Tullio Avoledo „Korzenie niebios” – FRAGMENT

Tullio Avoledo „Korzenie niebios” - FRAGMENT


Najintensywniej przeżyte pięć minut historii ludzkości.

Przeczytaj opowieść kapitana Duranda – jednego z głównych bohaterów Korzeni niebios – o dniu, w którym świat się skończył. Był wtedy w Kaplicy Sykstyńskiej… I Bóg spadł obok niego, a Adam cudem pozostał na nienaruszonej konstrukcji sklepienia.

Prezentujemy drugi fragment Korzeni niebios – najnowszej powieści z serii Uniwersum Metra 2033. Premiera w księgarniach już 8 maja. Jest to książka pod wieloma względami przełomowa – wszak napisał ją Włoch, autor z innego niż dotychczasowi twórcy Uniwersum kręgu kulturowego, dotyka też ważnych problemów wiary oraz moralności w ekstremalnych sytuacjach. Inaczej niż w dotychczasowych tytułach serii, bardziej zostały wyeksponowane wątki paranormalne i fantastyczne.

Polskie wydanie książki zostało wzbogacone o ilustracje rosyjskiego rysownika Aleksandra Kulikova. Dwie z nich prezentujemy Wam już dziś.

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu w interpretacji Krzysztofa Banaszyka.

http://www.youtube.com/watch?v=yXO_TUHf3tg

Wydawnictwo Insignis Media prezentuje

Projekt Dmitrija Głuchowskiego

„UNIWERSUM METRO dwa tysiące trzydzieści trzy”.

Tullio Avoledo „Korzenie niebios”

z włoskiego przełożył: Piotr Drzymała,

„Opowiem ci coś, księże.

To moja historia, ale mogłaby się przytrafić każdemu.

No, może z wyłączeniem paru drobnych szczegółów.

Tego dnia, kiedy świat się skończył, większość ludzi miała szczęście, bo umarła w domu. Ściskając dłoń żony, syna albo w objęciach przyjaciół. Ktoś pewnie zginął kochając się. Mówią, że syreny zawyły z pięciominutowym wyprzedzeniem. Co możesz zrobić w ciągu tych ostatnich pięciu minut, kiedy świat właśnie ma się skończyć?

Ktoś może opróżnił butelkę, którą trzymał od dawna na jakąś specjalną okazję. Ktoś może pośmiał się, tak jak ja przed chwilą. Jak wariat. Inni być może powiedzieli sobie: »a do diabła z tym wszystkim«. I może poszli do łóżka z tym, kto był pod ręką. Inni pewnie próbowali się ratować. A niejeden z nich wiedział już przecież, że wszystko to na próżno.

To musiało być najintensywniej przeżyte pięć minut w historii ludzkości.

Wszystko na nic.

Ale przynajmniej w dużej część ludzie umierali u boku tych, których kochali. I w swoich domach.

Niektórzy z nas nie mieli jednak tego szczęścia.

Mówią, że z nieba spadały samoloty, dziesiątki, setki samolotów. Wszystkie, które były w powietrzu, kiedy eksplodowały bomby.

Deszcz samolotów.

W porównaniu z atomowymi wybuchami, drobne ukąszenia owadów na skórze Ziemi. Najbardziej niewiarygodny pokaz korzenie_il1_qfantsztucznych ogni, jakie ludzkość kiedykolwiek sobie zafundowała. Oczywiście, nikt z nas naprawdę nie mógł tego zobaczyć. Możemy to sobie jedynie wyobrazić. Tych, którzy to zobaczyli, już tu nie ma, nie mogą nic opowiedzieć.

Zastanawiam się, jakie to było wrażenie, zobaczyć FUBARD z zewnątrz.

Pewnie tylko astronauci ze stacji orbitalnej mogliby nam o tym opowiedzieć.

Ale pewnie już dawno nie żyją.

Kto to wie? Tyle że chociaż oni mieli to jedno jedyne szczęście. Od jak dawna nie oglądamy już gwiazd? A oni widzieli je do końca. Widzieli gwiazdy, i Ziemię płonącą niczym ognisko. Widzieli, jak nad naszymi miastami wznosi się dym i przykrywa Ziemię niczym całun.

W dniu, w którym świat się skończył, byłem akurat w Muzeach Watykańskich. Nie było prawie nikogo. Jaki spokój! Próbowałem tam pójść przy okazji każdej z wizyt w Rzymie, ale nie mogłem znieść tego hałaśliwego, niepoważnego tłumu tłoczącego się w salach. Strzelające migawki aparatów fotograficznych, tysiące identycznych zdjęć tego samego obrazu, których nigdy nikt nie wywoła.

Ale tamtego dnia Muzea były puste. Stałem sam przed kasami biletowymi, czekając na otwarcie. Personel jak zwykle stawił się do pracy. Jakby to był normalny dzień. Zapłaciłem za bilet. Kiedyś coś takiego mógłbym sprzedać na… no jak się nazywały te internetowe aukcje? O, właśnie: na eBayu. Ostatni bilet wstępu do Muzeów Watykańskich…

To była prawdziwa przyjemność, ale i duże wrażenie, spacerować tymi korytarzami w otoczeniu piękna minionych tysiącleci, piękna, które miałem tylko dla siebie. Pamiętam, że próbowałem się dodzwonić do mojej żony w Genewie, żeby jej opowiedzieć o tym dziwnym doświadczeniu. Ale linie były przeciążone. Ludzie próbowali łączyć się z innymi ludźmi i w ten sposób uniemożliwiali w ogóle komunikację…

Więc zarzuciłem pomysł. Gdybym był uparty, może prędzej czy później zdołałbym się dodzwonić i porozmawiać z Chantal. Spytałbym o dzieci… Może nawet o psa…

Ale…

Ale póki co, chodziłem dalej po pustych salach, ciesząc się ciszą i przestrzenią. W świetle poranka marmur posągów i farby obrazów lśniły niczym klejnoty.

Chodziłem tak godzinami. Aż doszedłem do Kaplicy Sykstyńskiej.

To było nowe doświadczenie. Jakbym ją zobaczył po raz pierwszy.

Byłem sam, pod sklepieniem całym we freskach Michała Anioła. Barwy Sądu Ostatecznego na ścianie w głębi wydawały się jak nowe.

Jaka subtelna ironia, siedzieć pod Sądem Ostatecznym w dniu, w którym świat miał się właśnie skończyć…

Byłem tam przynajmniej godzinę. Siedziałem na środku i patrzyłem na Sąd.

Potem położyłem się, jak w parku. Zwinąłem marynarkę i zrobiłem z niej poduszkę. Wyciągnąłem się na posadzce, która była świadkiem wielowiekowej historii, mszy celebrowanych przez papieży, konklawe…

Moje spojrzenie skupiło się na jednej scenie tego gigantycznego arcydzieła. Na stworzeniu Adama. Bóg wyciąga palec wskazujący w kierunku pierwszego człowieka, a Adam podaje dłoń, by dać się wyciągnąć z błota.

Pogrążyłem się w tym do tego stopnia, że w pewnej chwili wydało mi się, że moje ciało odrywa się od Ziemi i lewituje w stronę Boga. Oczywiście, wiedziałem, co się dzieje na świecie. Nawet w najbardziej tradycyjnych dziennikach na pierwszych stronach straszyły wielkie tytuły. A programy telewizyjne zmieniły się w jeden niekończący się dziennik telewizyjny.

Byłem tam od kilku godzin, minęło już pewnie południe, kiedy z moich snów z otwartymi oczami wyrwał mnie jakiś głos.

»Proszę pana, nie może się pan kłaść na środku Kaplicy.«

Popatrzyłem w prawo.

To był strażnik, w mundurze. Starszy mężczyzna, w okularach o staromodnych oprawkach i ze starym radiem tranzystorowym w dłoni. Wyglądał jakby wysiadł z wehikułu czasu. Jakby przyleciał prosto z lat siedemdziesiątych.

Spojrzałem na niego i nic nie odpowiedziałem. A on spróbował jeszcze w innych językach: francuskim, hiszpańskim i w łamanej angielszczyźnie. W końcu się nad nim zlitowałem.

»Mówię po włosku«, odezwałem się.

»Acha. To dlaczego pan nadal tu leży?«

»Bo to jest piękne. Bo nie ma nikogo. Nikomu nie przeszkadzam.«

»Dobrze, ale to nie jest żadne wytłumaczenie. Musi pan wstać.«

Uśmiechnąłem się.

korzenie_il2_qfant»Jest pan pewien, że w regulaminie jest napisane, że nie mogę tego robić? Jest pan naprawdę pewien, że gdzieś piszą o zakazie kładzenia się na posadzce Kaplicy Sykstyńskiej?«

Strażnik spojrzał na mnie zaskoczony. I zrobił coś, czego się nie spodziewałem.

Uśmiechnął się.

»A wie pan, że ma pan rację?«

I z niejakim wysiłkiem, przy akompaniamencie swych trzeszczących, artretycznych kolan, schylił się i wyciągnął obok mnie. Nie za blisko. Zachował dystans. Włosi, szczególnie starsi, są tradycjonalistami w tych sprawach. Na myśl o leżeniu obok nieznajomego musiał się czuć nieswojo.

Długo tak leżeliśmy i patrzyliśmy na sceny stworzenia świata i biblijnego potopu.

»Trzydzieści lat już tu pracuję, a nie znalazłem czasu, żeby przyjrzeć się lepiej tym freskom«, westchnął strażnik.

Uśmiechnąłem się do niego.

Czułem się jak kamień na dnie rzeki, nad którym płynęły obrazy namalowane nieobecną już od wieków ręką, ale wciąż niewiarygodnie witalne.

»Będzie panu przeszkadzało radio?« zapytał.

Odpowiedziałem, że tak. I od razu pożałowałem. W gruncie rzeczy facet podeptał dla mnie zasady. A starsze osoby, wiadomo, przywiązane są do zasad.

»W porządku. Proszę włączyć.«

Stary wyraził mi swoją wdzięczność. »Wie pan, nie mam już nikogo na świecie. Znaczy… mam syna, ale tak jak bym go nie miał. Nie zatroszczył się o mnie ani razu w życiu. A jego biedna matka… gdyby pan wiedział, ile jej cierpień przysporzył…«

»Radio w porządku. Ale nie mam ochoty na rozmowę.«

Zrozumiał. Powiedziałem to po francusku, ale on zrozumiał. Włączył radio i słuchał na ściszonym regulatorze.

Mój włoski był dobry, choć nie tak dobry jak teraz. Chcąc nie chcąc, posłuchałem sobie trochę wiadomości – mówili o konsekwencjach tego, co nadal z uporem nazywali incydentem dyplomatycznym. Posunięcia obu supermocarstw były jak próby dwóch szachistów sondujących możliwości przeciwnika.

Ale to była śmiertelna gra.

Głosy z radia powoli zlały się w jeden szum w moich uszach, hałas tła bez żadnego składu. Rodzaj muzyki, jak muzyka gwiazd nasłuchiwanych przez radioteleskop…

Kiedy wybuchła bomba, posadzka wyprężyła się jak koński grzbiet i opadła z powrotem. Trzy razy. Ale na sklepieniu zaczęły pojawiać się pęknięcia.

Niezmierne światło, nie mam na to innego określenia, światło absolutne, wpadło przez okna i rozświetliło postacie malowideł nadnaturalną bielą.

Odleciałem ku Bogu.

Tak właśnie pomyślałem, gdy postać Stwórcy rosła mi w oczach i była coraz bliżej.

Ale było na odwrót – to sklepienie zaczęło się osuwać, stare freski leciały w dół. Widziałem to jak w zwolnionym tempie, oblicze Boga rosło mi w oczach, a Adam zostawał gdzieś daleko za nim. Coraz dalej od Boga.

Bóg spadł obok mnie. Taki blok grubości dziesięciu centymetrów, szeroki na dwa metry.

Zmiażdżył strażnika.

Krew trysnęła spod betonu i zmieszała się z pyłem.

Usta miałem pełne pyłu i drobin tynku.

Podniosłem się z dużym trudem, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Sklepienia Kaplicy nie było. Na głowę padało mi światło słońca. Sklepienie zostało zdmuchnięte przez wybuch niemal doszczętnie. Jakimś cudem, niezrozumiałym dla mnie cudem konstrukcyjnym, jeden kawałek trzymał się jeszcze na miejscu. To niewiarygodne, ale z kilkudziesięciu postaci malowidła pozostał jedynie Adam. Prawie nietknięty. Brakowało tylko ręki, z wyciągniętym ku Bogu palcem wskazującym.

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: