylu klockowo-kanciastym. Oto, pozornie, mamy nareszcie ultra wygodną super-rzeczywistość: inteligentne domy, samouczące się, usłużne i przyjazne sztuczne inteligencje w roli pomagierów, śmigłe i piękne bryki na wodór, Internet nakładany bezpośrednio na twarz, kremy cofające starość, egzoszkielety rehabilitacyjne. Zwracam jednak uwagę na to „pozornie”. Chociaż przedstawiony w nadspodziewanie jasnych kolorach, świat ten ma swoje mroczne strony typu malusieńkie pluskwy wielkości muszych kropek, pozwalające na niedostrzeżoną właściwie kradzież prywatności, przestępczy darknet pełen nielegalnych usług czy, last but not least… cenę takiego życia. Rozwarstwienie społeczne, nieprzedstawione w „CEO…” zbyt drastycznie (brak obrazów nędzy), wciąż istnieje. A pogłębiają je i podtrzymują…? Tak, firmy, mamy klamrę łączącą uniwersum.

Uniwersum – słowo bynajmniej nie na wyrost. Polska XXI wieku w „CEO Slayerze” wydaje się większą częścią alternatywnej rzeczywistości Przybyłka. Rzeczywistości, którą już widzieliśmy w przygodach Gamedeka. Nie chodzi tu o powiązanie tamtej historii z obecną, bo są niezależne, widać natomiast pewną korelację upodobań autora; wykreowany przez niego świat przyszłości, pełen futurystycznych gadżetów, obco brzmiących nazw i nowinek naukowych. A nawet wieloświat, w którym dopiero mieszczą się światy osobnych fabuł, powiązanych jednak mianownikiem tej samej futurystycznej fantazji. Charakter innego wymiaru, wspólnej przestrzeni dla różnych przecież książek, podkreśla jeszcze używanie przypisów, objaśniających egzotyczne pojęcia, jak w Gamedekowym słowniku. Taki prosty zabieg potęguje wrażenie przebywania w Polsce czasów „post-high-tech”. Tyle, że… jeśli już się je widziało, o odkrywczości mowy być nie może. Jej brak nie jest jednak największą wadą powieści Przybyłka.

Kreując postać mściciela-idealisty, w kontrze do podłych szefów-rekinów, pisarz musiał – co zrozumiałe – stworzyć takie tło, w którym kibicowalibyśmy pierwszemu, równocześnie z antypatią odbierając drugich. Stąd wszechwładza korporacji pozbawiona praktycznie przeciwwagi – dopiero współczesny Zorro, w egzoszkielecie, płaszczu i kapeluszu, z ultranowoczesnym sprzętem na podorędziu, wysportowany i inteligentny facet – musiał się pojawić, by ukrócić despotyzm grubych ryb. Zorro, Batman a może Spiderman? Obojętne, kogo weźmiemy na szalkę porównań, Rodney Pollack, pogromca prezesów, będzie najpierw każdym z nich po trochu, a dopiero potem sobą. Ostatni sprawiedliwy w wersji Przybyłka jest postacią na wskroś komiksową. To zbawca ludzkości, do którego kobiety lgną jak pszczoły do miodu, który jest profesjonalistą w każdym calu i nie ma większych wad (niski wzrost nią bynajmniej nie jest), a media i przechodnie rozpływają się w zachwycie nad jego sukcesami. I można by tę konwencję kupić, gdyby nie inne elementy powieści, sugerujące słabość autora do swojego bohatera, a nawet… lekkie zakochanie się w wykreowanych postaciach. Które nie wyszło tym ostatnim na dobre.

Przypuszczenie to nasuwa już sam fach Pollacka: trenera personalnego. I autor, i jego protagonista dobrze znają ludzką psychikę, są wytrawnymi znawcami mowy ciała i mimiki, stoi za nimi psychologiczna wiedza i lata praktyki w pracy z ludźmi. A tymczasem… wyrazistych, fajnych bohaterów po prostu zabrakło. Pewność siebie, z jaką Pollack kreśli typologię charakterów, urasta raptem do irytującej maniery, a postaci drugoplanowe są zaskakująco wręcz płytkie, czarne lub białe. Wyglądają, jakby stworzono je z żarliwą wiarą w fizjonomikę, pomijając odcienie szarości. Nieskazitelnie (lub prawie nieskazitelnie) piękne kobiety, które spotyka (i zdobywa) Rodney, są bez wyjątku inteligentne, wysportowane, czarujące, o miękkich (na widok Pollacka) kolanach i ładnych buziach. Nie mam nic przeciwko pewnej… hm, estetyce w książkach, nikt nie każe autorowi masochistycznie opisywać ludzi ułomnych czy niezadbanych. Jednak w „CEO…” widzę po prostu fotoszopowo poprawiane okładki i standardy z trzecioligowego kina akcji, z obowiązkową sceną łóżkową à la Bond i jego panna. Przeciwstawiono je całej rzeszy (istniejącej domyślnie, ale reprezentowanej przez szare biurowe myszki) nieciekawych, pospolitych bab, które oczywiście wysportowane i szczupłe nie są. Gdzie potrzeba było czarnego charakteru, tam baba jest, jakżeby inaczej, gruba. Jakby i tego było mało, wyposażona w odstręczające perwersje.

W przypadku sylwetek płci męskiej jest zresztą podobnie. Zwykłe, czasami toporne i prostackie nazwiska (Kiełbasa, Chmiel, Grzęda, Czarny, Modry), za wyjątkiem kilku bossów, zarezerwowano dla złych, neutralnych i poczciwin. Ci ważniejsi to Pollack, Madey, Popper, Bukowski. Logan. Do tego źli z emfazą mówią, jacy to źli są, a dobry Pollack, w przerwach między dawaniem nauczki, a kolekcjonowaniem damskich wdzięków, peroruje o swoich ideałach – bez wdzięku V, niestety. Prawie wszystkie postaci poza Slayerem (i ewentualnie jego wybranką serca, rozkochaną w Pollacku oczywiście w trzy sekundy) służą jedynie uwypukleniu i wyostrzeniu już i tak ostrych, przepalonych wręcz kontrastów między korporacyjnym złem, a pozytywną anarchią jednostek. Bodajże raz pada w treści wątpliwość, czy drastyczne metody działania Slayera (który, uściślijmy, nie zabija, lecz wyrządza krzywdę ofiarom) nie są przypadkiem naganne, lecz myśl ta zostaje prędko urwana – przecież zemsta jest słuszna. Piękni i nieskazitelni mają swoje prawa. By Anna (imię znaczące?) mogła stać się partnerką superbohatera, trzeba było ją skonfrontować ze stereotypowym do bólu, znerdziałym miłośnikiem gier komputerowych, którego odrzuca. Z powyższego schematu wyłamuje się trochę Bukowski (nieco cyniczny, a nieco poczciwy młody biznesmen, typ wiernego druha) i dwóch policjantów: Bruno Czarny oraz Grzegorz Rączka. Paradoksalnie nieco, to właśnie oni są przerysowani do granic satyry: inteligentny, ale nudny służbista i nieoczekiwanie dzielny pierdoła-kobieciarz. Ciągłe upominanie podwładnego przez Brunona (Grzesiu to, Grzesiu tamto) potrafi jednak szczerze rozbawić, a obie sylwetki wydają się takim trochę perskim okiem w stronę sztampowego kina o wojowniczych gliniarzach, potraktowanego na równi z ironią i sentymentem. Pytanie, czy więcej takiej lekkości nie przysłużyłoby się książce.

Jeśli bowiem traktować „CEO Slayer” w kategorii luźnej opowiastki, niepozbawionej humoru i zgrywy, będącej literacką wersją komiksu superbohaterskiego – to owszem, można książkę potraktować jako fajne czytadło na parę(naście) godzin. Wówczas wiadomo, że autor nie uczyni mścicielem inwalidy oraz nie „ukarze” go przygodą z kobietą-słoniem. Gatunek taki rządzi się własnymi zasadami i dobrze.  Język powieści jest lekki, przyjemny, klarowny, ale nie nudny i nie zupełnie transparentny – stworzony do tego typu literatury. Sęk w tym, że całość za bardzo pachnie naiwną fantazją o superfacecie, otoczonym superlaskami, który spierze tyłki złym gościom i będzie miał coś wspólnego ze snującym fantazję. Za dużo tu truizmów w stylu „ludzie dobre, ale system do kitu” „władza niszczy”, i tak dalej. A już całkiem niepotrzebnie doczepił Przybyłek podkładkę anielsko-demoniczną, niczym nieuzasadnioną i jakby z innego gatunku. W efekcie, przy energii wydanej na sztafaż, pseudomistykę i urodę pań – pary zabrakło na samego mściciela. Polski Batman musiał lansować się za pół ceny i kupić batsuit z odzysku.

 

Korekta: Paulina Koźbiał

 


[1] Cytat z filmu Marka Koterskiego: „Dzień świra” (2002)ceo slayer

 

  • Autor: Marcin Przybyłek
  • Tytuł: CEO Slayer
  • Data wydania: 15 kwietnia 2014
  • Wydawnictwo: Rebis (seria: Horyzonty Zdarzeń)
  • ISBN: 978-83-7818-515-4
  • Liczba stron: 416
  • Okładka: miękka ze skrzydełkami
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: