Mariam Petrosyan „Dom, w którym…”

Mariam Petrosyan „Dom, w którym…”


Recenzowała: Małgorzata Ślązak

 

Sny jak pociski

Każdy odbiorca kultury ma sporą szansę natrafienia, prędzej czy później, na wypowiadane skwaszonym tonem pytanie: „Czegoś się naczytał/naoglądał?” – kiedy z racji „wessania” przez dzieło jakiś czas nie kontaktuje z rzeczywistością, rozpamiętując swój zachwyt. Albo ze stwierdzeniem, że ten i ów literat, muzyk czy reżyser filmowy zaprezentował światu „szalone majaki” bądź „chore sny”, jeżeli jego sztuka przekracza granice zwyczajności.

Dobra sztuka (niekoniecznie ta najmroczniejsza czy szalona) działa osmotycznie. Przesącza się do mózgu i koktajlem szalonych wizji eksploduje we śnie. Dobra literatura śni się i można się w nią „wśnić”, przyswajając kolejne stronice. Sceny i słowa z książki są wówczas jak wielkokalibrowe pociski, które błonkę rzeczywistości rozdzierają na strzępy. Uznani autorzy nie muszą walić serią – wystarczy im jeden udany atak snajperski. Stają się cichymi zabójcami naszego świętego spokoju.

Snajperką literatury jest z pewnością Mariam Petrosjan. Czy literacką Ludmiłą Pawliczenko? – czas pokaże. Mnie trafiła.

„Dom, w którym…”, jak dotąd jedyna powieść armeńskiej autorki, to książka zdumiewająco jak na debiut powieściowy wysokokaloryczna: pełnowymiarowa nie tylko w formie (blisko osiemset stron), ale i w treści, nieźle zbalansowana i niejednoznaczna. Porównywana do dzieł Goldinga, Carrolla czy Marqueza – jest w stanie nie tylko te porównywania wytrzymać, ale i godnie im się przeciwstawić. Chociaż bazuje na znanych toposach, archetypach i automatycznych „myśloobrazach” (jakim jest niewątpliwie sterylny i oślepiająco biały szpital, wielośwat jako sieć pajęcza czy wizja lasu-labiryntu) – pisarka prowadzi czytelnika przez zupełnie autonomiczną historię. Owszem, bogatą w odniesienia, inspiracje i ślady poprzedników, lecz nie epigońską. Nie da się oskarżyć Petrosjan, że nie była „tą pierwszą” i ulepiła książkę-bułę z przemielonych już motywów: podróży w snach, „żyjących” rzeczy, paradoksów i pętli czasowych, rzeczywistości równoległych, odwołań do znanych baśni i bajek czy wreszcie znanego wątku młodzieńczej inicjacji. Udało się jej bowiem zachować proporcje w doborze składników, które w dobrej książce po prostu muszą się znaleźć. „Dom…” ma równocześnie epicki oddech i głębię literatury kameralnej, skupionej na tym, co indywidualne i ukryte.

Szkoła. Internat. Placówka opiekuńczo-wychowawcza. Dom dziecka. Przytułek. Sierociniec. Tak nazywałby się Dom w kategoriach czysto formalnych. Ale miejsce akcji książki Petrosjan to nie tylko ten szary, odrapany, ponury budynek. Dwupiętrowe schronienie dla dzieci spoza nawiasu społecznego – ociemniałych, inwalidów, upośledzonych fizycznie i psychicznie, rozchwianych emocjonalnie, dotkniętych traumami – to więcej niż przytulisko. To cały świat, zarówno ten „dzienny”: złożony z korytarzy, pokojów i schodów, jak i nocny: świat snów, marzeń, osobliwych rytuałów i zwyczajów, wizji i namiętności. Świat nieznany temu, którego Dom nie przyjmie, odrzuci, jeżeli pensjonariusz nie będzie chciał go poznać i zrozumieć. Pradawny las, labirynt, wielowarstwowa, swoista Troja, do przekopania wzdłuż i wszerz tylko przez najstarszych mieszkańców Domu. Furtka do życzeń, które niekoniecznie powinny się spełnić.

Zamieszkują go prawdziwe indywidua: Palacz, Sfinks Ruda, Czarny, Sęp, Rusałka. Każde z nich ma swojego „chrzestnego”: osobę, która wymyśliła przydomek. Nowe imiona nie zawsze są ładne, grzeczne, chlubne czy zabawne. Nikogo nie dziwi nazwanie bezpośrednio, z pozoru brutalnie: Ślepym, Kulawym, Garbusem, Śmierdzielem. Świat chromych, bezrękich, sparaliżowanych za nic ma zasady ze Świata Zewnętrznego – spoza domu. Tam dba się o to, by kalek nie urazić, żeruje się na ludzkiej litości lub przeciwnie – wyłącza się „innych” z wymiany społecznej, czego by ona nie dotyczyła, także uczuć, emocji i seksu. W Domu przydomek to zaszczyt i przepustka do uczestnictwa w jego życiu; nie stygmatyzuje, lecz włącza do grupy, która poddaje się regułom więcej niż jednej rzeczywistości.

Najwyższą formą organizacji jest stado. Każdy podlega w nim gradacji: od alfy – przodownika, do omegi – najniższego „zwierzęcia” w stadzie. Wszystkie stada tworzą jedno plemię: wychowanków domu, noszących jego piętno. Ta mała armia ma swoich wojowników, ma bardów i szamanów, ryty wojenne i godowe. Jest w Domu miejsce na wróżby, duchy, a także zbrodnię i śmierć. Wtajemniczenia w to osobliwe, plemienne życie dostępują jedynie niektórzy z wychowawców – także specyficznie przez wychowanków ochrzczonych. Kto wniknie w subtelne powiązania i struktury Domu, ten szybko odkryje, że to nie dorośli ustalają w nim porządek. Chociaż żyjąca na łasce dorosłych, przez nich karmiona i finansowana, młodzież Domu jest niekiedy dużo bardziej od nich samodzielna, dojrzała, strudzona egzystencją. Inicjacja została odwrócona; wpasować się w to małe społeczeństwo muszą nie dzieci, lecz opiekunowie. A i dzieci nie do końca są dziećmi – ich oczyma wyglądają istoty bez wieku. To, co poza murami gmaszyska byłoby uznane za oznaki dojrzałości: trzeźwość myślenia, twarde stąpanie po ziemi, intuicyjne uwewnętrznienie starych zasad moralnych – w Domu jest zbędne lub szkodliwe. Ci, którzy mają „zewnętrzny” umysł – godni są pogardy. Nie zdjęli zasłony Mai, nie przeszli na drugą stronę lustra.

Wielopłaszczyznowe tło frapuje plastycznością: daje się formować według przeróżnych filozofii: od starej jak świat koncepcji dualistycznej, ścierania się żywiołu szalonego z uładzonym (Apollo kontra Dionizos), przez pryzmat nieświadomości zbiorowej Junga, na interpretacjach gnostyckich kończąc. Ich obfitość i dowolność sprawia, że trudno pisać o fabule „Domu…” bez pewnego jej niedopowiedzenia czy rozmycia, nie zdradzając równocześnie pewnych zagadek, z których rozwiązaniem borykają się bohaterowie książki – chwilami pachnących ponurym kryminałem czy wręcz grozą. Osadzona w nurcie realizmu magicznego, powieść Petrosjan to i świetna książka fantastyczna, i bardzo trzeźwa, mocno umocowana w logice zdarzeń historia obyczajowa. Można ją nazwać powieścią szkatułkową, paraboliczną, a nawet współczesną baśnią – a będą to tylko słowa, nie oddające do końca misterności i spójności konstrukcji.

Ciężar owej konstrukcji dźwigają głównie postaci – każda, nawet ta epizodyczna, naznaczona własnym cierpieniem, tajemnicą, cechami charakterystycznymi, które czynią ją ciekawą i nieobojętną czytelnikowi. Pisarka buduje między bohaterami skomplikowane związki, często niejasne i dramatyczne – przyjaźnie i konflikty, zależności panujący-poddany, nierozumny-wtajemniczony. Każdej przydaje rys znany i grubo wykreślony, ale jednak interesujący. Spotkamy w Domu tragicznego realistę, którego opowiedzenie się za porządkiem społecznym znanym poza przytułkiem prowadzi do wyobcowania, zaś nieustępliwość charakteru czyni biernym wobec osób mniej stabilnych. Mamy tajemniczego cierpiętnika-ogrodnika, oddanego sprawom roślin i nalewek. Jest mroczny, intrygujący, fanatyczny Ślepy, przodownik stada. Jest delikatna Rusałka o cechach istoty z bajki, zbuntowana Szczurzyca i chłopiec, którego nie bez przyczyny nazywają Śmiercią. Współczesny Szczurołap i mnóstwo „świętych szaleńców”, z aniołem wcielonym na czele. Autorka snuje ich losy za pomocą narracji to w pierwszej, to w trzeciej osobie. Znajdziemy też uwikłanego w mroki Domu wychowawcę Ralfa, zbzikowanego byłego dyrektora i zaskakująco bezradne grono pedagogiczne, złożone z typów nie mniej potrzebujących wsparcia niż uczniowie. Są tajemnicze Pająki z lazaretu, swoiści obcy w tym małym kraiku – biali, sterylni, nieludzcy. Petrosjan wciąga czytelnika w ten fantastycznie pokręcony, zniekształcony horyzont zdarzeń, w którym dziwne i normalne zamieniły się miejscami, a zarazem – nie sądzi, nie ocenia swoich bohaterów, mimo iż każe nam patrzeć przeważnie ich oczami, nieobiektywnie. Oddaje głos również ścianom, pokrytym napisami i malowidłami, zasmarowanym czarną farbą oknom, zagraconym łóżkom – przedmioty też opowiadają i to wcale nie jak chór, podległy koryfeuszowi. Każdy ma osobny i ważny komunikat z przeszłości.

Taka niepokojąco senna, trochę przypominająca bizarro fiction, koktajlowa książka, jaką jest „Dom…”, nie przypasuje każdemu. Uczciwie trzeba powiedzieć, że ze stężeniem elementów narkotycznych w swojej prozie, Petrosjan momentami przesadza – zwłaszcza w dialogach. Bywają trochę „za dorosłe”, napompowane, za mało potoczne, a zbyt literackie. Jednak i ten mankament można obrócić w zaletę, jeśli wziąć pod uwagę nieciągłość i nieliniowość czasu upływającego w Domu oraz znaczenie czasu w ogóle; bytu osobnego, którego tajemnice są u Petrosjan obiektem szczególnego zainteresowania. Swoista „szamańska mądrość” przypisana dość dużej liczbie wychowanków Domu – nie powinna w takim wypadku razić. Bardziej żałuję, że niektóre z prawd Domowego życia autorka podała czytelnikowi zbyt bezpośrednio, wplecione jako dosłowności w rozmowy postaci, w ich własne „śledztwa”.

Ten zgrzyt nie przesłania jednak ogólnej wartości książki. Książki wywołującej sny – niepokojące, a fascynujące, wyraziste i niespodziewane – przekłuwające granicę nieznanego jak pociski. Efekt ten osiągnęła pisarka dzięki zaskakująco przystępnemu językowi, obrazowemu i zrozumiałemu, bliskiemu codzienności bohaterów (wyjątkiem wspomniane dialogi). Wydawać by się mogło, że im dziwniej, tym dziwniejsze środki. Nic bardziej mylnego: subtelną poetyckość elementów baśniowych Petrosjan zgrabnie połączyła z realistycznym opisem zwykłej, domowej krzątaniny. Szkoda, że zaszwankowało nieco samo wydanie: z literówkami, błędami interpunkcyjnymi, a nawet myleniem imion i osób. Ale Dom jest miłosierny: wybaczy Wam taką czepliwość. Dzięki Albatrosowi, został przed nami otwarty.

Wejdźcie zatem. Lecz pamiętajcie – w oknach siedzą snajperzy. O kamizelki kuloodporne pytajcie Szakala*.

 

 

* Szakal Tabaki – jeden z głównych bohaterów książki, uwielbiający chodzić w kamizelkach.

 

Korekta: Aleksandra Żurekdom-w-ktorym-qfant

 

  • Autor: Mariam Petrosjan/Mariam Petrosyan
  • Tytuł: Dom, w którym
  • Tytuł oryginalny: Dom, w kotorom…/дом, в котором
  • Tłumacz: Jerzy Redlich Data wydania: październik 2013
  • Wydawnictwo: Albatros A. Kuryłowicz
  • ISBN: 978-83-7885-67-9
  • Liczba stron: 800
  • Okładka: miękka
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: