Wolność to za dużo – wywiad z Arturem K. Dormannem

Wolność to za dużo – wywiad z Arturem K. Dormannem


Artur K. Dormann - rocznik 86 bez kompleksów. Samotnik z natury, autsajder z wyboru. Ukończył studia na wydziale architektury. Robił w życiu wiele rzeczy, z różnym skutkiem. fanatyczny wielbiciel książek, zapalony fotograf amator, łazik, miłośnik gór oraz dobrego wina - nigdy razem! Całkowicie uzależniony od muzyki. Każdej. O sobie mówi: laik we wszystkich dziedzinach. Lecz z nim nigdy nie wiadomo: skromność to, czy kokieteria. Najbardziej interesują go wybory i ich konsekwencje, dlatego często zastanawia się nad istotą ludzkiego przeznaczenia. Ma poczucie humoru - czarne, pesymistyczne, może lekko wypaczone. Ogólnie nieco staromodny i absolutnie postmodernistyczny - typowy przedstawiciel straconego pokolenia Y, z przyczajonym na dnie duszy romantykiem.

W końcu, po długich staraniach udało mi się umówić na wywiad z zeszłorocznym debiutantem, autorem powieści „Co zdarzyło się w Lake Falls” Arturem K. Dormannem. Spotkaliśmy się w kawiarni, niedaleko centrum Katowic. Wyglądał dokładnie jak na zdjęciu, młody, wysoki człowiek, zdecydowanie przed trzydziestką. Sprawiał wrażenie wyluzowanego, z dużym poczuciem humoru i dystansem do siebie. Był akurat taki, jak go sobie wyobrażałam po lekturze powieści...

Witam Panie Arturze czy raczej powinnam powiedzieć…

(śmiech) Niech zostanie Artur.

Dlaczego ukrywa się Pan pod pseudonimem?

Dotknęło mnie przekleństwo wielu polskich nazwisk, nie dość że szeleści to jeszcze się kojarzy. Wybrałem prostsze i bez skojarzeń. Obojętne.

A nie jest to rodzaj zakamuflowanej ucieczki? Obce nazwisko, miejsce akcji Pana powieści także nie dzieje się w Polsce?

Paradoksalnie, zmiana realiów, odcięcie się od polskich uwarunkowań pozwoliły mi poczuć wolność twórczą. Nie musiałem dokonywać obserwacji obyczajowych, pilnować wiarygodności postaw, co według mnie mocno zaciemnia ogólny przekaz. Stworzyłem prostą opowieść z morałem, nie przejmując się, że pan Zenek spod sklepu GSU powinien co drugie słowo mówić *** i zasuwać gwarą, bo inaczej będzie sztucznie i nieprawdziwie. Nie obchodzi mnie, dlaczego pan Zenek tak mówi i jaki ma problem oraz kompleks. W ogóle nie lubię słowa *** poza dopuszczalnym kontekstem, jakim jest gwałtowne zetkniecie młotka z palcem. Moja powieść jest rodzajem baśni i podobnie jak one, ma swój fikcyjny czas i miejsce. Siadając do pisania, wiedziałem, że nadmiar pchających się obserwacji socjologicznych, obyczajowych i psychologicznych przyćmiłby uniwersalny przekaz książki…

Jakim jest ?

Prosty wniosek, że każdy pakt ze złem kończy się tragicznie. Ono pojawia się tam, gdzie zaczynają się ludzkie problemy i obojętnie czy ma plakietkę Superbanku, czy elegancki garnitur naciągacza lub uśmiech wampira, czyha w uśpieniu, aż dopadnie nas kryzys. Wtedy puka do naszych drzwi, ofiarując proste, cudowne rozwiązanie. Jego koszty jednak bywają wysokie.

Dlaczego ‒ co najczęściej Panu zarzucano ‒ użył Pan oklepanego stereotypu wampira, zamiast napisać na przykład właśnie o agencie firmy kredytowej?

 Wtedy byłby to reportaż, a nie powieść. A może dlatego, że ów agent byłby zbyt prawdziwy, zbyt przerażający, nawet dla mnie. Poza tym nigdy się nie zgodzę z tezą, że motyw wampira jest oklepany, eksploatowany – owszem, lecz ma przed sobą przyszłość, proszę mi wierzyć, pojawi się jeszcze w wielu nowych odsłonach. Od wieków fascynował ludzi i nadal skutecznie to robi. Wampir jest przedstawicielem tych sił, których aktualnie się boimy, kiedyś było to tabu seksu, krwi, kanibalizmu, zarazy. Dziś skrajnego indywidualizmu, wolności bez granic i braku norm etycznych…

Przepraszam, bo czegoś tu nie rozumiem, uważa Pan, że ludzkość boi się wolności?

A mylę się? Ludzkość w gruncie rzeczy ma więcej rozumu, niż przypuszczają najtężsi z filozofów, posiada bowiem coś w rodzaju mądrości zbiorowej, która mówi, że jesteśmy kompletnie nieprzygotowani do wolności, nie umiemy z niej korzystać. Jest dla nas przerażająca, wiąże się z odpowiedzialnością, do której nie dorośliśmy. Wampiry są wolne, ba, są ucieleśnieniem tejże wolności, jednak umieją równocześnie odciąć się od wiary, etyki, moralności, a człowiek tego w gruncie rzeczy nie potrafi.

W świecie demokracji oraz panującej tendencji do poszukiwania wolności jednostki Pana słowa zakrawają na herezję.

(śmiech) Ta wolność to pozory ograniczające się do wyboru deseru lub gatunku kawy. Prawdziwa wolność to na przykład funkcjonująca w jednym z państw ustawa o dopuszczeniu związków kazirodczych. Patrząc z jednej perspektywy – dlaczego nie? Każdy zasługuje na szczęście i miłość. Jednak, gdy spojrzymy pod nieco innym kątem, ujrzymy obraz, który nas przeraża. Wszystkie zakazy piętnuje się odium ciemnogrodu i wstecznictwa. Jak daleko możemy się posunąć w odrzucaniu tabu? W gruncie rzeczy boimy się świata bez zasad. Wampiry nie mają sumienia, potrafią ominąć zakazy etyczne. Są złe, jednak jest to zło oczywiste, namacalne. Niestety, kłów nie widać u przedstawicieli banków, kasy pożyczkowej, agencji ubezpieczeniowej. Tymczasem oni właśnie są bardziej przerażający niż sam książę Drakula. W starciu wampiry kontra ekonomia, ta ostatnia wygrywa bezapelacyjnie pod względem ilości budzonych przez siebie nocnych koszmarów. Jest tak straszna, że nikt nie odważy się mówić głośno o tym, że to magia XXI wieku. Takie optymistyczne zaklinanie rzeczywistości, jeśli o czymś nie mówię ‒ nie istnieje. Katolicy nie wymawiają słowa Szatan, my udajemy, że ekonomia to nauka.

Nie podoba się Panu współczesny świat?   

A komu się podoba? Tylko głupcy akceptują drogę, którą za ludzkość wybrała garstka
„ekonomicznych ekspertów”. Bezmyślny konsumpcjonizm, brak refleksji, szaleńcze tempo życia i przemian. Szybciej i głośniej, żeby nie zastanawiać się dlaczego i najważniejsze ‒ po co?

Gorzkie słowa jak na ….?

Wiem, nie jestem wiarygodny, bo mam dwadzieścia siedem lat i żadnego życiowego doświadczenia...

Nie, raczej dlatego, że dołączył Pan do tego wyścigu, wrzucając na komercyjny rynek mainstreamową powieść.

Nigdy nie stanę się pisarzem awangardowym, eksperymentatorem. Dla mnie najważniejsza jest sama opowieść, jej klarowność i sens. Czasem myślę o sobie jak o arabskim bajarzu. Siedzę sobie gdzieś na suku, snując opowieści, a ludzie zatrzymują się i słuchają. Ulissesa J. Joyce`a nie da się w ten sposób przedstawić, baśnie tak, dlatego wybieram baśnie.

Złośliwcy twierdzili, że chce Pan odciąć kupony od sławy Zmierzchu.

…Sienkiewicz odcinał kupony od Kraszewskiego, Mika Waltari przewiózł się na sukcesie Faraona Prusa. Wiem, że to nie moja liga, ale ktoś wykorzystujący podobne postacie, sytuacje, wcale nie musi kierować się chęcią podpięcia pod sukces innego pisarza. Nie czytałem Zmierzchu, wiem jednak, że jego odbiorcy ‒ młodzież między piętnastym a dwudziestym rokiem życia, nie powinni czytać mojego Lake Falls. Dla własnego dobra. A poza tym, o jakim konkretnie sukcesie mówimy?

Został Pan wydany, co samo w sobie jest w pewnym stopniu nobilitacją. Realia rynku obecnie debiutującym autorom nakazują najpierw zainwestować, dlatego młodzi autorzy muszą wydawać powieści własnym sumptem, jeśli chcą zaistnieć.     

I w ten sposób rodzi się chaos ‒ bez wsparcia redakcji, właściwej korekty, porady, często świetny materiał pada, zostaje ze szkodą dla autora i czytelników zaprzepaszczony. Miałem szczęście trafić pod skrzydła wydawnictwa, które stara się mnie wspierać. Jednak mowa o sukcesie w sytuacji, gdy chyba żadna księgarnia w kraju nie sprzedaje mojej powieści to mocna przesada. Nieznany nikomu autor wydaje książkę, która jest dostępna tylko w Internecie. Absurd, zabijający w ten sposób każdy debiut. Z jednej strony wszyscy narzekają na brak ciekawych scenariuszy, nowych, polskich autorów, interesujących pozycji książkowych, z drugiej każdy młody pisarz ginie w otchłaniach netu. Reklama – zbyt kosztowna i nie opłaca się w kraju, gdzie czytanie stało się snobizmem. W USA wydaje się milion tytułów rocznie, u nas czyta co szósty dorosły człowiek. Oto co tworzy prawa rynku.

Ale związał się Pan na stałe z tym rynkiem, czy była to tylko chwilowa przygoda?

Wygląda na to, że będzie to długi, szorstki romans. (śmiech)

Podchwytliwie próbowałam dowiedzieć się o Pańskie plany na przyszłość.

Aby kontynuować przygodę z pisaniem, wyjeżdżam za granicę. Tam, prawdopodobnie na zmywaku (śmiech), będę doskonalił kolejne fabuły, bo gaża z debiutu wystarczyła tylko na butelkę dobrego, rasowego trunku. Takie są realia. A książki mam na warsztacie aż trzy. Pierwsza opowiada o grupie pięciu ludzi rzuconych w wir zupełnie niezwykłej przygody z pustynią w tle. Druga to zbiór opowiadań, a trzecia jest – odpukać ‒ niespodzianką.

Rzeczywiście, jest Pan bardzo tajemniczy, chociaż plotka głosi, że ma być nią drugi tom Lake Falls.

Ma Pani dostęp do niezłych źródeł (śmiech). Na razie nic nie mówię, żeby nie zapeszyć. Poza tym, a nuż widelec wybiorę karierę na rzeczonym zmywaku i zamiast na powieści skupię się na zarabianiu realnych pieniędzy. To łatwiejsza droga, mniej stresująca. Stanę się jednym z milionów naszych rodaków, emigrantów zarobkowych, którym obca rzeczywistość ma do zaoferowania więcej niż polskie sny. Zresztą, jak długo można tylko śnić?

Czy chciałby Pan, po swoich doświadczeniach, dać jakąś wskazówkę następcom, by uchronić ich od popełniania błędów na tym niestabilnym rynku?

Zdarzyło mi się dawno temu być na spotkaniu z autorem, którego bardzo szanuję i subiektywnie uważam za drugiegoco_się_zdarzyło_w_falls_lake_qfant Sienkiewicza literatury polskiej ‒ Andrzejem Sapkowskim. Wtedy na podobne pytanie mistrz odpowiedział – rzuć pisanie w cholerę, póki czas. Mógłbym się pod tym podpisać obiema rekami, gdyby nie to, że sam ową dobrą radę odrzuciłem. A następcom mam do powiedzenia jedno ‒ rób, co chcesz, byle była zabawa. Zostaw kompleksy, postawy narodowe, dumę i swoje żale, baw się, tworząc światy, bo tylko to się liczy. I tylko to po tobie zostanie.

Pogróżki o robieniu kariery na zmywaku w świetle Pańskiej ostatniej wypowiedzi wydają się bez pokrycia, bo wygląda na to, że został Pan poważnie zainfekowany bakcylem tworzenia. O czym choćby świadczą trzy rozpoczęte projekty literackie.

 Dziękuję za wywiad i mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy, może przy okazji wydania kolejnej Pańskiej powieści.

                                                             W. S

       

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: