Toruń w klimatach fantasy – Copernicon 2013

Toruń w klimatach fantasy – Copernicon 2013


Autor: Łukasz Szatkowski

Przenosząc Copernicon o miesiąc w stosunku do poprzednich edycji, czyli na połowę września, organizatorzy mieli zapewne nadzieję na ominięcie charakterystycznej dla października deszczowej aury. Niestety, wygląda na to, że Copernicon i deszcz nie mogą bez siebie żyć. Ta drobna niedogodność nie odwiodła jednak ponad tysiąca trzystu osób od odwiedzenia grodu Kopernika.

                W wielu relacjach przewija się określenie „kameralny” w stosunku do Coperniconu. Być może spowodowane jest to tym, że ludzie ci jeżdżą wyłącznie na tak duże imprezy jak Pyrkon czy Polcon, a może podział festiwalu na dwa duże budynki (w ścisłym centrum miasta, w obrębie toruńskiej starówki!) zniwelował optyczne wrażenie tłumu. Tak czy owak zaznaczyć należy, że liczba tysiąca trzystu uczestników plasuje Copernicon w gronie największych ogólnofantastycznych konwentów w Polsce. A jeśli przy tym organizatorom udało się wytworzyć przyjazną atmosferę kameralności, tym bardziej należą się im ukłony.

 SN850901               Nauczony doświadczeniem z Polconu, o który zahaczyłem dwa tygodnie wcześniej, stawiłem się przy stanowisku akredytacji jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem konwentu. Miłym zaskoczeniem był niemal całkowity brak kolejki i to nie tylko na samym początku, ale i za każdym razem kiedy przechodziłem obok akredytacji. Mimochodem usłyszałem od konwentowiczów wiele ciepłych słów na temat sprawnej organizacji, zwłaszcza od tych, którzy podobnie jak ja mieli porównanie z niedawnym Polconem. Zaklepaną wcześniej wejściówkę medialną otrzymałem w ciągu pięciu minut i swoje pierwsze kroki tradycyjnie skierowałem do Games Roomu usytuowanego, podobnie jak w zeszłym roku, na ostatnim, trzecim piętrze. Na szczęście na Copernicon przybyłem prosto z urlopu w górach, więc zdobycie kolejnego szczytu nie przysporzyło mi trudności.

                Games Room prezentował się mało imponująco pod względem samej liczby gier, za to tytuły zostały wybrane dość starannie, było zatem sporo gier dobrych, nad którymi można było zacnie spędzić trochę czasu. Przy planszówkach przesiedziałem cały piątek, w sobotę za to wpadałem tam tylko na pojedyncze partie podczas nielicznych przerw w programie. GR był otwarty przez całą dobę, ale turnieje odbywały się tylko w piątek i w sobotę – na niedzielę niestety nic nie zaplanowano. Za to przez te dwa dni przeprowadzono kilka ciekawych turniejów. Dla każdego coś miłego – od dłuższych rozgrywek we „Wsiąść do pociągu” czy „Carcassone” po szybkie partie w „Jungle Speed” czy „Listy miłosne”; od mózgożernego „Abalone” po losowego „ZOMBI! Ratuj się kto może!”. Było w czym wybierać. Program planszówkowy uzupełniało ponadto kilka prezentacji nowych gier. Do dyspozycji grających były dwie nieduże sale, aczkolwiek większość uczestników o tej drugiej chyba nie wiedziała, gdyż świeciła ona pustkami, nawet gdy główna sala pękała w szwach. Tym lepiej dla tych, którym chciało się wnikliwiej przestudiować, bardzo czytelną zresztą, mapkę.SN850902

                Nie samymi grami jednak człowiek żyje, zatem w sobotę od rana zacząłem zaliczać kolejne punkty programu w pozostałych dwóch interesujących mnie blokach – literackim i naukowym. Zacząłem od spotkania z Jakubem Ćwiekiem, na które poszedłem raczej niechętnie, ale miałem do zdobycia autografy dla mojego dobrego kumpla (o jak widać dyskusyjnym literacko guście) spoza fandomu. Zatem zacisnąłem zęby i zamiast np. na prelekcję o podróżach w czasie, wybrałem się do wypełnionej jak zwykle niemal po brzegi sali, gdzie Ćwiek miał tradycyjnie jarać się sam sobą i spijać uwielbienie ludzi, którzy w większości nie przeczytali nigdy żadnej książki spoza stajni Fabryki Słów (a teraz również Sine Qua Non). Oczywiście jestem złośliwy i przesadzam, ale nie aż tak bardzo. Zresztą okazało się, że nie było tragicznie – może przez zmęczenie pisarza trasą trwającą od dwóch tygodni i niezdobycie Zajdla mimo licznych nominacji (a może przez ścięcie włosów). Ćwiek mówił o roli i wartości literatury popularnej, nawet ciekawie, choć mam wrażenie, że ma pewien problem w odróżnianiu oszczędności w stylu i formie od ich ubóstwa i miesza literaturę pomysłu z pociągowymi czytadłami. Chyba mało który z obecnych na sali zainteresował się tym, co Ćwiek mówił o Mathesonie czy McCarthym (na pytanie kto czytał „Drogę” poza mną zgłosiły się może ze trzy osoby, reszta wyglądała jakby pierwszy raz słyszała o książce), za to próbowano mu wmówić inspirowanie się Kossakowską i utworami zespołów rockowych (niektórym „bangarang” kojarzy się tylko ze Skrillexem). Obie insynuacje zostały wykpione przez samego zainteresowanego, choć nie wiem czy ich autorzy zdali sobie sprawę z tego, że zostali lekko zmieszani z błotem, gdyż Ćwiek obrócił wszystko w żart. Czego jak czego, ale akurat umiejętności interpersonalnych odmówić mu nie można (nie licząc może momentów, kiedy wygraża niektórym ludziom w komentarzach na facebooku).

                Następna w kolejności prelekcja Andrzeja Zimniaka o możliwościach życia ludzi poza Ziemią została przerwanaSN850904 przez wejście mangowca z kocimi uszkami (najwyraźniej nie był na odbywającej się godzinę wcześniej prelekcji o tym, dlaczego faceci nie powinni ich nosić), który po chwili słuchania znudził się i spytał czy prelegent może mu coś podpisać, bo potrzebuje do gry konwentowej czy czegoś podobnego. Gdyby ktoś w tym momencie zrobił sali zdjęcie, to miałby bardzo sugestywny obraz niedowierzającego zażenowania na wszystkich twarzach obecnych. Po tym incydencie na szczęście nic już nie zakłóciło dyskusji o tym, czy powinniśmy zmieniać wszechświat na własny obraz i podobieństwo, czy może wybrać inną drogę i sami zmienić się tak, by móc funkcjonować na innych planetach.

                Po krótkiej przerwie wybrałem się na spotkanie autorskie z Krzysztofem Piskorskim, na którym zdradził on sporo informacji odnośnie swojej najnowszej powieści „Cienioryt”. Muszę przyznać, że opisy brzmią naprawdę smakowicie, już się nie mogę doczekać aż dostanę książkę w swoje ręce. Po spotkaniu zostałem na prelekcji Agnieszki Hałas o ludziach (zarówno tych znanych z książek, jak i żyjących naprawdę) oszpeconych przez choroby i tragiczne wydarzenia. Tym razem nikt nie zemdlał, ale i tak atrakcji (proszę wybaczyć eufemizm) nie brakowało. Przez zasiedzenie zostałem jeszcze na panelu dyskusyjnym, podczas którego Krzysztof Piskorski z zawstydzeniem przyznał się do fascynacji twórczością Howarda w dzieciństwie, Agnieszka Hałas okazała się entuzjastyczną tolkienistką, a Jacek Inglot i Andrzej Zimniak spierali się o to, czy czytamy fantastykę z powodu swoistego „genu”, którego brakuje miłośnikom mainstreamu, czy też może jest to forma prostego eskapizmu. Po panelu pozwoliłem sobie zaczepić Agę Hałas, by zdobyć autografy na moich dwóch tomach „Teatru węży” i porozmawiać chwilę o finałowych opowiadaniach naszego konkursu literackiego Horyzonty Wyobraźni.

               SN850907 Na wieczór zaplanowałem sobie prelekcję Krzysztofa Piskorskiego zatytułowaną „Sensacje XIX wieku”. Zasadniczo w przypadku Piskorskiego wszystko mi jedno o czym opowiada – zawsze jest ciekawie, nieistotne czy przed prelekcją interesowałeś się tematem, czy nie. To jeden z lepszych prelegentów jakiego miałem okazję słuchać, jeśli kiedyś będziecie mieli okazję, to wybierzcie się na jego punkty programu, bo naprawdę warto. Jednak Coperniconu nie mógłbym zaliczyć do udanych, gdybym nie pojawił się na choć jednym punkcie Doroty Guttfeld, która szerszej publiczności może być znana jako jedna z jurorów Nagrody Żuławskiego. W sobotni coperniconowy wieczór padło na „Dżihad kontra McŚwiat(Dysku)”. Prelegentka tym razem przeanalizowała sztandarowy cykl Terry’ego Pratchetta pod kątem nawiązań do zupełnie współczesnych problemów migracyjnych, religijnych, kulturowych i co tylko chcecie. Na koniec dnia skoczyłem jeszcze do Games Roomu i dałem się zniszczyć w turnieju „ZOMBI! Ratuj się kto może!”, który zamykał planszówkowy program tegorocznego Coperniconu.

                Niedziela okazała się być bardzo uboga w program. Z samego rana przybyłem na kolejną prelekcję Doroty Guttfeld, tym razem o trudnej sztuce tłumaczenia fantastyki. Następnie zajrzałem jeszcze na chwilę do zaspanego Games Roomu, posnułem się po zwijających się powoli stoiskach i na tym zakończył się mój Copernicon w tym roku.

                Tegoroczny flagowy toruński konwent zaprezentował się bez większych zarzutów od strony organizacyjnej, lecz nadal ma spore braki jeśli chodzi o program. Mam tu na myśli zwłaszcza część literacką – być może mangowcy, starwarsowcy, rpgowcy, larpowcy i komiksiarze byli zadowoleni, nie mnie oceniać. Trzeba jednak przyznać, że coperniconowy program literacki i tak prezentował się lepiej niż w ubiegłym roku, zaproszenie takich osób jak Agnieszka Hałas, Jacek Inglot, Andrzej Zimniak czy , ponownie, Krzysztof Piskorski z pewnością go ubarwiło. Jednak jak na mój gust to nadal za mało. Szkoda też, że zapowiedziany Marek Huberath nie dotarł. Mam wrażenie, że organizatorzy postawili w tym roku bardziej na wszelkiej maści blogerów niż pisarzy, zapewne łatwiej ich było zaprosić. Tak czy owak całkiem nieźle się bawiłem, oby w przyszłym roku było jeszcze lepiej.

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: