Piątek, 14 października
Pierwszym punktem programu, który upatrzyłem sobie na rozpoczęcie Coperniconu był absolutny jego gwóźdź, czyli spotkanie z Andrzejem Sapkowskim. Niemniej, dopiero o godzinie siedemnastej, więc doszedłem do wniosku, że wcześniej pojadę obczaić miejscówkę. Muszę tutaj nadmienić, że choć w Toruniu mieszkam od urodzenia, to wszystkie jego zakamarki nie są mi szczegółowo znane, a szkoła konwentowa była w tym roku umiejscowiona na obrzeżach miasta. Trochę daleko od centrum (około 20 minut jazdy autobusem/tramwajem), ale takie peryferia mają to do siebie, że znajdują się tam liczne pętle autobusowe i dojazd komunikacją miejską zasadniczo nie stanowi problemu, w połączeniach można przebierać. Pierwszych pojedynczych konwentowiczów spotkałem już w tramwaju. Po wyjściu na odpowiednim przystanku odnalezienie właściwej szkoły nie nastręczało większego problemu, choć w bezpośrednim sąsiedztwie była inna szkoła, co mogło zmylić osoby, które nie miały zbyt szczegółowego rozeznania w planie okolicy. Jeśli jednak Copernicon ma zamiar dalej się rozwijać, to ma w tym miejscu do tego dobrą opcję – druga szkoła na Polcon za dwa lata jak znalazł. Ale doszliśmy w końcu do konwentowej miejscówki. Od strony reprezentatywnej ulicy prezentowało się boisko, lecz aby znaleźć główne wejście należało obejść szkołę dookoła, gdyż znajdowało się ono zupełnie z tyłu, od strony wnętrza osiedla. Pokonując te drobne przeszkody stanąłem przed wejściem, gdzie uprzejmie przywitała mnie jedna z organizatorek informując, że akredytacja jeszcze nie działa. Byłem na miejscu pół godziny po zapowiedzianym otwarciu konwentowych podwoi, ale cóż, nie takie obsuwy się widziało. Pokrążyłem zatem trochę po okolicy, rejestrując skromną jeszcze ilość uczestników, podsłuchałem mimochodem ze dwie rozmowy orgów i wyruszyłem z powrotem w stronę przystanku. Po drodze minąłem kilkunastoosobową, obciążoną dużymi plecakami, zwartą grupę bujnie owłosionych osobników w ponurych, ciemnych strojach. To oraz okazjonalne specyficzne elementy ubioru w stylu spiczastego kapelusza czarownicy kazało sądzić, że spotkałem ekipę zmierzającą na Copernicon. Właśnie wtedy poczułem klimat nadciągającego wielkimi krokami święta fantastów.
Spotkanie autorskie z Andrzejem Sapkowskim odbywało się w centrum, w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej Książnica Kopernikańska. Przewidując dzikie tłumy zjawiłem się tam odpowiednio szybciej i całe szczęście – tłumy wprawdzie nie były tak dzikie jak się spodziewałem po spotkaniu ze wstępem wolnym, a więc nie tylko dla konwentowiczów, ale również zwykłych mieszkańców Torunia i okolic, ale sala była na tyle mała, że wszyscy i tak się nie zmieścili. Według danych organizatorów na spotkanie przyszło około 180 osób, a nie wiem czy liczono także tych, którzy odeszli z kwitkiem i tych, którzy mimo braku wolnych miejsc w sali, czekali twardo w holu biblioteki, oczekując przynajmniej na autograf Mistrza. Spotkanie w mojej opinii udało się doskonale. AS roztoczył przed publicznością cały swój czar i dosyć specyficzny, rubaszny urok. Zarzucił nas całą masą zabawnych anegdotek i ciekawych opowieści, zdobył sobie serca większości obecnych zawoalowaną, acz doskonale czytelną kpiną z Jarosława Kaczyńskiego i Ojca Dyrektora (choć znalazło się na sali kilku umiarkowanie oburzonych). Uczestnicy przełknęli nawet stwierdzenie Sapkowskiego, że opinie fanów generalnie nic go nie obchodzą, które padło w kontekście powszechnie krytykowanej „Żmii”. Podobno wydawnictwo nie przyjęłoby kiepskiej książki. Akurat, każde wydawnictwo bez wyjątku wzięłoby z pocałowaniem ręki wszystko podpisane jako Andrzej Sapkowski, choćby to były sprośne wierszyki dla dzieci. Coś o co mam jednak żal i to spory, to ogromny, naprawdę olbrzymi spoiler dotyczący dostępnej niedługo piątej części cyklu „Pieśni Lodu i Ognia” George’a R. R. Martina, po którym na sali rozległ się pomruk oburzenia. Wiem już zatem kto nie przeżyje „Tańca ze smokami”. Wielkie dzięki, panie Andrzeju.
Po spotkaniu po raz kolejny ruszyłem w daleką drogę do szkoły konwentowej. Przez tę sporą odległość nie zdążyłem ani na prelekcję Marcina Wełnickiego, ani na spotkanie autorskie z Robertem Wegnerem, ale cóż, życie jest sztuką wyboru. Sprawnie zakupiłem akredytację i resztę dnia spędziłem na eksploracji szkoły, co mimo mapki nie było łatwe z powodu mnogości klatek schodowych, lecz po obejściu wszystkiego parę razy, orientowałem się już co, gdzie i jak. Na stoisku z książkami wyszperałem „Zaklęty miecz” Poula Andersona z 1991 r. po okazyjnej cenie, a przy tym w doskonałym stanie i wsiąkłem do późnego wieczora w games roomie.
Sobota, 15 października
Sobota miała się zacząć spotkaniem autorskim z Markiem S. Huberathem, ale niestety z przyczyn zdrowotnych dojechać nie mógł. Organizatorzy informowali o tym na swoim facebookowym profilu jeszcze przed konwentem, niemniej moje rozczarowanie nie było przez to mniejsze. Z rana posnułem się zatem po terenie Coperniconu, poobserwowałem odbywający się na boisku mecz. Dyscyplina nazywa się snotball, a polega na wbiciu piłkopodobnego przedmiotu, w który z tego co widziałem wcielił się tym razem baniak, do bramki. Cała jednak zabawa polega głównie na okładaniu się przy tym bezpiecznymi mieczami. Baniak i bramki właściwie były tylko pretekstem. W drodze do games roomu przyuważyłem wojowników, którzy prezentowali swoje wyposażenie i uzbrojenie. Nie było tego specjalnie dużo, spodziewałem się czegoś więcej. W GR chwilę posłuchałem prezentacji gry „Świat Dysku”, po czym sam zabrałem się do grania. Gra tego Coperniconu to zdecydowanie „7 cudów świata”, w którą rozegraliśmy wiele partii, choć nie była to jedyna obgrana tego weekendu pozycja, planszówek było bowiem pod dostatkiem, a obsługa sympatyczna i skłonna do pomocy.
Sobotnie chodzenie po prelekcjach rozpocząłem dopiero w porze obiadu od panelu dyskusyjnego z Anną Brzezińską, Dorotą Guttfeld, Krzysztofem Milczarkiem oraz Robertem Wegnerem pt. „Fantasy – mit czy realizm”. Prowadzący panel zdawał się być wiecznie speszony, strasznie się denerwował i przepraszał od razu, jeśli zdarzyło mu się mieć jakieś własne zdanie. Na szczęście dyskutanci poradzili sobie doskonale mimo tego. Większość rozmowy zeszła na próbach definiowania fantasy, mitu i realizmu, co z resztą samo w sobie było dosyć ciekawe. Rozmowa zeszła między innymi na kwestie spójności świata w utworach fantastycznych, po co to w ogóle komu i dlaczego recenzenci przykładają do tego tak wielką wagę. O ile frekwencja na wspomnianym panelu przedstawiała się raczej skromnie, o tyle sala, w której prelekcję o prostytucji w dawnych czasach miała Anna Brzezińska, została wypełniona po brzegi. I nic dziwnego, szefowa Runy i autorka sagi o zbóju Twardokęsku słynie ze swoich gawędziarskich zdolności. Konwentowicze, którym udało się dostać na prelekcję chłonęli wszystko w zachwycie, nagradzając prelegentkę częstymi salwami śmiechu i wyjątkowym skupieniem uwagi, a po wszystkim miałem nieodparte wrażenie, iż nie tylko ja żałuję, że to już koniec. Po wystąpieniu Anny Brzezińskiej w tej samej sali nastąpiło spotkanie autorskie z Andrzejem Pilipiukiem. Normalnie pewnie bym sobie podarował, ale skoro już tam siedziałem, to zostałem posłuchać, co też ciekawego powie nasz wielki grafoman. Sala momentalnie wypełniła się w równym stopniu co jeszcze przed chwilą, przesunąłem się zatem bliżej okna, żeby złapać trochę świeżego powietrza. Pilipiuk jak to Pilipiuk, od razu złapał świetny kontakt ze swoimi fanami, żartował, opowiadał anegdotki, zapowiedział trzy książki, ale z niewiadomych przyczyn poświęcił chyba pół spotkania na kpiny z Sapkowskiego. Czyżby jakiś kompleks niższości? Tak czy owak i tak było śmiesznie, nie jestem w końcu z tych, co to traktują pisarzy swoich ulubionych książek jak jakieś bóstwa, a chyba już każdy członek fandomu wie, jak specyficzny jest autor sagi o wiedźminie. Zatem pośmialiśmy się w przyjacielskiej atmosferze, a spotkanie szybko dobiegło końca ze względu na zbliżającą się galę wręczenia nagrody literackiej Nautilus.
Po zeszłorocznych wynikach wiedziałem z grubsza czego można się po Nautilusie spodziewać, ale miałem cichą nadzieję, że jednak tym razem nie będą one tak jednostronne. Niestety, nadzieja po raz kolejny okazała się matką głupich. Podano pięć pierwszych miejsc w obu kategoriach, to jest opowiadanie i powieść. Razem przedstawiono więc dziesięć utworów… z czego osiem wyszło ze stajni Fabryki Słów (w tym opowiadania ze SFFiHu). Pozostałe dwa rodzynki to opowiadanie Wegnera i powieść Dardy. Cóż, Wegner jest doskonale znany czytelnikom SFFiH, a Darda ma całą masę zagorzałych fanów i wiernych czytelników poza fandomem, którzy zawsze chętnie oddadzą na niego głos. Obie statuetki zgarnął Pilipiuk, reszta naturalnie była bez szans. Niby nie ma co się obrażać na werdykt ludzi, ale tak jakoś nie wiem dlaczego wychodziłem z gali z grymasem niesmaku na twarzy. Czytałem trzy z pięciu pierwszych powieści (w tym zwycięski kolejny już tom dosyć przeciętnego „Oka Jelenia”) i nie uważam, żeby któraś z nich zasługiwała na jakieś wyróżnienie. Nie pojawił się tam za to ani Dukaj, ani Huberath, ani Twardoch, ani Szostak. Naczelny SFFiH Rafał Dębski zapewne podobnie jak w zeszłym roku nie jest zachwycony, gdyż w ten sposób Nautilus na pewno nie zdobędzie sobie prestiżu, a w następnych edycjach być może stanie się zupełnie wewnętrzną nagrodą Fabryki Słów. Cóż, mamy też inne nagrody literackie. A to jest wyłącznie moja subiektywna opinia, niekoniecznie jedyna prawdziwa. Sobotę zakończyłem muzyczną prelekcją, podczas której uraczono mnie nastrojową, doskonale wpisującą się w klimat playlistą od metalu po chóry gregoriańskie, dużo grubego pogaństwa, muzyka celtycka, nordycka. Byłem naprawdę zachwycony, a po dwóch godzinach słuchania i oglądania wyszedłem z tej nietypowej prelekcji absolutnie oczyszczony z wszelkich negatywnych uczuć po tym śmiesznym Nautilusie. Nathaniel, Lulish, jeśli to czytacie dziewczyny, to jeszcze raz wielkie dzięki za tę muzyczną ucztę.
Niedziela, 16 października
Ostatni dzień na każdym konwencie to czas powolnego zbierania się do domu. Coraz mniej stoisk, sprzątanie gdzie się da, ostatnie prelekcje i punkty programu. Z rana na boisko wypędziła mnie perspektywa „Pędzących żółwi” w wersji XXL. Wróciłem jednak szybko do środka, jako że prezentowało się to nadzwyczaj ubogo. Wolę jednak standardowe żółwie na planszy. Ostatnia prelekcja jaką zaplanowałem sobie na Copernicon nosiła poważny tytuł „Fani w zwierciadłach nauki”, a prowadzona była przez Scobina z serwisu Poltergeist. Całość wyszła całkiem ciekawie, prelegent wiedział co mówi, podpierał się literaturą i przykładami „z życia”. Na niezbyt przepełnionej sali rozgorzała niewielka dyskusja. Jak dla mnie trochę zbyt naukowo, ale i tak interesująco. Tradycyjnie pozostały czas konwentu spędziłem przy planszówkach, a na obiad byłem już w domu.
Podsumowując, tegoroczny Copernicon zdecydowanie należy zaliczyć do udanych. Frekwencja wypadła nieco gorzej od przewidywań, gdyż przybyło niespełna osiemset osób z planowanego tysiąca, ale może to i lepiej. Sala gimnastyczna świetnie sprawiła się w roli sleep roomu, nawet podczas największego oblężenia było tam dosyć luźno, choć widziałem jak rano paru osobników grało w kosza nad głowami odsypiających konwentowiczów, ale cóż taki urok, mam nadzieję, że nikomu się nic nie stało. Dyskusyjna jest dodatkowa opłata za możliwość noclegu na terenie szkoły, lecz to temat do osobnej dyskusji. Identyfikatory były mniejsze niż w zeszłym roku i dzięki temu nie wyginały się i nie niszczyły, poza tym wyglądały lepiej od strony graficznej, podobnie jak cała oprawa z koszulkami na czele. Rok temu grafika koszulkowa była tragicznie nijaka, tym razem steampunkowa konwencja i odpowiedni człowiek (ludzie?) sprawili, że wszystkie gadżety wywierały bardzo przyjemne wrażenie. Teren konwentu patrolowała nietrudna do dostrzeżenia ekipa medyczna, ochrona była dyskretna i sympatyczna. Poza odwołanym dzień przed Coperniconem spotkaniem z Huberathem wszystkie prelekcje, na które chciałem iść, odbyły się. Słyszałem wprawdzie teksty w stylu „poszedłem na cztery punkty, a odbył się tylko jeden”, ale chyba najwidoczniej ktoś miał wyjątkowego pecha. W bezpośrednim sąsiedztwie szkoły znajdowały się co najmniej dwa większe sklepy spożywcze, a niedaleko, w odległości niecałych dziesięciu minut spacerowym krokiem, znajdował się hipermarket z restauracjami (m.in. KFC), także pod względem gastronomicznym bardzo pozytywnie. I w końcu pojawiła się tabelka z programem, czego zabrakło w zeszłym roku. Nie wiem tylko dlaczego była rozdawana osobno, a nie znalazła się w informatorze. Na mapce szkoły nie widniała akredytacja, co początkowo utrudniało nieco orientację w terenie. Jeśli już o akredytacji mowa, to przebiegała ona bardzo sprawnie, nigdy nie widziałem tam więcej niż kilkanaście osób naraz. Korytarze nie były zatłoczone, wyłączając sobotnie godziny szczytu pod salami literackimi, co akurat jest zupełnie zrozumiałe. Poprawione zostały zatem chyba niemal wszystkie błędy zeszłorocznej edycji, a samemu Coperniconowi prestiżu dodała obecność Andrzeja Sapkowskiego i gala Nautilusa. Choć to ostatnie raczej niewielkiego prestiżu, ale już czepiać się drugi raz nie będę. Wśród nielicznych, umiarkowanie uciążliwych wad i utrudnień można wymienić sporą odległość od centrum, wielu przed imprezą narzekało także na rezygnację z ceglanego klimatu poprzedniej miejscówki, myślę jednak, że warto było poświęcić tenże klimat na rzecz większej przestronności. Zatem duży plus za rozwój i wyciągnięcia wniosków z zeszłorocznych uwag, jestem przekonany, że następnym razem będzie jeszcze lepiej. Do zobaczenia za rok w Toruniu!


































































