T.T. – Piotr Kulpa – [fragmenty]

T.T. – Piotr Kulpa - [fragmenty]


FRAGMENT PIERWSZY

Paweł Lupka usiłował zachować spokój. Naprzeciw niego stał człowiek z jedną wielką blizną na połowie twarzy. W zasadzie był to ślad po części, której już nie ma. Jak zapadnięty krater, jak zarwany dach. Po lewej stronie brakowało nie tylko mięśni i skóry, ale i kości, pod okiem, na czole i brodzie. Oko, wyschnięte i skurczone do wielkości pestki wiśni, tkwiło w zasklepionym prawie zupełnie oczodole. Ucho przypominało przypalony talarek cebuli, a nos miał tylko jedną dziurkę. Rzadkie, niedogolone włosy wyrastały w kilku miejscach, jak kępki trawy na ziemi ocalałej z suszy. Trudno było ocenić, w jakim był wieku. Mógł mieć równie dobrze trzydzieści, jak i pięćdziesiąt lat.

Lupka przełknął ślinę. W porannej ciszy w pustej bramie odgłos ten rozbrzmiał, jak huk spadających kamieni.

Lucjan Sołdat. Pamiętasz komiksy Papcia Chmiela?

Czy pamiętał? To było jego dzieciństwo, jego nocne chwile wolności pod kołdrą, z latarką i szalonymi historiami, rysowanymi kanciastą kreską. Odparł:

Tytus, Romek i… – przerwał w pół zdania.

Sołdat uśmiechnął się, a grymas, który wypełzł na jego usta, zamienił je w niesymetryczną japę. Pojawiły się w niej teraz wielkie żółte zęby, niekompletne i krzywe. Paweł Lupka pojął znaczenie i trafność przezwiska. Nie wiedział, że Radek może być taki złośliwy.

No! – Sołdat odwrócił się i ruszył w głąb bramy. – To chodźmy.

Kiedy wchodzili na podwórze, nad łukiem wejścia Paweł zobaczył napis, wykonany sprayem, z iście artystycznym wykończeniem:

Witaj w krainie gdzie obcy ginie

Westchnął i powlókł się za Lucjanem. Marzył o mocnej kawie.

FRAGMENT DRUGI

Ej, chłopaki, co jest?! – mówi Tidinek. – To tylko zabawa!

Ale w tym momencie gdzieś obok uderza piorun i błysk wlewa się do kościoła przez wybite okna i wielkie drewniane drzwi, otwarte nagle wichurą. Jedno ich skrzydło z takim impetem wali o ścianę, że spada z niej kropielnica, z brzękiem grubej blachy uderzając o posadzkę, i toczy się w stronę piętogramu. Ląduje w końcu w zapadlisku, tłumiąc hałasem jęki Pawełka.

To dobry znak! – krzyczy Tidinek, wznosząc ręce ku sklepieniu. – Zaczęło się!

Potem wydarzenia toczą się szybko i Pawełek wiele z nich nie pamięta. Albo nie chce zapamiętać. Najpierw chyba uderza kolejny piorun, i tym razem prosto w kościół, bo huk pojawia się razem ze światłem. Tidinek staje w centrum piętogramu i z uniesionymi rękami zaczyna mówić w jakimś obcym języku. Głośno, ochryple charczy, a potem zaczyna piszczeć jak dziewczyna.

Khhhiii! Khhhaaa! Iiijjja! Iiijjja! Jami jama do! Doji na madi maaadi, gore doji na!

Tadanek kuli się przed błyskami i hukami, ale po chwili wybucha histerycznym śmiechem i pokazuje ręką w stronę częściowo oberwanego balkonu, gdzie były organy. Z dziurawego dachu leci woda i fragmenty dachówek. Światło błyskawic ślizga się po strugach deszczu. Pawełek, mokry i przerażony, nie może oderwać wzroku od prężącego się Tidinka.

Raga mhara doji! Doji na! Doji naaa!!!

Pawełka ciągnie w stronę piętogramu. Robi dwa kroki w kierunku Tidinka, napiętego teraz jak struna, unoszącego się na czubkach palców. Ale wtedy łapie go za rękę Tadanek.

Stój! Patrz!

Chłopcy podnoszą głowy i przez chwilę wydaje się, że niepotrzebnie. W tym momencie rozbłysk oświetla wnętrze kościoła i ich oczom ukazuje się wielka postać na balkonie. Garbata, ze skrzydłami! Pawełek drży i piszczy. Mają swoje zaświaty! Swoje skarby! Przecież to…

Diabeł… – szepcze Pawełek, gdy garbus rusza w stronę schodów.

 

FRAGMENT TRZECI

Śmiali się sąsiedzi, widząc ognie błądzące za murem, że szurnięty Sołdat znowu sam ze sobą pije, ale przywykli już do tego i dopóki nikomu nie wadził, to nawet raźniej się czuli z myślą, że opuszczony cmentarz wcale nie jest taki opuszczony. A od kiedy znalazł tego paskudnego, pokrytego, jak i on sam, bliznami i strupami kocura i zaczął rozgłaszać opowieści o zbliżającym się złu, w ogóle przestali się go obawiać, a zaczęli szydzić i zbywać.

Może gdyby choć raz byli obok niego, gdy z westchnieniem, pełnym czułości i zadumania, kładł się na którymś z omszałych wybrzuszeń ziemi pachnącej miętą i alkoholem, przykładając do niego ocalałe ucho, gdyby jak on wstrzymali oddech i uspokoili bicie serca i skupili się na dźwiękach, drżeniach, cieple płynących stamtąd, z głębi, kopczyków, z wnętrza ziemi, z przeszłości, o której nieraz myśleli jako o czymś minionym bezpowrotnie, może wtedy pojęliby istotę jego szaleństwa, poczuli tętno jego obłędu i zrozumieli sens jego oczekiwań. Może jego zapowiedzi i przestrogi stałyby się dla nich nieco mniej absurdalne. Może skojarzyliby fakty i ujrzeli upadek ziemi i ludzkiego świata, który nieuchronnie się zbliża, i zdumiałby ich kontrast między możliwościami człowieka a skutkami jego działań. Może odwróciliby się od ekranów telewizorów, komputerów, telefonów, by popatrzeć ponad nimi, ponad tą masą ogłupiającej pulpy, by zobaczyć zagładę, która nadciąga, a widoczna jest każdego dnia na ich własnych podwórkach, na niebie, w codziennym zachowaniu ludzi i zwierząt. Pszczoły, których nie ma. Deszcz, który nie pada. Susza, co się przeciąga. Plastik, który palą w piecu. Jedzenie, co im zbywa. Bezruch, w który wpadają. Strach, widoczny na każdym kroku i w każdym oku. Strach zagnanego w róg zwierzęcia, nakazujący mu rzucić się w przepaść lub odgryźć wyciągniętą z pomocą rękę. Może pojęliby wtedy istotę owego szaleństwa, która każe postrzegać Sołdatowi człowieka jako najgorszy wirus, jako największe zagrożenie dla losów planety, jako najkoszmarniejszą pomyłkę w dziele stwórczym, gatunek zdegenerowany i pasożytniczy, nienadający się do współżycia z niczym innym, jak tylko z grobem, mrokiem i niebytem.

FRAGMENT CZWARTY

W kościele jest zimno.

Smugi sinego światła wypełnione kurzem suną powoli z wąskich, strzelistych okien aż po kraniec zrujnowanej nawy głównej, obmacując pogruchotane resztki ołtarza. Kiedy Paweł staje na środku kościoła, gapiąc się z otwartą buzią na otaczający go świat, ciężkie, okute wrota zamykają się z hukiem. Echo pędzi przez nawę, omiata Pawła, trąca wywrócone, połamane ławki i uderza w sklepienie, płosząc nietoperze. Paweł odwraca się, ale Grucy nie ma.

Idzie dalej. Z sufitu spada kawałek tynku i rozpryskuje się z trzaskiem. Okruchy kłują Pawła w twarz i dłonie. Posadzka jest nierówna, miejscami zapadnięta i popękana. Ze szczelin wyrastają kępki traw, a nawet jakieś nieśmiałe drzewko. Na samym środku kościoła, tu gdzie krzyżują się nawy, znajduje się wyjątkowo duże, regularne i głębokie zapadlisko. Na jego brzegu leżą pokryte pajęczynami i brudem poprzewracane świece. I jeszcze coś, jakby maleńkie kościotrupy, szczurów chyba albo jakichś ptaków. Paweł kuca i przygląda się z bliska resztkom. I wtedy dociera do niego śpiewny, młodzieńczy głos:

Khhiii! Khhhaaa! Iiijjja! Iiijjja! Jami jama do! Doji na madi maaadi, gore doji na!

Kolejny kawałek gruzu ląduje obok niego. Odprysk rani go w szyję, do krwi. Paweł ściera ją ostrożnie palcami. Sięga po gruz, na którym dostrzega jakiś napis. Unosi go i wsuwa w snop niebieskawego światła, bijącego z okna. Jego wargi bezgłośnie odczytują znaki: TT.

Gdzieś ponad nim, lekko z boku, trzaskają z hukiem drzwi. Paweł widzi, że na balkonie, gdzie powinny być chyba organy, stoi Gruca. Kiwa na niego zdrową ręką. Woła go. Wzywa. Paweł wstaje i przechodzi przez zagłębienie w posadzce, roztrącając stopami resztki świec, gniotąc kępki traw. Krew z jego palców kapie w szczeliny pęknięć w kamiennej podłodze. Pęknięcia, jakby się uprzeć, tworzą pięcioramienną gwiazdę w okręgu, niewidoczną teraz pod gałązkami i kurzem.

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: