Steven Erikson, „Myto ogarów” wyd. 2 [FRAGMENT]

Steven Erikson, "Myto ogarów" wyd. 2 [FRAGMENT]


PROLOG

Mów prawdę i czekaj spokojnie, aż wody między nami będą czyste.

Medytacje Tiste Andii

– Nie znam nazwy tego miasta – przyznał obdarty mężczyzna, pociągając za wystrzępione obrąbki bogatego ongiś płaszcza. Za pleciony pas zatknął sobie zwinięty kawałek skórzanej smyczy, zbutwiałej i rozlatującej się. – Ktoś chyba powinien mu ją nadać – ciągnął, podnosząc głos, by przekrzyczeć wściekłe warczenie walczących psów. – Mnie jednak nie dopisuje wyobraźnia, a nikt inny nie jest zainteresowany.

Te wygłoszone miłym tonem uwagi kierował do kobiety, która dopiero przed chwilą przystanęła u jego boku. Po jej poprzednim życiu pozostało bardzo niewiele śladów. Nigdy nie miała psa, a mimo to szła teraz główną ulicą tego dziwnego, rozpadającego się miasteczka, ściskając w rękach smycz ciągniętą przez złośliwe bydlę rzucające się na wszystkich przechodniów. Zbutwiała skóra w końcu puściła i zwierzę pomknęło przed siebie, by zaatakować psa mężczyzny.

Oba zwierzaki walczyły na śmierć i życie pośrodku ulicy. Jedynymi świadkami walki byli ich domniemani właściciele. Kurz ustąpił miejsca krwi oraz strzępkom skóry.

– Był tu ongiś garnizon, złożony z trzech żołnierzy, którzy nie znali się nawzajem – oznajmił mężczyzna. – Ale odeszli stąd, jeden po drugim.

– Nigdy przedtem nie miałam psa – odezwała się kobieta i nagle uświadomiła sobie, że to pierwsze słowa, jakie wypowiedziała od... no cóż, od tamtej chwili.

– Ja również nie – przyznał mężczyzna. – Do tej pory mój pies był jedynym w mieście, O dziwo, jakoś nie zdołałem polubić wrednego bydlaka.

– Jak długo już... hm, tu mieszkasz?

– Nie mam pojęcia, ale wydaje mi się, że od zawsze.

Rozejrzała się wokół, a potem skinęła głową.

– Ze mną jest tak samo.

– Niestety, twój zwierzak chyba zdechł.

– Och! Rzeczywiście. – Przyjrzała się z uwagą zerwanej smyczy. – W takim razie pewnie nie będę potrzebowała nowej.

– Nie bądź taka pewna – ostrzegł ją mężczyzna. – Mam wrażenie, że tu wszystko się powtarza. Dzień po dniu. Ale, wiesz co? Weź moją. Jak widzisz i tak jej nie używam.

Przyjęła od niego zwiniętą smycz.

– Dziękuję – powiedziała i podeszła do martwego, rozszarpanego zwierzęcia. Zwycięzca czołgał się ku swemu panu, zostawiając za sobą ślad krwi.

Wszystko wydawało się dziwnie wypaczone. Uświadomiła sobie, że to samo dotyczy jej odruchów. Przykucnęła i delikatnie uniosła zmasakrowany łeb psiska. Przesunęła go przez pętlę, wsuwając na rozdartą szyję. Potem położyła zakrwawioną, brudną od śliny głowę z powrotem na ziemi i wyprostowała się, ze smyczą luźno zwisającą z prawej dłoni.

Mężczyzna podszedł do niej.

– Trudno się w tym wszystkim połapać, co?

– Ehe.

– A myśleliśmy, że to życie jest skomplikowane.

Obrzuciła go spojrzeniem.

– To znaczy, że umarliśmy?

– Tak sądzę.

– Czegoś nie rozumiem. Mieli mnie pochować w krypcie. Była piękna i solidna. Wiem, bo ją widziałam. Bogato wyposażona i zabezpieczona przed złodziejami. Wypełniono ją beczułkami wina, suszonym mięsem i owocami na drogę. – Wskazała na spowijające ją łachmany. – Mieli mnie ubrać w najpiękniejsze szaty i włożyć całą biżuterię.

Przyjrzał się jej uważniej.

– To znaczy, że byłaś bogata.

– Tak.

Ponownie zerknęła na martwego psa.

– Ale to już przeszłość.

Łypnęła ze złością na mężczyznę, nagle jednak uświadomiła sobie, że gniew nic tu nie pomoże.

– Nigdy przedtem nie widziałam tego miasta. Całe się rozpada.

– Ehe. To trafne spostrzeżenie.

– Nie wiem, gdzie mieszkam... to dziwnie zabrzmiało, co? – Znowu się rozejrzała. – Wszędzie tylko kurz i zgnilizna. I chyba nadciąga burza.

Wskazała na widoczny na końcu głównej ulicy horyzont. Nad ogołoconymi wzgórzami zbierały się gęste, dziwnie rozświetlone chmury.

Przyglądali się im przez pewien czas. Wydawało się, że kapią z nich nefrytowe łzy.

– Byłem kiedyś kapłanem – odezwał się mężczyzna. Pies położył się na ziemi, wsparty o jego stopy. Dyszał ciężko, a z pyska kapała mu krew. – Kiedy zbliżała się burza, zamykaliśmy oczy i śpiewaliśmy jeszcze głośniej.

Popatrzyła nań z lekkim zaskoczeniem.

– Byłeś kapłanem? To... czemu nie jesteś u swego boga?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Gdybym znał odpowiedź na to pytanie, rzeczywiście zaznałbym oświecenia, w które ongiś bezpodstawnie wierzyłem. – Wyprostował się nagle. – Och, mamy gościa.

Wysoka istota zbliżała się urywanym krokiem. Była tak wysuszona, że jej kończyny przypominały korzenie drzew, kości twarzy zaś pokrywała zbutwiała, wyschnięta skóra. Z bladej, łuszczącej się skóry głowy opadały długie siwe włosy.

– Pewnie będę się musiała przyzwyczaić do takich widoków – mruknęła kobieta.

Jej towarzysz nie odezwał się ani słowem. Oboje z uwagą obserwowali wychudłego, utykającego przybysza. Kiedy ich minął, odwrócili się i zobaczyli następnego. Dorównywał wzrostem pierwszemu, a jego ciało spowijała wystrzępiona, ciemnoszara szata. Żaden nie zwracał uwagi na przyglądających im się ludzi.

– Witaj, Chodzący po Krawędzi – rzekł zakapturzony przybysz.

– Wezwałeś mnie tu, żebym... załagodził – odparł tamten.

– To prawda.

– Zajęło ci to sporo czasu.

– Można by tak pomyśleć, Chodzący po Krawędzi.

– Dlaczego teraz? – zapytał, unosząc głowę, siwowłosy mężczyzna, który z pewnością nie żył już od dawna.

Zakapturzony odwrócił się nieco. Kobieta pomyślała, że być może patrzy na martwego psa.

– Wstręt – wyjaśnił.

Chodzący po Krawędzi odpowiedział cichym, ochrypłym śmiechem.

– Co to za okropne miejsce? – dobiegł z zaułka kolejny, syczący głos.

Kobieta wypatrzyła tam sylwetkę – zamazaną plamę cienia – która robiła wrażenie wspartej na lasce. Wtem nowego przybysza otoczyły ogromne bestie: dwie, cztery, pięć.

Kapłan chrząknął.

– Ogary Cienia. Gdybyż tylko mój bóg mógł być tego świadkiem!

– Może patrzy na to twoimi oczyma?

– Och, wątpię w to.

Chodzący po Krawędzi i jego zakapturzony towarzysz skierowali spojrzenia na widmową postać. Była niska i migotliwa, ale potem nabrała solidniejszych kształtów. Czarna laska stukała o podłoże, wzbijając obłoczki kurzu. Ogary oddaliły się od niej z opuszczonymi łbami, węsząc. Żaden nie zbliżał się do ścierwa psa należącego do kobiety ani do żywego zwierzęcia, które ziajało u stóp jej nowego przyjaciela.

– Okropne? – powtórzył zakapturzony. – Pewnie masz rację. To coś w rodzaju nekropolii, Tronie Cienia. Wioska odrzuconych. Ponadczasowa i, tak jest, bezużyteczna. Takie miejsca można znaleźć wszędzie.

– Mów za siebie – sprzeciwił się Tron Cienia. – Tylko na nas spójrz. Czekamy. Wciąż czekamy. Och, gdybym tylko był zwolennikiem przyzwoitości i stosownego zachowania! – Zachichotał niespodziewanie. – Gdyby ktokolwiek z nas nim był!

Wszystkie Ogary wróciły nagle do niego. Jeżyły sierść, spoglądając na coś widocznego w oddali.

– Jeszcze jeden – wyszeptał kapłan. – Jeszcze jeden i, tak jest, ostatni.

– Czy to się powtórzy? – zapytała kobieta. Przeszył ją strach. Ktoś się zbliża. O bogowie, ktoś się zbliża. – Jutro? Odpowiedz mi!

– Myślę, że raczej nie – odparł po chwili kapłan. Przeniósł spojrzenie na martwego psa. – Nie – powtórzył. – Myślę, że nie.

Od wzgórz dobiegły dźwięki gromów i nefrytowego deszczu, gęstego jak strzały z dziesięciu tysięcy bitew. Na ulicy rozległ się łoskot kół karety.

Kobieta odwróciła się z uśmiechem, usłyszawszy ten ostatni odgłos.

– Och – rzekła z ulgą. – Nadjeżdża mój transport.

***

Był ongiś czarodziejem z Pale i desperacja doprowadziła go do zdrady. Anomandera Rake’a nic jednak nie obchodziła desperacja ani żadne inne usprawiedliwienia, jakie mogliby przedstawić Przekop i jego towarzysze. Karą za zdradzenie Syna Ciemności był pocałunek Dragnipura. Gdzieś w tłumie trudzących się w nieustannym mroku znalazłby znajome twarze, znajome oczy. Cóż jednak mógłby w nich wyczytać?

Tylko to, co kryło się w jego własnych. Desperacja to za mało.

Podobne myśli nawiedzały go rzadko i były gośćmi widzianymi równie niemile jak inne. Drwiły z niego, swobodnie się pojawiając i znikając. Kiedy nie było ich w pobliżu, być może unosiły się gdzieś pod obcymi niebami, na ciepłych wiatrach delikatnych jak śmiech. Tylko sam Przekop i ci, których widział wokół siebie, nie mogli uciec od tłustego błota, ostrych, czarnych kamieni, przebijających zbutwiałe podeszwy jego butów, i od morderczej wilgoci, z powodu której skórę pokrywała mu brudna, śliska warstewka, jakby cały świat dręczyła gorączka i zlewał pot. Od słabych krzyków, które zawsze wydawały się Przekopowi dziwnie odległe – a także od znacznie bliższego zgrzytu i chrzęstu potężnej konstrukcji z drewna i brązu oraz stłumionego pobrzękiwania łańcuchów.

Naprzód, ciągle naprzód. Ścigająca ich burza była coraz bliżej, chmury piętrzyły się wysoko, srebrzyste, skłębione, poprzeszywane wygiętymi włóczniami z żelaza. Z nieba zaczął się sypać popiół i od tej pory padał już bez przerwy. Jego drobiny były zimne jak płatki śniegu, ale popiół nie topniał, lecz pokrywał błoto warstwą szlaki i innych odpadów.

Choć Przekop był czarodziejem, nie należał do słabych i wątłych. Cechował się twardością, przywodzącą na myśl zbirów albo rzezimieszków, jakich znał w poprzednim życiu. Miał grube, kanciaste, toporne rysy twarzy. Był silnym mężczyzną, ale wcale mu to nie pomagało, gdy został przykuty łańcuchami do Brzemienia. Nie wewnątrz mrocznej duszy Dragnipura.

Wysiłek był nie do zniesienia, lecz mimo to jakoś go znosił. Droga przed nimi ciągnęła się bez końca, przywołując szaleństwo, ale on uczepił się zdrowych zmysłów, jak tonący chwyta się wystrzępionej liny, i wlókł się naprzód krok po kroku. Kończyny krwawiły mu od żelaznych okowów i nie mógł liczyć na wytchnienie. Po obu bokach widział pokryte błotem sylwetki towarzyszy. Dalej w mroku majaczył niezliczony tłum kolejnych.

Czy wspólna niedola mogła się stać źródłem pociechy? Już samo to pytanie wywoływało histeryczny śmiech, grożący zepchnięciem w otchłań szaleństwa. Z pewnością nie znajdzie w tym pocieszenia. Doprowadziły ich tu lekkomyślność, pech i uporczywa głupota, a te cechy nie sprzyjały braterstwu. Poza tym jego sąsiedzi zmieniali się co chwila, jeden nieszczęsny dureń zastępował drugiego w mrocznych tumanach popiołu.

Ciągnęli ze wszystkich sił łańcuchy, nie pozwalając Brzemieniu się zatrzymać. Ta koszmarna ucieczka nie zostawiała im czasu ani siły na rozmowy. Dlatego Przekop zignorował dłoń, która szturchnęła go w ramię raz, a potem drugi. Za trzecim razem uderzenie było jednak tak silne, że czarodziej się zachwiał. Zaklął, odwrócił się i spojrzał ze złością na tego, kto szedł teraz u jego boku.

Kiedyś, dawno temu, wzdrygnąłby się trwożnie na widok podobnej zjawy. Serce załomotałoby mu z przerażenia.

Demon był olbrzymi i masywnie zbudowany. Jego ongiś królewska krew nie zapewniała mu w Dragnipurze żadnych przywilejów. Przekop zauważył, że istota niesie upadłych, pokonanych. Co najmniej dwadzieścia ciał wlokło za sobą łańcuchy. Demon napinał mięśnie, brnąc z wysiłkiem naprzód. Wychudli, bezwładni nieszczęśnicy sterczeli spod jego pach, upakowani gęsto jak szczapy drewna na opał. Kobieta, która była nadal przytomna, choć jej głowa zwisała bezwładnie, siedziała na jego szerokich plecach niczym małpi noworodek. Jej szkliste spojrzenie padło na twarz czarodzieja.

– Ty durniu, rzuć ich na wóz! – warknął Przekop.

– Nie ma miejsca – odparł demon piskliwym, dziecięcym głosikiem.

Czarodziej nie miał już jednak w sobie więcej współczucia. Gdyby demon kierował się tylko własnym interesem, powinien porzucić upadłych, ale wtedy wszyscy odczuliby dodatkowy ciężar żałosnych ofiar. Co jednak się stanie, jeśli on również padnie? Jeśli zawiodą go nadzwyczajna siła i wola?

– Przeklęty głupiec! – warknął Przekop. – Czemu nie zabije kilku kolejnych smoków, do cholery?

– Słabniemy – oznajmił demon.

Przekop miał ochotę zawyć. Czyż to nie było oczywiste dla wszystkich? Drżący głos istoty był jednak tak smętny i zarazem pełen zdziwienia, że przeniknął aż do serca maga.

– Wiem, przyjacielu. Już niedługo.

– I co stanie się wtedy?

– Nie wiem – odparł Przekop, kręcąc głową.

– A kto wie?

Na to czarodziej również nie potrafił odpowiedzieć.

– Musimy znaleźć kogoś, kto wie – nie ustępował demon. – Pójdę już. Ale wrócę. Proszę, nie lituj się nade mną.

Szarość i czerń zawirowały nagle i miejsce u boku Przekopa zajęła jakaś przypominająca niedźwiedzia bestia, zbyt zmęczona i otępiała, by spróbować na niego skoczyć. Niektóre istoty nadal to robiły.

– Spędziłeś tu zbyt długi czas, przyjacielu – oznajmił jej Przekop.

Kto wie?

To było interesujące pytanie. Czy ktoś wiedział, co się stanie, gdy chaos ich dopędzi? Ktoś tu, w Dragnipurze?

Wkrótce po tym, jak zaznał pocałunku miecza, w przerwach między rozpaczliwymi próbami ucieczki i przeraźliwymi krzykami, zasypywał wszystkich pytaniami. Próbował się zwrócić do Ogara, ale zajęta szarpaniem łańcucha bestia omal go nie stratowała. Z jej potężnego pyska ciekła piana. Przekop już nigdy więcej jej nie widział.

Ktoś jednak mu odpowiedział, ktoś do niego przemówił. Mówił o... nie zapamiętał nic poza imieniem.

Draconus.

***

Podczas tej, ciągnącej się bez końca, przerwy w jej karierze była świadkiem wielu wydarzeń, nic jednak nie przyprawiło jej o większą frustrację niż ucieczka dwóch Ogarów Cienia. Nie godziło się, by ktoś taki, jak Apsal’ara, Pani Złodziei, kalał swą egzystencję haniebnym wysiłkiem, jakim było ciągnięcie łańcuchów przez całą wieczność. Z okowów należało się uwalniać, a od dźwigania brzemion sprytnie wykręcać.

Już od chwili, gdy zjawiła się nagle w tym miejscu, skupiła się na zadaniu zerwania łańcuchów więżących ją w tym straszliwym królestwie. Było to jednak niemal niemożliwe, dopóki była zmuszona ciągnąć ten przeklęty wóz. Nie miała też najmniejszej ochoty ponownie oglądać koszmarnego korowodu na samym końcu łańcuchów: pokaleczonych ochłapów nadal żywego mięsa wleczonych po błotnistym gruncie, nagle otwierających się oczu, kikutów wyciągających się ku niej rozpaczliwie, straszliwej armii pokonanych – tych, którzy się poddali, i tych, którym zabrakło sił.

Nie, Apsal’ara przesuwała się stopniowo w stronę olbrzymiego wozu, aż wreszcie znalazła się obok jednego z potężnych, drewnianych kół. Potem zwolniła kroku i zajęła pozycję tuż za kołem. Następnie przesunęła się ku środkowi, pod poskrzypujące łoże wozu i deszcz brązowej wody, krwi oraz wydalin kapiący nieustannie z gnijących, ale wciąż żywych ciał. Wlokąc za sobą łańcuch, przesunęła się do półki podwozia, tuż nad przednią osią, a wreszcie wcisnęła się w ciasną szczelinę, podciągając nogi i opierając się plecami o śliskie drewno.

Ogień był darem, skradzionym darem, ale w tym wilgotnym, podziemnym świecie nie sposób go było rozpalić. Pozostało jej jedynie... tarcie. Zaczęła pocierać o siebie dwa kawałki łańcucha.

Ile już lat minęło? Nie miała pojęcia. Nie znała tu głodu ani pragnienia. Łańcuch przesuwał się w przód i w tył. Poczuła ciepło, przesuwające się ogniwo po ogniwie, aż wreszcie wniknęło w jej dłonie. Czy żelazo zmiękło? Czy pojawiły się na nim srebrzyste wyżłobienia? Dawno już przestała to sprawdzać. Wystarczał jej sam wysiłek. Wystarczał jej przez bardzo długi czas.

Ale wszystko zmieniły te cholerne Ogary.

A także oczywisty fakt, że wóz posuwał się coraz wolniej, a tych, którzy leżeli na nim, było tyle samo, co tych, którzy nadal ciągnęli uparcie za łańcuchy. Tuż nad jej głową było słychać rozpaczliwe jęki nieszczęśników przygniecionych ciałami niezliczonych towarzyszy.

Ogary uderzyły o boki wozu i zniknęły w paszczy ciemności pośrodku.

Był też nieznajomy, który nie nosił łańcuchów. Drwił z Ogarów... z Ogarów! Pamiętała jego twarz, och, tak, twarz, nawet gdy już zniknął.

Apsal’ara spróbowała podążyć za bestiami, ale powstrzymał ją straszliwy chłód bijący z portalu. Był tak porażający, że niszczył ciało, zimniejszy niż sama Omtose Phellack. Chłód zaprzeczenia. Odmowy.

Nie było straszliwszej klątwy niż nadzieja. Mniej warta istota rozpłakałaby się w owej chwili, dałaby za wygraną, rzuciła się pod jedno z kół, by wóz powlókł ją za sobą jako kolejny ochłap krwawiącego mięsa i połamanych kości, podskakujący w kamienistym błocie. Ona jednak wróciła na swą grzędę i znowu zaczęła pocierać łańcuchy.

Kiedyś ukradła księżyc.

Ukradła ogień.

Chodziła po milczących salach o łukowatych sklepieniach, w mieście wewnątrz Odprysku Księżyca.

Była Panią Złodziei.

A miecz ukradł jej życie.

Tak nie może być. Tak nie może być.

***

Leżący jak zwykle na płaskim głazie przy brzegu strumienia sparszywiały pies o uszkodzonym biodrze uniósł raptem głowę. Owady zerwały się z bzyczeniem do lotu. Po chwili zwierzę wstało. Grzbiet pokrywały mu blizny, niektóre tak głębokie, że docierały aż do mięśni. Pies żył w wiosce, ale nie był jej częścią. Nie wchodził też w skład wioskowej sfory. Nie spał przed wejściem do żadnej z chat, nikomu nie pozwalał się do siebie zbliżać. Unikały go nawet będące własnością plemienia konie.

Wszyscy się zgadzali, że w jego oczach widać głęboką gorycz i jeszcze głębszy smutek. Starcy Urydów mówili, że dotknęli go bogowie. Dzięki tym słowom zwierzę nigdy nie zaznało głodu i nikt też go nie odpędzał. Tolerowano je, jak wszystko, co zaznało boskiego dotyku.

Choć pies miał zniekształcone biodro, poruszał się zaskakująco zwinnie. Przemierzył truchtem całą przecinającą wioskę drogę, minął południową granicę osady i podążał dalej w dół zbocza, omijając omszałe głazy oraz pozostawione przez Urydów sterty kości.

Jego odejście nie umknęło uwagi dwóch dziewcząt, które nadal dzielił co najmniej rok od nocy przejścia w dorosłość. Ich twarze były podobne, wiekiem również nie odbiegały zbytnio od siebie. Jedna urodziła się zaledwie kilka dni po drugiej. Nie były też zbyt rozmowne. Połączyła je ze sobą chęć zachowania milczenia – wspólne cechy często zdarzają się u bliźniaczek, jakimi przecież nie były. Wydawało się, że to im wystarcza. Gdy ujrzały, że utykający pies opuszcza wieś, wymieniły spojrzenia, zebrały zapasy i broń, jakie miały pod ręką, i ruszyły w ślad za zwierzęciem.

Mieszkańcy zauważyli ich odejście, ale to wszystko.

Zmierzały na południe, schodząc z wysokich, rodzinnych gór, gdzie wokół szczytów krążyły kondory, a wilki wyciem witały nadejście zimowych wichrów.

Na południe, ku ziemiom znienawidzonych nathijskich dzieci, gdzie mieszkali ci, którzy przynosili Teblorom wojnę i zarazę, zabijając ich albo obracając w niewolników. Nathijczycy mnożyli się niczym lemingi, wydawało się, że wkrótce na świecie nie będzie miejsca dla nikogo poza nimi.

Podobnie jak kulawy pies, dziewczęta były śmiałe i nieustraszone. Choć o tym nie wiedziały, odziedziczyły te cechy po ojcu, którego nie znały.

Pies nie oglądał się za siebie, a kiedy go dogoniły, zachował obojętność. Jak mówili starsi, dotknęli go bogowie.

W wiosce matce i córce opowiedziano o ucieczce ich dzieci. Córka płakała, ale matka nie. Poczuła nisko w ciele nagłe ciepło i na chwilę pogrążyła się we wspomnieniach.

***

– Och, bezbronne miasto, do którego przybywają obcy...

Pusta równina pod pustym, nocnym niebem. Samotne ognisko, płonące tak słabo, że jego blask niemal całkowicie niknął za pierścieniem poczerniałych, spękanych głazów, który je otaczał. Na jednym z płaskich kamieni blisko ognia siedział niski, pękaty człowieczek o rzadkich, przetłuszczonych włosach. Wyblakłą, czerwoną kamizelkę włożył na lnianą koszulę o brudnych, ongiś białych mankietach, z których wystawały pulchne dłonie. Pyzata, rumiana twarz błyszczała w świetle płomieni. Z małego, wystającego podbródka wyrastał kosmyk czarnych włosów – niestety, jeszcze za krótki, by można go było spleść w warkocz. Mężczyzna głaskał się po tej nowej ozdobie albo pociągał za nią, gdy tylko pogrążył się w głębokim – bądź nawet płytkim – zamyśleniu. W gruncie rzeczy, robił to także wtedy, gdy w ogóle nie myślał, a jedynie starał się wywrzeć takie wrażenie na ewentualnych obserwatorach.

Teraz również głaskał i pociągał kosmyk, wpatrując się z uwagą w ogień.

Jak brzmiały słowa, które wyśpiewał dziś wieczór siwowłosy bard, na niewielkiej scenie w Barze K’rula? Słuchał go wówczas ze spokojem, zadowolony ze swego miejsca we wspaniałym grodzie, który nieraz już uratował.

„Och, bezbronne miasto, do którego przybywają obcy...”.

– Muszę ci coś powiedzieć, Kruppe.

Pękaty mężczyzna obejrzał się i zobaczył zakapturzoną postać, która siedziała na drugim płaskim kamieniu, wyciągając ku ognisku chude, blade dłonie. Grubasek odchrząknął.

– Minęło już wiele czasu, odkąd Kruppe ostatnio siedział w miejscu, w którym widzisz go teraz. Dlatego też, gdy tylko się tu znalazł, doszedł do wniosku, że chcesz mu przekazać coś tak straszliwie ważnego, że tylko Kruppe jest godny to usłyszeć.

W ciemności pod kapturem coś błysnęło.

– Nie biorę udziału w tej wojnie.

Kruppe pogłaskał mizerne kosmyki brody, zachwycając się własnym milczeniem.

– Dziwi cię to? – zapytał pradawny bóg.

– Kruppe zawsze spodziewa się niespodzianek, stary przyjacielu. Jak mogłeś się spodziewać, że jest inaczej? Kruppe jest wstrząśnięty. Ale zjawia się myśl, popchnięta w stronę mózgu przez szarpnięcie za tę wspaniałą brodę. K’rul oznajmia, że nie bierze udziału w tej wojnie. Kruppe podejrzewa jednak, że ma on się stać w niej łupem.

– Tylko ty to rozumiesz, przyjacielu – rzekł z westchnieniem pradawny bóg. Uniósł głowę. – Przedtem tego nie zauważyłem, ale chyba jesteś smutny.

– Smutek ma wiele smaków, a Kruppe poznał je wszystkie.

– Pragniesz pomówić o tych sprawach? Sądzę, że jestem dobrym słuchaczem.

– Kruppe widzi, że masz poważne kłopoty. To chyba nie jest odpowiednia chwila.

– To nie ma znaczenia.

– Dla Kruppego ma.

K’rul zerknął w bok. Zbliżał się ku nim siwy, wychudły mężczyzna.

– Och, bezbronne miasto, do którego przybywają obcy... a reszta? – zaśpiewał Kruppe.

– ...wciska się w szczeliny, szukając schronienia – odpowiedział głębokim głosem przybysz.

Pradawny bóg westchnął.

– Dołącz do nas, przyjacielu – zaproponował Kruppe. – Usiądź z nami przy ognisku. Jak dobrze wiesz, ta scena uwieczniła się w historii naszego rodzaju. Noc, ognisko i historia do opowiedzenia. Mój drogi K’rulu, najmilszy przyjacielu Kruppego, widziałeś kiedyś, jak Kruppe tańczy?

Nieznajomy usiadł. Na jego twarzy malowały się smutek i ból.

– Nie widziałem – odparł pradawny bóg. – Nie wydaje mi się. Ani tańca kończyn, ani słów.

Kruppe uśmiechnął się blado. W jego oczach coś błysnęło.

– Zostańcie więc tu na noc, przyjaciele. I bądźcie świadkami.

Księga pierwsza

Przysięga złożona słońcu

To posługujące się słowami stworzenie dociera

Do sedna sprawy, wzdycha i umyka.

Szkarłatny deszcz leje

Z pogodnego, błękitnego nieba,

Szok zrodzony z tego, co ujawniono.

Na cóż zda się zbroja,

Gdy słowa tak łatwo przenikają

Przez szczeliny?

Ten bóg obietnic śmieje się

Z niewłaściwych rzeczy w niewłaściwych chwilach,

Z celową złośliwością

Marnotrawi wszelkie ofiary

I cofa się jak żołnierz rozbitej armii,

Choć nie ma szansy odwrotu,

Nim pod murami zgromadzą się sterty trupów.

Wiedziałeś, że to w końcu się stanie,

Więc nie udawaj zaskoczenia,

Gdy puchar wypełnił

Ból kogoś innego.

Nigdy nie jest tak źle, jak się zdaje,

Smak jest słodszy niż się spodziewałeś,

Gdy czaisz się w snach głupca.

Zabierz więc swą wojowniczość

Dokądkolwiek zapragniesz

Ów zawzięty kundel

Jest szarżą mojej duszy

Ku środkowi ulicy.

Kręci się wkoło, szczerząc kły

Na spragnione włócznie.

Zimne pchnięcie oczyści twe dłonie.

Polowanie na słowa

Brathos z Czarnego Koralu

Rozdział pierwszy

O bezbronne miasto!

Do którego przybywają obcy,

Wciskając się w szczeliny,

Żeby tu pozostać.

O błękitne miasto!

Starzy przyjaciele zbierają westchnienia

Przy wejściu do portu

Po przypływie.

Nieukoronowane miasto!

Gdzie wróble lądują

Na pajęczych śladach

Pokrywających parapety.

Skazane miasto!

Noc jest coraz bliżej.

Historia się budzi,

Żeby tu pozostać.

Wiek bezbronności

Rybak kel Tath

Stała samotnie na balkonie pośrodku miasta błękitnego ognia. Ciemność, nieproszonego gościa podczas pierwszego dnia Fety Gedderone, wygnano z nieba. Na ulicach Darudżystanu kłębiły się radosne tłumy, pogodnie przyjmujące katastrofę, jaką były koniec starego roku i początek nowego. W wilgotnym nocnym powietrzu unosiły się niezliczone wonie.

Urządzono bankiety. Przedstawiono publicznie młodzieńców i panny na wydaniu. Stoły zastawione egzotycznymi potrawami, damy spowite w jedwabie, mężczyźni i kobiety w niedorzecznych, ociekających pozłotą mundurach – miasto nie miało regularnej armii, co doprowadziło do powstania licznych prywatnych milicji oraz chaotycznej proliferacji szumnie brzmiących tytułów, przyznawanych niemal wyłącznie szlachetnie urodzonym.

Na wszystkich przyjęciach, na których zjawiła się tego wieczoru, wsparta na ramieniu męża, nie spotkała ani jednego prawdziwego oficera darudżystańskiej Straży Miejskiej, ani jednego autentycznego żołnierza z płaszczem o zakurzonym obrąbku, rysami na wyczyszczonych butach, mieczu o rękojeści owiniętej zwykłą skórą i gałce wytartej ze zużycia. Zauważyła za to noszone wysoko na miękkich, tłustych ramionach obręcze przypominające odznaczenia przyznawane żołnierzom malazańskiej armii. Armii imperium, które nie tak dawno służyło darudżystańskim matkom jako straszak dla buntujących się bachorów. „Malazańczycy, dziecko! Czają się w mroku, by porwać głupie szkraby! Zrobią z was niewolników swej straszliwej cesarzowej. Tak jest! Tu, w naszym mieście!”.

Obręczy, które dziś widziała, nie wykonano jednak ze zwykłego brązu czy lekko wytrawionego srebra, jak autentyczne malazańskie odznaczenia czy symbole rangi, przypominające zabytki jakiegoś dawno wymarłego kultu, które można było kupić na miejskim targowisku. Nie, te obręcze były ze złota i wysadzano je klejnotami. Najczęstszy był błękit szafirów, nawet wśród barwionych szkiełek, błękit ognia, z którego słynęło miasto, błękit symbolizujący jakiś wielki, odważny czyn dokonany w służbie Darudżystanowi.

Dotknęła kiedyś podobnej obręczy, noszonej na ramieniu przez jej męża. Pod nią jednak przynajmniej były prawdziwe mięśnie. Ich twardość dorównywała wzgardzie, z jaką przyglądał się grupkom szlachetnie urodzonych w wielkiej, gwarnej sali. Odkąd został członkiem Rady, zachowywał się jak właściciel całego miasta. Lekceważenie widniało w jego oczach już wcześniej i wzmogło się jeszcze po ostatnim, triumfalnym zwycięstwie.

Gdy kroczyli majestatycznie przez tłum, pozdrawiano ich typowymi dla Daru gestami gratulacji i szacunku. Z każdym kolejnym pozdrowieniem rysy twarzy jej męża tężały, ramię twardniało, a kostki dłoni zaciśniętych na pasie bielały. Zgodnie z panującą obecnie wśród pojedynkowiczów modą wsunął kciuki w pętle z plecionej skóry. Och, radował się myślą, że jest teraz jednym z zebranych tu ludzi, a nawet stoi wyżej od wielu. Dla Gorlasa Vidikasa nie znaczyło to jednak, że musi lubić któregokolwiek z nich. Im bardziej mu się przymilali, tym głębsza stawała się jego pogarda. Podejrzewała, że fakt, iż brak owej uniżoności uznałby za zniewagę, był sprzecznością, nad którą wolał się nie zastanawiać.

Szlachetnie urodzeni jedli i pili, stali, przybierali dumne pozy, krążyli po pomieszczeniach, paradowali i tańczyli, aż wreszcie ogarnęło ich znużenie. Teraz w licznych salach bankietowych i recepcyjnych nie było słychać nic poza powolnymi krokami służby. Jednakże na ulicach, poza wysokimi murami posiadłości, plebs nadal bawił się w najlepsze. Zamaskowani, półnadzy ludzie wykonywali na bruku obłąkany taniec obdarcia ze skóry Fander, jakby świt nigdy nie miał nadejść, a przesłonięty mgiełką księżyc znieruchomiał w czeluści nieba, przypatrując się ze zdumieniem ich szaleństwom. Patrole Straży Miejskiej przyglądały się temu obojętnie. Strażnicy otulali się zakurzonymi płaszczami, wspierając zakute w pancerne rękawice dłonie na uchwytach mieczy i pałek.

Pod balkonem, na którym stała, znajdowała się fontanna, szemrząca cicho w nieoświetlonym ogrodzie, osłoniętym wysokimi murami przed tłumami rozbawionych obywateli, przez które musiała przedzierać się ich kareta, gdy wracali do domu. W falującej lekko wodzie sadzawki otaczającej fontannę odbijała się zamazana plama księżyca.

Błękitny ogień płonął tej nocy zbyt jasno, przyćmiewał nawet żałobny księżyc. Sam Darudżystan był szafirem, lśniącym w obręczy świata.

Mimo to pozostawała dzisiejszej nocy głucha na piękno miasta, na jego zachwyt i dumę, jego niezliczone głosy.

Tej nocy pani Vidikas ujrzała własną przyszłość. Każdy jej kolejny rok. Będzie się wspierała na twardym ramieniu męża. A księżyc, no cóż, wyglądał jak echo przeszłości, zatarte przez czas wspomnienie, które mimo to zaniosło ją z powrotem na balkon podobny do tego. Wydawało się, że to się stało tak dawno.

Pani Vidikas, która ongiś była Challice D’Arle, ujrzała własną przyszłość. I, wsparta o poręcz pośród nocy, uświadomiła sobie, że przeszłość była lepsza.

***

Akurat tej nocy zabrakło im rhivijskich podpłomyków. Chwila nie mogłaby być gorsza. Wykałaczka przeklinała pod nosem, przepychając się przez tłum wygłodniałych, pijanych tubylców na targowisku w Dzielnicy Przybrzeżnej. Gdy tylko było to potrzebne, pomagała sobie łokciami, i witała złowrogim łypnięciem spode łba każdy zwrócony ku niej oszołomiony uśmiech. W końcu dotarła do wylotu brudnego zaułka, pokrytego sięgającymi kostek stertami śmieci, gdzieś na południe od Parku Borthen. To nie była najlepsza droga powrotna do baru, ale feta osiągnęła właśnie punkt szczytowy.

Ściskając zapakowane podpłomyki pod lewą pachą, zatrzymała się, by poluzować sznurki grubego płaszcza. Skrzywiła się na widok nowej plamy pozostawionej przez nieostrożnego przechodnia. To było jakieś groteskowo słodkie gadrobijskie ciastko. Spróbowała zetrzeć ślad, ale to pogorszyło tylko sprawę. Rozeźlona, ruszyła w głąb zaułka.

Jeśli Pani pociągnęła, Niebieskiej Perle i Nerwusikowi powiodło się lepiej. Zapewne znaleźli już saltoańskie wino i zmierzali z powrotem do K’rula. Ją zaś od baru dzieliło jeszcze dwanaście przecznic, dwa przejścia przez mury i jakieś dwadzieścia, trzydzieści tysięcy szalonych głupców. Czy towarzysze na nią zaczekają? Nie ma szans. Niech szlag trafi Niewidkę z jej uzależnieniem od rhivijskich podpłomyków! Ten nałóg w połączeniu z faktem, że skręciła sobie kostkę, zmusił Wykałaczkę do wyjścia na ulice w pierwszą noc fety. Zakładając, że kostka rzeczywiście była skręcona. Wykałaczka raczej w to wątpiła, bo Młotek tylko popatrzył na bolącą nogę, a potem wzruszył ramionami.

Z drugiej strony, po Młotku trudno się było ostatnio spodziewać czegoś więcej. Uzdrowiciel był przygnębiony od chwili przejścia w stan spoczynku, a szanse, że w jego życiu wzejdzie słońce, były równie niewielkie jak nadzieje na to, że Kaptur zapomni o prowadzeniu rachunków. Młotek nie był zresztą w tym odosobniony, nieprawdaż?

Po co właściwie zaprzątała sobie głowę tymi wielokrotnie już przeżutymi myślami?

Bo czuła się od tego lepiej. To proste.

***

Dester Thrin, szczelnie opatulony w czarny płaszcz z kapturem, obserwował, jak kobieta o tłustym zadku toruje sobie drogę przez odpadki na drugim końcu zaułka. Zauważył, jak wychodziła przez tylne drzwi Baru K’rula, i to stanowiło kulminację czterech nocy oczekiwania w starannie wybranym, ukrytym w mroku punkcie, z którego było wyraźnie widać wąską furtkę.

Naczelnik klanu ostrzegał go, że wszystkie ich cele są byłymi żołnierzami, Dester nie zauważył jednak nic, co by świadczyło, że nadal utrzymują się w wysokiej formie. Byli starzy i zapuszczeni, rzadko bywali trzeźwi, a ta kobieta, no cóż, nosiła obszerny, gruby, wełniany płaszcz, bo znacznie utyła i najwyraźniej nie chciała tego pokazywać.

Śledzenie jej w tłumie nie sprawiło mu większych trudności. Była o głowę wyższa od przeciętnego Gadrobijczyka, a trasa, jaką zmierzała na ten szmatławy rhivijski rynek w Dzielnicy Przybrzeżnej, jakby celowo omijała ulice zamieszkane przez Daru. Kobieta wkrótce zapłaci życiem za tę dziwną predylekcję.

W żyłach Destera płynęła krew Daru, co pozwalało mu wyraźnie widzieć przepychającą się przez rozbawiony tłum Malazankę.

Ruszył w stronę wylotu zaułka, gdy tylko kobieta go opuściła. Dotarł do końca uliczki szybkim krokiem łowcy i opuścił ją ukradkiem akurat na czas, by zobaczyć, jak Malazanka znika w przejściu przez Mur Drugiego Poziomu. Tunel pod Murem Trzeciego Poziomu znajdował się tuż za nim.

Wojny o sukcesję w gildii, które zaczęły się po zniknięciu Vorcan, zakończyły się przy stosunkowo niewielkim rozlewie krwi. Desterowi raczej się podobał nowy wielki mistrz. Był zarówno bezwzględny, jak i sprytny, podczas gdy większość pozostałych kandydatów była tylko bezwzględna. Skrytobójca z gildii nie musiał już więcej być głupcem, by spoglądać w przyszłość z pewną dozą optymizmu.

Dowód na to stanowił między innymi ten kontrakt. Był nieskomplikowany, lecz mimo to jego wykonanie z pewnością zapewni Desterowi i ludziom z jego klanu znaczny prestiż.

Potarł urękawicznionymi dłońmi gałki sztyletów zawieszonych na pendentach pod pachami. Dotyk bliźniaczych noży ze stali Daru zawsze go uspokajał. Nasady ich głowni wysmarowano gęstą trucizną o konsystencji pasty – produkowanym przez Moranthów tralbem.

Trucizna stała się ostatnio zabezpieczeniem używanym przez większość ulicznych zabójców z gildii, a nawet przez część tych, którzy wędrowali nocą prowadzącą po dachach Drogą Złodziei. Pewien skrytobójca, bliski przyjaciel samej Vorcan, zademonstrował, zdradzając klan, jak doskonale potrafi sobie radzić bez pomocy magii. Owa legendarna, krwawa noc dowiodła wyższości niemagicznych substancji.

Dester słyszał, że nowicjusze z niektórych klanów budują tajne kaplice ku czci Rallicka Noma. Członkowie kultu mieli sekretne znaki pozwalające im się rozpoznawać. Rzecz jasna, Seba Krafar, nowy wielki mistrz, niemal natychmiast wyjął kult spod prawa. Doszło do swego rodzaju czystki, pięciu ludzi podejrzewanych o to, że są przywódcami kultu, przywitało świt uśmiechami na gardłach.

Niemniej jednak, Dester słyszał od tego czasu wiele pogłosek sugerujących, że kult bynajmniej nie jest martwy. Po prostu ukrył się głębiej.

Prawdę mówiąc, nikt nie wiedział, jakich trucizn używał Rallick Nom, Dester sądził jednak, że był to tralb, ponieważ nawet najmniejsza dawka tej substancji wprowadzona do krwi powodowała utratę przytomności, a potem głęboką śpiączkę, nieuchronnie prowadzącą do śmierci. Zwiększenie dawki przyśpieszało tylko proces, zapewniając przejście przez Bramę Kaptura.

Kobieta o tłustym zadku lazła ciężko przed siebie.

Do Baru K’rula pozostały jeszcze cztery przecznice, o ile wpatrzona ofiara rzeczywiście szła przewidzianą przez Destera trasą. Musi przejść przez długi, wąski zaułek. Po lewej będzie miała wewnętrzną ścianę Zbrojowni Muru Trzeciego Poziomu, a po prawej wysoki mur łaźni, gruby i niemal całkowicie lity, pomijając kilka okienek na górnych piętrach. Znaczyło to, że w przejściu jest niemal zupełnie ciemno.

Tam właśnie ją zabije.

***

Przycupnięty na kwiatonie słupka w narożniku wysokiego muru Odmrozin skierował nieruchome spojrzenie na chaszcze. Za plecami miał zaniedbany ogród, w którego centrum ulokowano płytki staw. Niedawno go odnowiono, ale zdążył już zarosnąć rzęsą. Wszędzie walały się obalone, porośnięte mchem kolumny. Przed nim, po drugiej stronie muru, z powykręcanych pni drzew wyrastały nieregularnie gałęzie. Zwisały z nich ciemne, zeschłe liście przypominające martwe owady. Nierówny grunt porastały kępy brudnej trawy, a wijąca się między nimi, wyłożona poprzechylanymi w różne strony płytami ścieżka prowadziła do posępnego, przysadzistego domku, którego architektura nie przypominała żadnego innego budynku w całym Darudżystanie.

Zza zamkniętych szczelnie okiennic rzadko wydobywało się światło, a gdy już tak się stało, ono również było bezbarwne i posępne. Drzwi nigdy się nie otwierały.

Wśród swoich pobratymców Odmrozin uchodził za olbrzyma. Był ciężki jak borsuk, a pod jego kolczastą skórą rysowały się potężne mięśnie. Złożone skrzydła stworzenia były niemal za małe, by unieść jego ciężar nad ziemię. Przy każdym ruchu skórzastych wachlarzy z gardła demona wydobywało się stęknięcie.

Tym razem będzie bardzo ciężko. Minęły miesiące, odkąd ostatnio ruszał się z miejsca. Siedział ukryty w cieniu konaru jesiona rosnącego w ogrodzie posiadłości za jego plecami. Gdy jednak ujrzał nagły błysk ruchu, gdy coś wydostało się z czarnego, sękatego domu i ruszyło ścieżką, gdy ziemia eksplodowała po obu jej stronach, tworząc szereg głodnych dołów, a korzenie wysunęły się z nich, by pojmać zbiega, Odmrozin uświadomił sobie, że jego czuwanie dobiegło końca.

Cień przycupnął na dłuższą chwilę pod niskim murkiem Domu Azath. Wydawało się, że obserwuje wyciągające się ku niemu korzenie. Potem wstał, przepłynął nad kamiennym murkiem niczym mroczna ciecz i zniknął.

Odmrozin rozpostarł ze stęknięciem skrzypiące skrzydła, potrząsnął nimi, by rozprostować rozpięte między przypominającymi żebra palcami błony, i zeskoczył ze słupka. Złapał w skrzydła słaby powiew i zamachał nimi szaleńczo. Coraz gwałtowniejsze stęknięcia świadczyły o straszliwym wysiłku. Po chwili stworzenie zwaliło się na pokrytą mierzwą ziemię.

Demon wypluł gałązki i liście, a potem popędził w stronę muru. Słyszał wyciągające się ku niemu korzenie. Wdrapał się z powrotem na słupek, rozpaczliwie wbijając pazury w zaprawę murarską. Oczywiście, nie powinien mieć powodów do obaw. Korzenie nigdy nie sięgały poza mur Azath. Obejrzał się za siebie, by się uspokoić...

I zerwał się z piskiem do lotu. Tym razem wzniósł się wysoko nad ogród.

Och, dlaczego nikt nie lubił demonów!

Nad zarośniętą fontanną unosiło się chłodne powietrze. Odmrozin jeszcze gwałtowniej załopotał skrzydłami i wzbił się w noc.

Musi przekazać słówko swemu panu. Tak jest, nadzwyczajne słówko. Tak bardzo niespodziewane, prowokujące, groźne!

Odmrozin poruszał skrzydłami ze wszystkich sił – otyły demon unoszący się w mroku nad jaśniejącym błękitnym blaskiem miastem.

***

Zechan Rzut i Giddyn Szybki znaleźli idealne miejsce na zasadzkę. Dwadzieścia kroków za początkiem wąskiej uliczki znajdowało się dwoje zwróconych ku sobie drzwi umieszczonych w płytkich niszach. Przed paroma chwilami przeszło tędy czterech pijaków i żaden nie zauważył czających się w nieprzeniknionej ciemności skrytobójców. A odkąd sobie poszli, droga była wolna... wystarczy jeden krok naprzód i popłynie krew.

Pojawiły się dwa cele. Obaj mężczyźni nieśli gliniane dzbanki i chwiali się lekko na nogach. Wydawało się, że się kłócą, ale Zechan nie rozumiał ani słowa. Pewnie mówili po malazańsku. Zerknął pośpiesznie w lewo. Czterech pijaków właśnie docierało do wylotu uliczki, by zniknąć w rozbawionym tłumie.

Zechan i Giddyn śledzili obu mężczyzn już od Baru K’rula. Malazańczycy dotarli do sklepu winnego, przez pewien czas targowali się z właścicielką o dwa dzbanki trunku, aż wreszcie uzgodnili cenę i ruszyli z powrotem.

Gdzieś po drodze z pewnością wyciągnęli zatyczki z dzbanków, bo mówili coraz głośniej. Ten nieco wyższy, który stawiał stopy palcami do wewnątrz i miał niebieską skórę – Zechan dostrzegał z kryjówki jego sylwetkę – zatrzymał się i oparł o ścianę, jakby miał zamiar zwrócić kolację.

Wkrótce jednak się wyprostował. Kłótnia najwyraźniej nagle się zakończyła. Wyższy mężczyzna podszedł do towarzysza i – sądząc po szuraniu butami po bruku – obaj ruszyli w dalszą drogę.

Znakomicie.

Nie będzie żadnych komplikacji, absolutnie żadnych. Zechan uwielbiał takie noce.

***

Dester popędził naprzód. Jego mokasyny uderzały bezgłośnie o bruk. Kobieta szła przed siebie, nieświadoma jego obecności. Dwanaście kroków, osiem, cztery...

Nagle się odwróciła, płaszcz zawirował wokół niej.

Szmelcowana na niebiesko stal zatoczyła z błyskiem łuk. Dester pośliznął się na bruku, próbując uskoczyć przed ciosem – długi miecz, Beru broń! – i coś dotknęło jego gardła. Obrócił się nagle i skoczył w lewo, wyciągając oba sztylety, by powstrzymać kobietę, gdyby próbowała podejść bliżej.

Długi miecz!

Ciepło spływało mu po szyi i piersi, wnikając pod koszulę z jeleniej skóry. Zaułek zakołysał się przed jego oczyma. Przesłaniała go ciemność. Dester Thrin zachwiał się na nogach, rozpaczliwie wymachując sztyletami. W skroń trafił go but albo zakuta w pancerną rękawicę pięść. Na bruk spłynęło jeszcze więcej płynu. Nie mógł już utrzymać sztyletów. Upadły ze stukiem na kamienie.

Leżał na twardej powierzchni, ślepy i ogłuszony. Było mu zimno.

Jego myśli wypełniło dziwne rozleniwienie. Narastało szybko, aż wreszcie go pochłonęło.

***

Wykałaczka przystanęła nad trupem. Jej wzrok przyciągnęła błyszcząca, czerwona plama na końcu miecza. Z jakiegoś powodu przypominała jej maki po deszczu. Kobieta chrząknęła. Skurwysyn był szybki, mało brakowało, by zdążył uskoczyć przed jej cięciem. Gdyby mu się udało, mogłaby mieć więcej roboty. Niemniej jednak, i tak załatwiłaby durnia, chyba że potrafił bardzo biegle rzucać tymi swoimi sztylecikami.

Przepychanie się przez tłumy Gadrobijczyków groziło co najwyżej utratą mieszka. To był wyjątkowo łagodny naród. Dlatego właśnie tak łatwo było zauważyć, gdy ktoś cię śledził. Pod warunkiem, że ten ktoś nie był Gadrobijczykiem, oczywiście.

Mężczyzna leżący u jej stóp był Daru. Kiedy za nią szedł, jego zakapturzona głowa wyraźnie wystawała nad tłum. Równie dobrze mógłby nosić na niej latarnię.

Ale... Przyjrzała mu się uważniej.

Nie byłeś zwykłym zbirem. Zbiry nie używają takich sztyletów.

Na oddech Kaptura.

Schowała miecz i ponownie otuliła się płaszczem, by ukryć pod nim pochwę z bronią. Gdyby złapała ją Straż Miejska, wylądowałaby w pudle i musiałaby zapłacić cholernie wysoką grzywnę. Ścisnęła mocniej podpłomyki pod pachą i ruszyła w dalszą drogę.

Niewidka będzie miała poważne kłopoty.

***

Zechan i Giddyn wyskoczyli jednocześnie z nisz, unosząc gotowe do ciosu sztylety.

Wyższy mężczyzna pisnął z bólu, gdy noże Giddyna wbiły się głęboko. Pod Malazańczykiem ugięły się kolana. Z jego ust trysnęły wymiociny. Osunął się na bruk i ze stłuczonego dzbanka popłynęło wino.

Broń Zechana przebiła skórzaną kurtkę. Ostrza zgrzytnęły o żebra. Celował nożami w oba płuca. Wyrwał sztylety i cofnął się o krok, by patrzeć, jak rudowłosy mężczyzna pada na ziemię.

Nagle w bok szyi wbił mu się krótki miecz.

Zechan był martwy, zanim zwalił się na bruk.

Stojący nad klęczącym Malazańczykiem Giddyn uniósł wzrok.

Na jego głowie zacisnęły się dłonie. Jedna zamknęła mu mocno usta i jego płuca natychmiast wypełniła woda. Tonął. Dłoń zacisnęła się mocniej, palce zamknęły nozdrza. Giddyna zalała ciemność i świat zniknął powoli.

***

Nerwusik prychnął pogardliwie, wyszarpnął broń i kopnął jeszcze skrytobójcę w twarz, by podkreślić malujący się na niej wyraz zaskoczenia.

Niebieska Perła uśmiechnął się do niego.

– Widziałeś, jak rozpostarłem rzygi na bruku? Jeśli to nie było genialne, nie wiem, co...

– Zamknij się – warknął Nerwusik. – Nie wiem, czy zauważyłeś, ale to nie były bandziory spragnione darmowego wina.

Mag przyjrzał się z uwagą leżącemu przed nim ciału. Z ust i nosa zabitego wypływała woda. Napańczyk pogłaskał się po wygolonej czaszce.

– Ehe. Ale to i tak byli amatorzy. Kapturze, ich oddech było widać z połowy długości ulicy. A kiedy przechodzili ci pijacy, przestali oddychać, co nam powiedziało, że to nie oni są celem. Czyli że...

– My nim byliśmy. Ehe, to właśnie próbowałem ci powiedzieć.

– Wracajmy – zaproponował nagle zaniepokojony mag.

Nerwusik pociągnął za wąsy, a potem skinął głową.

– Zrób znowu tę iluzję, Niebieska Perła. Dziesięć kroków przed nami.

– Spokojnie, sierżancie...

– Nie jestem już sierżantem.

– Tak? To czemu ciągle wydajesz mi rozkazy?

***

Gdy Wykałaczka wreszcie ujrzała frontowe wejście Baru K’rula, jej gniew osiągnął stan wrzenia. Zatrzymała się, rozejrzała wokół i zauważyła kogoś, kto stał ukryty w cieniu naprzeciwko drzwi. Miał postawiony kaptur, a dłonie schowane pod płaszczem.

Ruszyła w stronę nieznajomego.

Zauważył ją, gdy dzieliło ich dziesięć kroków. Wyprostował się. Wyraźnie zaniepokojony, poruszył ukrytymi pod płaszczem kończynami. Obok przeszło chwiejnym krokiem kilku świętujących tubylców. Gdy ich minęli, Wykałaczka postawiła ostatni dzielący ją od mężczyzny krok.

Być może spodziewał się, że oskarży go głośnymi słowami, z pewnością jednak nie był przygotowany na brutalne kopnięcie między nogi. Kiedy osuwał się na bruk, podeszła bliżej i walnęła go prawą ręką w potylicę, przyśpieszając upadek. Mężczyzna walnął czołem o bruk z przyprawiającym o mdłości trzaskiem. Ciałem targnęły spazmy.

Jakiś przechodzień zatrzymał się, spoglądając na leżącego nieszczęśnika.

– Hej, ty! – warknęła Wykałaczka. – Z czym masz problem?

Popatrzył na nią, zaskoczony, a potem wzruszył ramionami.

– Z niczym, kochanie. Słusznie mu się należało za to, że tak tu stał. Hej, wyjdziesz za mnie?

– Spadaj.

Rozżalony niepowodzeniem miłosnym mężczyzna oddalił się nieśpiesznie. Wykałaczka rozejrzała się raz jeszcze, by sprawdzić, czy ktoś nie ucieka z pobliskiej kryjówki. Być może wydarzyło się to, kiedy nie patrzyła, najprawdopodobniej jednak ukryty obserwator czaił się na którymś z pobliskich dachów.

Leżący na ziemi mężczyzna przestał się poruszać.

Odwróciła się i ruszyła ku wejściu do Baru K’rula.

– Wykałaczka!

Zatrzymała się dwa kroki od poobtłukiwanych drzwi i spojrzała za siebie. Biegli za nią Nerwusik i Niebieska Perła. Obaj ściskali dzbanki saltoańskiego wina, a były sierżant miał wściekłą minę. Idący pół kroku za nim mag zerknął na nieruchome ciało leżące po drugiej stronie ulicy. Gadrobijska dziewczynka opróżniała właśnie jego kieszenie.

– Chodźcie tu obaj! – warknęła Wykałaczka. – Miejcie oczy otwarte!

– Zakupy miały mordercze zakończenie – odezwał się Nerwusik. – Niebieska Perła przez większą część drogi pomagał nam iluzjami, bo zwietrzyliśmy zasadzkę...

Wykałaczka zerknęła raz jeszcze na ulicę, złapała obu mężczyzn za ramiona i popchnęła ich bezceremonialnie ku drzwiom.

– Schowajcie się, idioci.

To niewiarygodne, ale dzisiejsza noc rozwścieczyła mnie do tego stopnia, że odrzuciłam pierwszą porządną propozycję małżeństwa od dwudziestu lat.

Niewidka siedziała tam, gdzie zawsze siadała, gdy zwęszyła kłopoty: za małym, skrytym w cieniu stolikiem po prawej. Wtopiła się w tło bardzo skutecznie, ale jej nogi wystawały na zewnątrz i każdy, kto wszedłby do środka, musiałby się o nie potknąć.

Wykałaczka zatrzymała się w wejściu i porządnie kopnęła czarne buciory.

– Ojej, moja kostka!

Wykałaczka rzuciła pakunek na kolana Niewidki.

– Au!

Niebieska Perła i Nerwusik przepchnęli się do środka. Były sierżant prychnął pogardliwie.

– Naszych drzwi broni nieustraszona strażniczka. Nie ma do powiedzenia nic poza „ojej” i „au”.

Siedząca za stolikiem kobieta odzyskała już jednak równowagę i odwijała podpłomyki.

– Wiesz co, Niewidka? – zaczęła Wykałaczka, siadając za kontuarem. – Rhivijskie staruchy piekące te podpłomyki zawsze spluwają na patelnię, nim wyleją ciasto. Podobno błogosławieństwo starożytnych duchów...

– Nie o to chodzi – przerwała jej Niewidka, prostując opakowanie. – Skwierczenie świadczy o tym, że patelnia już się rozgrzała.

– No jasne – mruknął Niebieska Perła.

Wykałaczka łypnęła na niego spode łba, a potem skinęła głową.

– Dobra. Chodźmy wszyscy do naszego gabinetu. Niewidka, idź poszukać Młotka.

– Wybrał nieodpowiednią chwilę – mruknęła druga kobieta.

– Kto?

– Trzpień, wyruszając na tę swoją pielgrzymkę.

– Miał farta.

Niewidka wstała powoli.

– Duiker? – zapytała, przeżuwając podpłomyka.

– Zapytaj go – odparła Wykałaczka po chwili wahania. – Jeśli będzie chciał, to niech przyjdzie.

Niewidka zamrugała powoli.

– Zabiłaś dziś kogoś, Wykałaczka?

Brak odpowiedzi był wystarczającą odpowiedzią. Wykałaczka popatrzyła podejrzliwie na grupkę ludzi, którzy byli zbyt pijani, by wytoczyć się z baru z dwunastym dzwonem, jak nakazywał zwyczaj. Byli to bez wyjątku stali klienci. Dadzą sobie radę. Wykałaczka skinieniem nakazała pozostałym podążyć za sobą i ruszyła ku schodom.

Na końcu głównej sali ten cholerny bard beczał jedną z mniej znanych wersji Anomandarisa, ale nikt go nie słuchał.

***

Wszyscy trzej uważali się za nowy rodzaj darudżystańskich rajców. Shardan Lim był z nich najchudszy i najwyższy, miał smagłą twarz, wyblakłe niebieskie oczy, haczykowaty nos i wąskie usta o wiecznie opadających kącikach, jakby nie potrafił ukryć pogardy dla świata. Mięśnie na lewym nadgarstku miał dwukrotnie grubsze niż na prawym, naznaczyły go też demonstrowane z dumą blizny. Patrzył w oczy Challice, jakby miał zamiar zapytać jej męża, czy pozwoli mu wkrótce z niej skorzystać. Czuła się, jakby zaciskał na jej gardle zimną dłoń właściciela. Po chwili jednak skierował wyblakłe oczy na coś innego i uśmiechnął się półgębkiem, sięgając po stojący na kominku kielich.

Hanut Orr stał naprzeciwko Shardana Lina, po drugiej stronie niemal całkowicie już wygasłego ognia. Głaskał długimi palcami starożytne tłuczki kamienne, z których zbudowano kominek. Dostarczał rozrywki połowie szlachetnie urodzonych kobiet w mieście, pod warunkiem, że były zamężne bądź też straciły dziewictwo w innych okolicznościach. Faktycznie stanowił bardzo atrakcyjne połączenie niebezpiecznego uroku z dominującą arogancją, które to cechy pozwalały mu uwodzić skądinąd inteligentne kobiety. Powszechnie wiedziano, że uwielbia, gdy kochanki padają przed nim na kolana, błagając o choć odrobinę jego uwagi.

Mąż Challice rozwalił się w swym ulubionym fotelu po lewej stronie Hanuta Orra. Rozprostował nogi, spoglądając z namysłem w głąb kielicha. Kręcił powoli dłonią i wino barwy błękitnej krwi wirowało ospale.

– Droga żono – odezwał się, przeciągając samogłoski w typowy dla siebie sposób – czy balkonowe powietrze cię odświeżyło?

– Wina? – zapytał Shardan Lim, unosząc brwi, jakby usługiwanie jej było dlań celem życia.

Czy mąż powinien się czuć urażony ledwie skrywaną lubieżnością, z jaką tak zwani przyjaciele spoglądali na jego żonę? Gorlas nie zwracał na to uwagi.

– Nie, dziękuję, rajco Lim. Chciałam tylko życzyć wam wszystkim dobrej nocy. Gorlas, długo tu jeszcze zostaniesz?

Nie oderwał wzroku od wina, poruszył tylko ustami, jakby po raz kolejny smakował ostatni łyk i przekonał się, że resztki są lekko kwaśne.

– Nie musisz na mnie czekać, żono.

Zerknęła mimo woli na Shardana i wyczytała w jego oczach wesołość oraz niedwuznaczne zapewnienie, że on nie potraktowałby jej tak lekceważąco.

Nagle zawładnęła nią mroczna przewrotność. Challice spojrzała mu prosto w oczy i odwzajemniła uśmiech.

Można z całą pewnością stwierdzić, że Gorlas Vidikas nie zauważył tej wymiany spojrzeń, Hanut Orr jednak ją dostrzegł i zareagował wesołością o bardziej gwałtownym, wzgardliwym charakterze.

Challice odwróciła się, czując się zbrukana.

Służąca ruszyła za nią po szerokich schodach i tylko ona widziała, jak sztywne są plecy zmierzającej do sypialni pani Vidikas.

Drzwi zamknęły się za nimi i Challice zrzuciła krótki płaszcz.

– Przynieś moją biżuterię – zażądała.

– Pani?

– Chcę zobaczyć swoją biżuterię! – wrzasnęła na staruszkę.

Kobieta pochyliła głowę i pobiegła wykonać polecenie.

– Tę starą! – zawołała za nią Challice. Z dawnych czasów, gdy była jeszcze niewiele więcej niż dzieckiem, zachwycającym się darami zalotników, łapówkami mającymi kupić jej uczucia, nadal jeszcze wilgotnymi od spoconych dłoni. Och, otwierało się przed nią wówczas tak wiele możliwości.

Przymrużyła powieki, stając przed toaletką.

No cóż, być może nie tylko wówczas. Czy to cokolwiek oznaczało? Czy jeszcze jej zależało?

Jej mąż miał, czego pragnął. Trzech pojedynkowiczów, twardych mężczyzn przemawiało zdecydowanym głosem na posiedzeniach Rady. Stał się teraz jednym z nich i to było wszystko, o co mu chodziło.

A co z tym, czego ona chciała?

Ale... czego właściwie chcę?

Nie miała pojęcia.

– Pani.

Challice się odwróciła.

Rozłożone na wytartej powierzchni toaletki skarby jej panieńskiego wieku wydawały się... tanie. Na sam widok błyskotek Challice poczuła się niedobrze.

– Schowaj je z powrotem do szkatułki – rozkazała służącej. – Jutro wszystkie sprzedamy.

***

Nie trzeba było zostawać w ogrodzie. Uwodzicielska gospodyni, wdowa Sepharla, zapadła w pijacki sen na marmurowej ławie. W jednej ręce nadal ściskała kielich, a głowę odchyliła do tyłu, rozdziawiając szeroko usta. W parnym, nocnym powietrzu niosło się głośne chrapanie. Nieudane przedsięwzięcie rozbawiło Murillia. Stał jeszcze nad nią przez pewien czas, popijając wino i radując się wonią kwiatów, gdy nagle usłyszał ciche kroki.

Uniósł wzrok i zobaczył córkę wdowy.

Tego również nie należało robić.

Była o połowę młodsza od niego, ale ten fakt nie czynił już jego zainteresowania niestosownym. Przekroczyła próg trzy, może cztery lata temu i zbliżała się do wieku, w którym mężczyzna nie potrafi ocenić, czy kobieta ma dwadzieścia, czy trzydzieści lat. Po przekroczeniu owego punktu wszystkie podobne oceny opierały się zresztą na złudzeniach i nie miały większego znaczenia.

Niewykluczone, że wypił za dużo wina. Wystarczająco wiele, by osłabiło ono jego determinację, pozwoliło mu zapomnieć, ile lat ma już za sobą, choć nieustannie przypominała mu o tym malejąca liczba pożądliwych spojrzeń, jakimi obrzucały go kobiety. Co prawda, można to było zwać doświadczeniem, umiejętnością zadowalania się kochankami potrafiącymi docenić podobne cechy. Niemniej umysł mężczyzny szybko przeskakuje od tego, jak sprawy mają się w rzeczywistości, do tego, jakimi chciałby je widzieć, albo – jeszcze gorzej – jak wyglądały w przeszłości. Jak brzmiało przysłowie, gdy chodzi o prawdę, każdy mężczyzna jest pojedynkowiczem zbroczonym krwią z dziesięciu tysięcy cięć.

Żadna z tych myśli nie przemknęła jednak przez głowę Murillia w chwili, gdy patrzył w oczy Delish, niezamężnej córki wdowy Sepharii. Doszedł później do wniosku, że to musiało być wino. Upał i parna atmosfera fety, słodki zapach kwiatów unoszący się w ciepłym, wilgotnym powietrzu. Fakt, że dziewczyna była prawie zupełnie naga, miała na sobie tylko koszulę z cienkiego jedwabiu. Jasnokasztanowe włosy obcięła niewiarygodnie krótko, co było ostatnio modne wśród młodych dziewcząt. Twarz miała białą jak śmietanka, usta pełne, a nos leciutko garbaty. Błyszczące piwne oczy były wielkie jak u żebrzącego na ulicy dziecka, ale nie trzymała w dłoniach pękniętej miseczki na monety. Jej potrzeby kierowały się gdzie indziej.

Uspokojony dobiegającym z marmurowej ławy chrapaniem – i przerażony własną ulgą – Murillio pokłonił się nisko.

– Zjawiłaś się w odpowiedniej chwili, moja droga – rzekł, prostując się. – Zastanawiałem się, jak mam zanieść twoją matkę do łóżka. Masz jakieś sugestie?

Pokręciła pięknie ukształtowaną głową.

– Przesypia tu większość nocy. Tak po prostu.

Jej głos był młody, ale nie brzmiał nosowo ani nie wydawał się zbyt wysoki, jak u bardzo wielu młodych dziewcząt w dzisiejszych czasach. Dlatego nie przypomniał mu o wielkiej różnicy wieku między nimi.

Och, spoglądając wstecz, popełnił tej nocy mnóstwo błędów!

– Nie wierzyła, że przyjmiesz jej zaproszenie – ciągnęła Delish, spoglądając w dół. Zrzuciła jeden sandał i dotykała go teraz delikatnie palcem stopy. – W końcu wszyscy cię pożądają. To znaczy, jako gościa. Zwłaszcza tej nocy.

Okazała się stanowczo za sprytna, podtrzymując w ten sposób jego osłabione ego.

– Czemu tu przyszłaś, moja droga? Z pewnością masz niezliczone zastępy zalotników, a wśród nich...

– Wśród nich nie ma nikogo, kogo można zwać mężczyzną.

Czy tym jednym lekceważącym zdaniem złamała tysiąc ogłupiałych od hormonów serc? Czy łóżka podskakiwały nagle w nocy, a stopy zrzucały przepocone kołdry? Murillio mógłby niemal w to uwierzyć.

– To dotyczy również Prelicka.

– Przepraszam, kogo?

– Zapijaczonego, durnego nicponia, który śpi teraz w holu. Przez całą noc potykał się o własny rapier. To było okropne.

Okropne. Tak, teraz rozumiem.

– Młodzi są skłonni do nadmiernego entuzjazmu – zauważył Murillio. – Nie wątpię, że biedny Prelick czekał na tę noc od tygodni, być może nawet od miesięcy. Dlatego uległ nerwowemu podnieceniu, wywołanemu bliskością twej pięknej osoby. Lituj się nad takimi młodzieńcami, Delish. Zasługują przynajmniej na to.

– Nie jestem zainteresowana litością, Murillio.

Nie powinna była wypowiadać jego imienia takim tonem. A on w ogóle nie powinien jej słuchać.

– Delish, czy potrafisz wysłuchać dziś rady kogoś takiego jak ja?

Dziewczyna skinęła głową, choć jej twarz wyrażała z trudem utrzymywaną cierpliwość.

– Wybieraj tych spokojnych. Nie tych, którzy się puszą i demonstrują nadmierną arogancję. Spokojnych i uważnych, Delish.

– Nie znam nikogo w tym rodzaju.

– Och, są tacy. Trzeba się tylko uważniej przyjrzeć, żeby ich zauważyć.

Zdjęła już oba sandały i zlekceważyła jego słowa machnięciem białej dłoni, przesuwając się ku niemu o krok. Uniosła wzrok, jakby nagle się zlękła, ale spoglądała mu w oczy zbyt długo, by mogła to być autentyczna bojaźliwość.

– Nie chcę cichych. Nie chcę tych, którzy potrzebują litości. Nie chcę... dzieci! Nie dzisiejszej nocy, Murillio. Nie pod tym księżycem.

Nagle znalazła się w jego ramionach. Miękkie, aż nazbyt chętne ciało okrywał tylko cienki jedwab. Miał wrażenie, że wpełza na niego niczym sylf. Pod tym księżycem? – pomyślał.

Niestety, był to jej ostatni poetyczny gest. Zaczęła zdzierać z niego ubranie, rozchyliła pełne, wilgotne usta, wysuwając język, i ugryzła go w wargi. Jedną ręką chwycił dziewczynę za pierś, a drugą sięgnął ku pośladkom, unosząc ją. Rozchyliła nogi i oplotła je wokół jego bioder. Usłyszał trzask sprzączki, gdy pas spadł na chodnik między jego butami.

Nie była wysoką kobietą. Nie ważyła zbyt wiele, ale miała zaskakująco dużo siły. Ujeżdżała go z takim zapałem, że przy każdym gwałtownym ruchu strzelało mu w krzyżu. W tym punkcie pogrążył się w typowej dla siebie obojętności, która zapewniała mu imponującą wytrzymałość. Poświęcił chwilę na to, by się upewnić, że z tyłu nadal słychać chrapanie. Ów donośny dźwięk natychmiast wydał mu się przepowiednią upadku, kapitulacji przed latami walki, z jakich składało się życie.

Tak właśnie kończą się dni nas wszystkich.

Ta chwila całkowicie pozbawiłaby go męskości, gdyby pozwolił jej trwać dłużej. Tymczasem Delish zaczynała już odczuwać zmęczenie. Jej westchnienia stawały się coraz szybsze i bardziej ochrypłe. Ciało dziewczyny ogarnęło drżenie i Murillio uległ wreszcie przyjemności – był już najwyższy czas – kończąc razem z nią z bezradnym westchnieniem.

Uczepiła się go. Czuł gwałtowne walenie jej serca. Postawił ją powoli na ziemi i odsunął się delikatnie.

Zważywszy wszystko razem, nie mogłoby być gorszej chwili, by ujrzeć błysk klingi przed oczyma. Murillia przeszył palący ból. Sztych wbił się w jego pierś, przechodząc na wylot, a pijany dureń trzymający broń zatoczył się do przodu, niemalże wpadając w ramiona ofiary.

Murillio osunął się na ziemię. Klinga wysunęła się z jego ciała z niechętnym mlaśnięciem.

Delish krzyknęła przeraźliwie. Twarz Prelicka rozbłysła triumfem.

– Ha! Giń, gwałcicielu!

Usłyszał kolejne kroki. Ich dźwięk dobiegał od strony domu. Ludzie krzyczeli. Oszołomiony Murillio dźwignął się z ziemi, podciągnął pantalony i zapiął pas. Jego żółtozieloną, jedwabną koszulę zbrukały purpurowe plamy. Miał na podbródku krew, wypływającą z ust razem z cichymi, charczącymi kaszlnięciami. Wyciągały się ku niemu ręce, ale odtrącił wszystkie i uciekł chwiejnym krokiem ku bramie.

Tak jest, żałował tego, co się stało, przepychając się przez obojętny tłum. Chwile jasności umysłu przeplatały się z okresami spowitymi mroczną, czerwoną mgiełką. Pamiętał, że stał wsparty ręką o kamienny mur i wypluwał strumienie krwi. Och, żałował bardzo wielu rzeczy.

Na szczęście, nie sądził, by musiał cierpieć długo.

***

Czy to nawyk, czy jakiś dziwaczny wybryk dziedziczności sprawiły, że z twarzy Plamy nigdy nie znikał wyraz zdumienia? Nie sposób było tego określić, ponieważ każde słowo wypowiadał tonem niedowierzania, jakby nie mógł być pewien tego, co zmysły mówią mu o świecie zewnętrznym, a myślom kołaczącym się we własnej głowie ufał w jeszcze mniejszym stopniu. Wytrzeszczał teraz oczy, gapiąc się na Leffa, i rozdziawiał szeroko usta, od czasu do czasu oblizując wargi. Leff ze swej strony przyglądał mu się z uwagą, jakby demonstrowany przez przyjaciela debilizm budził w nim chroniczną podejrzliwość.

– Nie będą na nas czekać wiecznie, Leff! Nie trzeba było tego podpisywać! Mówię ci, zwiejmy najbliższy statkiem. Do Dhavranu albo nawet nad morze! Czy nie masz kuzyna w Mengalu?

Leff zamrugał ospale.

– Ehe, Plama. Spędza w pace tak wiele czasu, że pozwolili mu umeblować własną celę. Chcesz mieć na głowie również i jego kłopoty? Poza tym, wtedy my też znaleźlibyśmy się na liście.

Na twarzy Plamy pojawiło się zdumienie pomieszane ze strachem. Mężczyzna odwrócił wzrok.

– Właśnie ta lista nas dobiła – wyszeptał. – Lista...

– Wiedzieliśmy, że to nie będzie łatwe – przerwał mu Leff, licząc, że może uda się go uspokoić. – Takie sprawy zawsze są trudne.

– Ale nikogo nie znaleźliśmy!

– Minął dopiero tydzień, Plama.

Nadszedł czas na ciche odkaszlnięcie, otarcie tłustego czoła jedwabną chusteczką i pełne namysłu pociągnięcie za rzadką bródkę.

– Panowie! – Ach, udało mu się przyciągnąć ich uwagę. – Spójrzcie na Harcowników, którzy wyszli na pole, i na Monetę Najemnika, lśniącą, jak zawsze lśnią złote wabiki... tu czy gdzie indziej, ale zwłaszcza tu. Kłykcie nadal spoczywają w spoconej dłoni zaskoczonego Plamy. Zbyt długo już ściska je nierzucone. Bez końca ciągnie się ta gra, gdy cierpliwy Kruppe przycupnął na krawędzi chwalebnego zwycięstwa!

Leff skrzywił się wściekle.

– Wcale nie wygrywasz, Kruppe! Przegrywasz, i to fatalnie, nawet jeśli masz Monetę. Zresztą na co ci się ona zda? Nie widzę na polu Najemnika, więc kogo nią opłacisz? Nikogo!

Uśmiechnięty grubasek rozparł się wygodniej na krześle.

Dzisiejszej nocy gospodę „Pod Feniksem” wypełniał hałaśliwy tłum. Z brudnych, zakurzonych ulic napływało do środka coraz więcej uradowanych pijaków. Kruppe rzecz jasna darzył ich wszystkich sympatią, jak przystało jego wspaniałomyślnej naturze.

Plama rzucił kłykcie i wbił spojrzenie w sześć kości zwiastujących jego klęskę.

Faktycznie ją zwiastowały. Kruppe ponownie pochylił się nad stolikiem.

– Ho, pojawiła się Prosta Droga. Spójrzcie, jak na pole maszeruje sześciu Najemników! Zabijają wszystkich na lewo i prawo! Jeden rzut kłykci i wszechświat się zmienił! Oto złowroga nauczka, drodzy towarzysze Kruppego. Gdy Moneta się odsłoni, prędzej czy później sięgnie po nią czyjaś ręka!

Praktycznie żaden rzut w Turze Rewanżowej nie mógłby uratować dwóch pechowych Królów i ich równie pechowych właścicieli, Plamy i Leffa. Leff warknął ze złością i przesunął ręką nad polem, rozrzucając bierki. W tym samym ruchu złapał Monetę i schowałby ją za pasem, gdyby Kruppe nie pokręcił głową i nie wyciągnął po nią pulchnej dłoni.

Leff zaklął pod nosem i upuścił Monetę w zagłębienie ręki grubaska.

– Łupieżca zgarnia zwycięstwo – oznajmił z uśmiechem Kruppe. – Niestety, dla biednych Plamy i Leffa ta Moneta to tylko drobny ułamek bogactw, jakie wpadną w ręce triumfującego Kruppego. Po dwie rady od każdego, tak?

– To nasza tygodniowa wypłata za tydzień, który jeszcze nie nadszedł – odparł Leff. – Będziemy twoimi dłużnikami, przyjacielu.

– To skandaliczny precedens! Niemniej jednak, Kruppe zdaje sobie sprawę, że nagłe odwrócenie się fortuny może zaskoczyć człowieka. To w pełni zrozumiałe, no bo w końcu jest nagłe. Dlatego, z uwagi na konieczność spędzenia tygodnia na szlachetnej pracy, Kruppe jest w stanie przesunąć o tydzień termin spłaty rzeczonego długu.

Plama wyprostował się z jękiem.

– Lista, Leff. Wróciliśmy do tej cholernej listy.

– Wielu jest tych, którzy uchylają się od spłaty – przyznał z westchnieniem grubasek. – A ci, którzy domagają się rekompensaty, są tak niecierpliwi, że sporządzili straszliwą listę. A za zmniejszenie liczby figurujących na niej imion wynagradzają hojnie tych, którzy zajmują się ściąganiem długów, tak?

Obaj mężczyźni wytrzeszczyli oczy. Mina Plamy sugerowała, że przed chwilą otrzymał potężny cios w głowę i nie odzyskał jeszcze w pełni przytomności. Leff skrzywił się ze złością.

– Ehe, chodzi o tę listę, Kruppe. Zgodziliśmy się przyjąć tę pracę, bo nie mieliśmy nic innego do roboty od chwili nagłego... zgonu Boca. A teraz wychodzi na to, że nasze imiona też mogą się na niej znaleźć!

– Nonsens! Czy raczej, Kruppe uściśla, owa groźba nie zawiśnie nad wami z powodu ewentualnego uchylenia się od spłaty długów, jakie u niego zaciągnęliście. Listy tego rodzaju są w istocie zgubne i zapewne dają efekt odwrotny od zamierzonego. Kruppe uważa sam fakt ich istnienia za godny ubolewania. Mądra rada brzmi tak, by nie przejmować się tym zanadto. Chyba że oczywiście termin spłaty szybko się zbliża, a w sakiewce nie ma nic poza kłaczkami. Kolejna sugestia, odnieście sukces w sprawie listy, odbierzcie należną nagrodę i natychmiast zgłoście się do Kruppego, by spłacić skromny dług. Alternatywą, niestety, byłoby zupełnie inne rozwiązanie.

– A jakie? – zapytał Leff, oblizując nerwowo wargi.

– Skromna pomoc Kruppego w sprawie rzeczonej listy, rzecz jasna. W zamian za maleńki udział.

– Jeśli dostaniesz działkę, pomożesz mam wytropić tych, którzy są na liście?

– Leżałoby to w najlepiej pojętym interesie Kruppego, z uwagi na dług, jaki u niego zaciągnęliście.

– Ile to miałoby być?

– Trzydzieści trzy procent, oczywiście.

– I to ma być skromny udział?

– Nie. Powiedziałem, że jest maleńki. Najdrożsi przyjaciele, czy znaleźliście chociaż jednego człowieka z tej listy?

Odpowiedziało mu ponure milczenie, choć Plama nadal miał lekko ogłupiałą minę.

– W całym Darudżystanie – zaczął grubasek, nadymając pierś tak bardzo, że aż zagroziło to dwóm ocalałym guzikom kamizelki – nie ma nikogo, kogo Kruppe nie potrafiłby odnaleźć.

Wypuścił powietrze i dzielne guziki zalśniły blaskiem zwycięstwa.

Nagle rozległy się krzyki. Pod drzwiami doszło do jakiegoś zamieszania. Meese zawołała Kruppego po imieniu.

Zaskoczony człowieczek wstał, ale widok nadal zasłaniali mu wyjątkowo wysocy goście. To było bardzo irytujące. Okrążył stolik i zaczął się przepychać do szynkwasu, dysząc i stękając. Irilta wciągała na kontuar zbroczonego krwią Murillia, rozrzucając przy tym kufle i kielichy.

– Ojej. – Kruppe spojrzał w oczy Meese i wyczytał z nich strach oraz niepokój. – Leć natychmiast po Colla.

Pobladła kobieta skinęła głową.

Tłum rozstąpił się przed nią. Jak mawiali Gadrobijczycy, nawet pijak pozna głupca. Goście mogli być pijani, ale żaden z nich nie był na tyle głupi, by stawać jej na drodze.

***

Miecz Wykałaczki leżał na stole, jego sztych zbrukała krzepnąca krew. Nerwusik położył obok swój krótki miecz o znacznie bardziej uwalanej krwią klindze. Ów oręż stanowił nieme wprowadzenie do improwizowanego zebrania.

Niebieska Perła usiadł u końca długiego stołu, walcząc z bólem głowy za pomocą kufla ale. Niewidka zajęła miejsce pod drzwiami. Opierała się o framugę, krzyżując ręce na piersi. Młotek usiadł na lewo od Napańczyka. Jego nerwowość zdradzało wyłącznie drżenie nogi. Kolano i udo mu się trzęsły, ale twarz nic nie wyrażała. Nie chciał patrzeć nikomu w oczy. Pod wystrzępionym gobelinem, pamiętającym czasy, gdy lokal był jeszcze świątynią, stał Duiker, ongiś historyk imperialny, a obecnie złamany starzec.

Szczerze mówiąc, Wykałaczka poczuła się nieco zaskoczona, gdy zgodził się przyjść na zebranie. Być może w popiołach jego duszy tlił się nadal płomyk ciekawości, choć Duiker sprawiał wrażenie bardziej zainteresowanego sceną wyobrażoną na wyblakłym gobelinie. Powietrzna flotylla smoków zbliżała się na niej do świątyni bardzo podobnej do tej, w której się znajdowali.

Nikt nie miał ochoty przemówić pierwszy. Typowe. To zadanie zawsze spadało pod jej stopy niczym ranna gołębica.

– Gildia Skrytobójców przyjęła kontrakt – zaczęła celowo brutalnym tonem. – Kto jest celem? W najlepszym przypadku ja, Nerwusik i Niebieska Perła, ale najprawdopodobniej wszyscy udziałowcy. – Przerwała, czekając na głosy sprzeciwu. Nie usłyszała żadnych. – Nerwusik, czy odrzuciliśmy jakąś ofertę zakupu lokalu?

– Wykałaczka – odparł Falarczyk identycznym tonem. – Nikt nigdy nie chciał go kupić.

– Znakomicie. A czy ktoś słyszał pogłoski o wskrzeszeniu starożytnego kultu K’rula? Może w mieście pojawił się jakiś wielki kapłan, który chciałby odzyskać świątynię?

Niebieska Perła skwitował tę sugestię pogardliwym prychnięciem.

– Co chciałeś nam w ten sposób powiedzieć? – zapytała kobieta, łypiąc nań ze złością.

– Nic – mruknął napański mag. – Nie słyszałem o nikim w tym rodzaju, Wykałaczka. Gdyby Ganoes Paran wrócił z miejsc, gdzie przebywa, mógłby nam udzielić pewnej odpowiedzi, nie sądzę jednak, by istniał jakiś kult pragnący nas stąd wykopać.

– Skąd wiesz? – zainteresował się Nerwusik. – Potrafiłbyś ich zwęszyć albo coś?

– Och, nie w tej chwili – poskarżył się Niebieska Perła. – Nie chcę już dziś więcej pytań. Mockra zrobiła mi z głowy miazgę. Nie znoszę tej groty.

– Chodzi o duchy – wyjaśnił Młotek dziwnie łagodnym głosem. Spojrzał na maga. – Mam rację? Nie szepczą nic, czego by nie szeptały od chwili, gdy się wprowadziliśmy. Słyszymy te same jęki i błagania o krew, co zawsze. – Przesunął spojrzenie na leżące na stole miecze. – Krew rozlaną tutaj, oczywiście. Przyniesiona z zewnątrz się nie liczy. Na szczęście.

– Postaraj się nie zacinać przy goleniu, Nerwusik – wtrąciła Niewidka.

– Na dole czasem zdarzają się bijatyki – zauważyła Wykałaczka, spoglądając z zasępioną miną na uzdrowiciela. – Chcesz powiedzieć, że to one karmiły te cholerne duchy?

Młotek wzruszył ramionami.

– Było tego za mało, żeby cokolwiek zmienić.

– Potrzebujemy nekromanty – skonkludował Niebieska Perła.

– Zbaczamy z tematu – oznajmiła Wykałaczka. – Przede wszystkim powinniśmy się martwić o ten cholerny kontrakt. Musimy się dowiedzieć, kto za nim stoi. Jak już się dowiemy, wrzucimy mu wstrząsacza przez okno sypialni i spokój. Trzeba opracować plan ataku – ciągnęła, omiatając spojrzeniem zebranych. – Zacznijmy od zgromadzenia informacji. Czy ktoś ma jakieś pomysły?

Odpowiedziała jej cisza.

Niewidka odsunęła się od drzwi.

– Ktoś idzie – oznajmiła.

Wszyscy już słyszeli głośne kroki. Ktoś wchodził po schodach, odprowadzany syczącymi sprzeciwami gości.

Nerwusik podniósł miecz ze stołu. Niebieska Perła wstał powoli i Wykałaczka poczuła woń budzących się czarów. Uniosła rękę.

– Zaczekajcie, do Kaptura.

Drzwi otworzyły się nagle.

Do środka wszedł wysoki, dobrze ubrany mężczyzna. Dyszał ciężko, a spojrzenie jego jasnoniebieskich oczu przesunęło się po twarzach wszystkich obecnych, zatrzymując się na Młotku. Uzdrowiciel wstał.

– Rajco Collu, co się stało?

– Potrzebuję twojej pomocy – oznajmił szlachetnie urodzony Daru. Wykałaczka słyszała w jego głosie niepokój. – Wielka Denul. Natychmiast.

Nim Młotek zdążył odpowiedzieć, Wykałaczka podeszła do mężczyzny.

– Rajco Collu, przyszedłeś tu sam?

Mężczyzna zmarszczył brwi, a potem wskazał za siebie.

– Z niewielką eskortą. Dwóch strażników. – Dopiero w tej chwili zauważył leżący na stole miecz. – Co tu się dzieje?

– Wykałaczka – odezwał się Młotek. – Wezmę Niebieską Perłę...

– To mi się nie podoba...

– Potrzebujemy informacji, tak? – przerwał jej uzdrowiciel. – Coll może nam pomóc. Poza tym z pewnością na początek rzucili przeciwko nam tylko jeden klan i już się z nim załatwiliście. Gildia potrzebuje czasu, by ponownie ocenić problem. Mamy co najmniej dobę.

Wykałaczka spojrzała na rajcę. Coll mógł nie wiedzieć, co się wydarzyło, ale usłyszał już wystarczająco wiele, by się domyślić.

– Ktoś najwyraźniej pragnie naszej śmierci – oznajmiła mu z westchnieniem. – Pewnie lepiej byłoby dla ciebie, gdybyś się w tej chwili z nami nie zadawał...

Coll pokręcił jednak głową, ponownie wbijając spojrzenie w Młotka.

– Uzdrowicielu, proszę.

Młotek skinął głową do Niebieskiej Perły, który łypał nań spode łba.

– Prowadź, rajco. Pójdziemy z tobą.

***

...Znalazł Ossericka, swego wiernego sojusznika, z krwią na twarzy i pobitego do nieprzytomności. Anomander osunął się na kolana i przywołał Tysiąc Bogów, którzy spojrzeli na Ossericka i zobaczyli krew na jego twarzy. Ogarnięci litością, obudzili go i wstał.

I Anomander wstał również, i spojrzeli na siebie, Światło na Ciemność, Ciemność na Światło.

Anomanderem zawładnął gniew.

– Gdzie jest Draconnus? – zapytał wiernego sojusznika. Nim bowiem Anomander się oddalił, zły tyran Draconnus, Zabójca Eleintów, został własną ręką Anomandera pozbawiony przytomności, a twarz zbroczyła mu krew. Osserick, któremu powierzono zadanie pilnowania Draconnusa, osunął się na kolana i wezwał Tysiąc Bogów, by ich miłosierdzie osłoniło go przed furią Anomandera.

– Zostałem pokonany! – zawołał w odpowiedzi. – Siostra Złośliwość mnie zaskoczyła. Och, Tysiąc Bogów odwróciło spojrzenie, gdy jej cios pozbawił mnie przytomności. Spójrz, mam krew na twarzy!

– Pewnego dnia – poprzysiągł Anomander i przerodził się w ciemność straszliwej burzy, aż Osserick skulił się niczym słońce schowane za chmurą – nasz sojusz się skończy i ponownie zapanuje między nami wrogość, o Synu Światła, Dziecko Światła. Będziemy walczyć o każdy kawałek ziemi, każdy skrawek nieba, każde źródło ze słodką wodą. Stoczymy tysiąc bitew i nie będzie między nami litości. Ześlę cierpienia na twoją rodzinę, na twoje córki. Zakażę ich umysły Nieświadomą Ciemnością. Rozproszę je po nieznanych królestwach i w ich sercach nie będzie litości, albowiem między nimi a Tysiącem Bogów na zawsze zawiśnie chmura ciemności.

Taka była furia Anomandera, i choć był sam, Ciemność naprzeciwko Światła, wewnątrz jego dłoni zalegała słodycz, wspomnienie zdradzieckiego dotyku Pani Zawiści. Światło naprzeciwko Ciemności, Ciemność naprzeciwko Światła, dwaj mężczyźni, którzy stali się bronią w rękach dwóch sióstr, córek Draconnusa. Stali tak, niewidziani przez nikogo, i radowali się tym, co ujrzeli.

Ustalono, że Anomander ponownie wyruszy w pościg za złym tyranem, by unicestwić jego i jego przeklęty miecz, który jest ohydą w oczach Tysiąca Bogów i wszystkich, którzy przed nimi klękają. Osserick natomiast miał odnaleźć Złośliwość i wywrzeć na niej sprawiedliwą zemstę.

Jeśli zaś chodzi o przysięgę złożoną przez Anomandera, Osserick znał gniew, z którego się zrodziła, i w swoim czasie on również złożył przysięgę. Zapowiedział w niej, że będzie walczył, pojedynkował się, toczył bój o każdy kawałek ziemi, każdy skrawek nieba, każde źródło ze słodką wodą. Takie sprawy muszą jednak spoczywać na spokojnej ziemi niczym ziarno czekające na życie.

W końcu nadal stał przed nimi problem Draconnusa, a teraz również Złośliwości. Czyż Dzieci Tiam nie domagały się wymierzenia kary? Krew splamiła twarze zbyt wielu Eleintów i dlatego Anomander, i dlatego Osserick, podjęli się owych pamiętnych łowów.

Gdyby Eleintowie wiedzieli, co z tego wyniknie, odebraliby swe piorunowe tchnienie zarówno Anomanderowi, jak i Osserickowi. Nikt jednak nie mógł wówczas przewidzieć, co przyniesie los, i dlatego właśnie Tysiąc Bogów zapłakało...

Wielki alchemik Baruk potarł powieki i oparł się wygodniej. Podejrzewał, że oryginalna wersja tekstu znacznie się różniła od stylizowanego bełkotu, który czytał. Te staromodne, oklepane frazy wywodziły się z przejściowego wieku, gdy historycy próbowali ożywić dziedzictwo przekazywanych ustnie tekstów celem podkreślenia wiarygodności relacji naocznych świadków. Rezultat przyprawiał go o ból głowy.

Nigdy nie słyszał o Tysiącu Bogów. Wzmianki o tym panteonie nie można było znaleźć w żadnym kompendium poza Ciemnością i Światłem Dillat. Baruk podejrzewał, że autorka po prostu ich wymyśliła, co z kolei prowadziło do pytania, co jeszcze w książce było zmyślone?

Ponownie pochylił się nad woluminem, poprawił knot lampy i zaczął przerzucać kruszące się stronice, aż jego uwagę przyciągnął kolejny fragment.

W owych dniach wśród smoków trwała wojna. Wszyscy Pierworodni, poza jednym, ugięli karki przed ofertą K’rula. Ich dzieci – pozbawione wszystkiego, co miały odziedziczyć – pomknęły wielkimi chmurami ku niebu, opuszczając wieże, lecz nadal nie były zjednoczone w niczym poza odrzuceniem Pierworodnych. Pojawiły się wśród nich frakcje i na wszystkie Królestwa spadł czerwony deszcz. Szczęki zaciskały się na szyjach. Szpony rozpruwały brzuchy. Tchnienie chaosu oddzielało ciało od kości.

Anomander, Osserick i inni posmakowali już krwi Tiam, teraz zaś nadeszli kolejni, gnani gwałtownym pragnieniem. Z owego karmazynowego nektaru zrodziło się wiele demonicznych monstrów. Dopóki Bramy Starvald Demelain pozostawały otwarte, niestrzeżone i niekontrolowane przez nikogo, wojna nie mogła się skończyć i na wszystkie Królestwa padał czerwony deszcz.

Kurald Liosan była pierwszym królestwem, które zamknęło portal prowadzący do Starvald Demelain. Opowieść, która teraz nastąpi, mówi o rzezi, jakiej dopuścił się Osserick, oczyszczając swój świat ze wszystkich pretendentów i rywali, jednopochwyconych i zdziczałych Eleintów czystej krwi, a także przeganiając ze swej ziemi pierwszych d’iversów.

Wszystko to zaczęło się w chwili, gdy Osserick starł się z Anomanderem po raz szesnasty i obaj mieli krew na twarzach, nim wreszcie Kilmandaros, ta, która przemawia za pomocą pięści, podjęła się zadania rozdzielenia walczących...

Baruk uniósł wzrok, a potem obrócił się na krześle, by spojrzeć na gościa, który muskał sobie pióra na stole mapowym.

– Starucha, sprzeczności w tym tekście doprowadzają mnie do szału.

Ptaszysko uniosło głowę i otworzyło dziób, zaśmiawszy się krótko.

– Niby dlaczego? – zapytało. – Pokaż mi historyczne kroniki, które mają sens, a pokażesz mi czystą fikcję. Jeśli o nią ci chodzi, szukaj gdzie indziej! Mój pan zdecydował, że bzdury spisane przez Dillat będą świetnym dodatkiem do twojej kolekcji. Jeśli rzeczywiście czujesz się niezadowolony, ma w bibliotece mnóstwo innych głupot, i to tylko wśród ksiąg, które chciało mu się zabrać z Odprysku Księżyca. No wiesz, zostawił tam całe pokoje zapchane podobnymi śmieciami.

Baruk zamrugał powoli, starając się nie okazywać przerażenia.

– Nie, nie wiedziałem o tym.

Starucha nie dała się nabrać i skwitowała jego słowa chichotem.

– Mojego pana najbardziej rozśmieszyła wizja tego, jak padł na kolana i wezwał krzykiem Stu Bogów...

– Tysiąc. To jest Tysiąc Bogów.

– Wszystko jedno. – Wielki Kruk pochylił głowę i rozpostarł lekko skrzydła. – A także myśl, że poprzysiągł walczyć z Osserkiem. Ich sojusz rozpadł się z powodu narastającej wzajemnej antypatii. Klapa z Draconusem zapewne zadała mu śmiertelny cios. Wyobraź sobie, uległ podstępom kobiety, i to córki Draconusa! Dlaczego Osserc nawet nie podejrzewał, że jej motywy mogą nie być czyste? Ha! W każdym istniejącym gatunku samcy są okropnie... przewidywalni!

– O ile dobrze pamiętam Anomandarisa Rybaka, Pani Zawiść dokonała tej samej sztuki z twoim panem, Starucha – zauważył z uśmiechem Baruk.

– Ale on świetnie zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje – odparło ptaszysko, podkreślając swe słowa dziwacznym, gdaczącym dźwiękiem. – Mój pan zawsze zdawał sobie sprawę, że czasem konieczne są poświęcenia. – Starucha nastroszyła pióra barwy onyksu. – Pomyśl o rezultatach!

Baruk skrzywił się z niezadowoleniem.

– Jestem głodna! – zawołała Starucha.

– Nie skończyłem kolacji – poinformował ją mężczyzna. – Na tym talerzu...

– Wiem, wiem! Jak myślisz, dlaczego zgłodniałam? Zdumiewaj się moją cierpliwością, wielki alchemiku. Czytałeś i czytałeś bez końca.

– Jedz szybko, stara przyjaciółko, byś nie umarła z niedożywienia.

– Nigdy przedtem nie byłeś tak niedbałym gospodarzem – poskarżyło się ptaszysko. Wskoczyło na stół i nadziało na dziób kawałek mięsa. – Coś cię gnębi, wielki alchemiku.

– Wiele spraw. Rhivijczycy twierdzą, że Barghastowie z klanu Białych Twarzy zniknęli. Bez śladu.

– Zaiste – zgodziła się Starucha. – Zaraz po upadku Koralu i przejęciu władztwa przez Tiste Andii.

– Starucha, jesteś Wielkim Krukiem. Twoje dzieci unoszą się na wietrze i widzą wszystko.

– Być może.

– Dlaczego więc nie chcesz mi powiedzieć, dokąd odeszli?

– No cóż, jak ci wiadomo, Szare Miecze pomaszerowały na południe, do Elingarthu – odparło ptaszysko, okrążając krótkimi podskokami talerz. – A tam nabyły okręty. – Wielki Kruk przerwał i uniósł głowę. – Czy ujrzały ślad? Czy potrafiły za nim podążyć? A może pośrodku oceanu znajduje się wielka dziura wciągająca wszystkie statki w śmiertelną otchłań?

– Białe Twarze wyruszyły na morze? To nadzwyczajne. A Szare Miecze podążyły za nimi?

– Nic z tego nie ma znaczenia, wielki alchemiku.

– Znaczenia dla kogo?

– Dla twojego niepokoju, oczywiście. Zasypujesz pytaniami zmęczonego gościa, by na chwilę zapomnieć o zmartwieniach.

Od poprzedniej wizyty Staruchy minęły miesiące i Baruk doszedł z żalem do wniosku, że serdeczne stosunki łączące go z Synem Ciemności dobiegły końca, nie z powodu jakiegoś sporu, lecz chronicznego znudzenia typowego dla Tiste Andii. Opowiadano, że wieczny mrok panujący w Czarnym Koralu bardzo odpowiada jego mieszkańcom – zarówno Andii, jak i ludziom.

– Starucha, przekaż, proszę, swemu panu moje serdeczne podziękowania za niespodziewany, jakże hojny dar. Chciałbym go zapytać, jeśli nie jest to z mojej strony zbytnia śmiałość, czy ponownie rozważy złożoną przez naszą Radę oficjalną propozycję nawiązania stosunków dyplomatycznych między naszymi miastami. Delegaci czekają na jego zaproszenie i wyznaczono też odpowiednie miejsce pod budowę ambasady. To niedaleko stąd, w gruncie rzeczy.

– W posiadłości zniszczonej przez haniebny upadek jednopochwyconego demona – stwierdziła Starucha. Zrobiła sobie krótką przerwę na śmiech, po czym nadziała na dziób kolejny kąsek. – Brr, to jarzyna! Paskudztwo!

– W rzeczy samej, Starucha, chodzi o tę posiadłość. Jak już mówiłem, to niedaleko stąd.

– Pan rozważa rzeczoną prośbę i podejrzewam, że nadal będzie ją rozważał.

– Jak długo?

– Nie mam pojęcia.

– Czy coś go niepokoi?

Wielki Kruk, pochylony nad talerzem, uniósł głowę i przyglądał się Barukowi przez długą chwilę.

Wielki alchemik poczuł, że dopadają go lekkie mdłości. Odwrócił wzrok.

– A więc mam powody do obaw.

– Pan pyta: kiedy to się zacznie?

Baruk spojrzał na stos luźno oprawionych stronic, który był darem od Anomandera, i skinął głową. Nie odpowiedział jednak ani słowem.

– Pan pyta: czy potrzebujesz pomocy?

Wielki alchemik skrzywił się z niezadowoleniem.

– Pan pyta – ciągnęła nieustępliwa Starucha – czy rzeczona pomoc nie powinna być raczej potajemna niż oficjalna?

Bogowie na dole.

– Pan pyta: czy słodka Starucha powinna pozostać na noc jako gość Baruka, oczekując odpowiedzi na zadane pytania?

Coś zastukało do okna. Baruk wstał pośpiesznie i poszedł je otworzyć.

– Demon! – zawołało ptaszysko, rozpościerając lekko skrzydła.

– To jeden z moich – uspokoił je Baruk. Uchylił okno o żelaznych ramach i cofnął się o krok.

Odmrozin przecisnął się przez szparę, postękując z wysiłku.

– Panie Baruku! – pisnął. – Wyszła! Wyszła! Wyszła!

Wielki alchemik przed chwilą czuł się niedobrze, teraz jednak dreszcz przeniknął go aż do szpiku kości. Zamknął powoli okno i spojrzał na Wielkiego Kruka.

– Starucha, zaczęło się.

Demon zobaczył ptaka i obnażył ostre jak igły kły.

– Groteskowe monstrum!

Starucha zagroziła mu dziobem.

– Opasła ropucha!

– Uspokójcie się oboje! – warknął Baruk. – Starucha, tak, zostaniesz do rana jako mój gość. Odmrozin, znajdź sobie jakieś miejsce. Mam dla ciebie kolejne zadanie. Odszukam cię, gdy nadejdzie czas.

Przysadzisty demon pokazał Wielkiemu Krukowi rozwidlony język i poczłapał w stronę kominka. Wlazł na rozżarzone węgielki, a potem zniknął w kominie. W dół buchnęły kłęby czarnej sadzy.

Starucha się rozkasłała.

– Masz źle wychowanych służących, wielki alchemiku – poskarżyła się. Baruk jej jednak nie słuchał.

Wyszła.

Wyszła!

To słowo wypełniło swym brzmieniem jego umysł. Głośne niczym świątynny dzwon zagłuszyło wszystko inne, choć zdołał jeszcze pochwycić szybko cichnące echo.

...swego wiernego sojusznika, z krwią na twarzy i pobitego do nieprzytomności...

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: