Witold Tauman, „Surogat”

Witold Tauman, „Surogat”


Recenzowała: Małgorzata Ślązak

 

 

Ekstrakt z majaków. Jak przesadzić z surrealizmem

 

 (…) łapią gazety, magazyny, roczniki statystyczne, (…) A na każdy skrawek papieru znikający w jednych ustach przypada inny, wypluwany w uniesieniu przez drugie. „Katastrofalne podejście szkoły południowej do dziedzictwa szkoły zachodniej powoduje… natężenie u badanych zachowań niepożądanych i w skutki brzemiennych… szanowni doktorzy nauk medycznych, odczyt ten mam przyjemność zadedykować… Katar Katar Katar katarem zakatarzyć katarynka… reinterpretacja nauk zachodnich przez świeże umysły południa pozwoliła na postęp…”[1]

(…) łapią gazety, magazyny, roczniki statystyczne, (…) A na każdy skrawek papieru zamazany przez jednego, przypada sto innych przeżutych przez wielu. „Katastrofalne podejście współczesnych do dziedzictwa powoduje… natężenie u odbiorcy zachowań niepożądanych i w grymas brzemiennych… szanowni pisarze, recenzję tę mam przyjemność zadedykować… Pisać Pisać Pisać pisaniem zapiśmienniczyć pisaninka… reinterpretacja utartych wzorców przez senne umysły przyprawiła o zwątpienie…”

Którą wersję czytelnicy wolą?

Hm? A, że obie dziwne? Mhm, konfuzja.

Na dźwięk słów „proza awangardowa” tudzież „eksperyment literacki”, wypowiadanych (wypisywanych?) przez domorosłych pisarzy, rozmaici niedomorośli redaktorzy dostają zapewne bólu zębów. Głowy też. Albo nóg cierpnących w jednej pozycji pod biurkiem, zmuszonych poczekać, aż przez głowę (o ile cierpliwa) przebiją się tony tekstu „awangardowego”, z „ortografią własną” autora.

Istnieje też awangarda salonowa, czyli „im bardziej niezrozumiale, tym lepiej”, a już najlepiej bez fabuły. Mamy wreszcie trzeci jej rodzaj: rzekomo świeże pomysły, które pomyliły szeregi – zamiast występować w roli tylnej straży, pchają się do forpoczty. A rozpoznanie to robota nie dla każdego. Wyprzedzać epokę nie każdy może, już całkiem nieźle jest być o miesiąc przed innymi.

Nota wydawnicza Oficynki mówi nie tyle o książce Witolda Taumana – autora kryjącego się pod takim właśnie pseudonimem – co o grze literackiej i projekcie. I tu ostrożnego czytelnika zęby mogą lekko zaboleć. Bo w co dziś się gra? W to samo, w co już grano, a niekiedy i wygrywano. Żonglerka zużytymi motywami to trudna sprawa. Nowe wymyślić trudniej.

Tauman wydrukowanym omyłkowo amatorem nie jest. To widać, słychać i czuć. Widać – opanowany warsztat literacki. Słychać – własny słuch językowy autora. Czuć – inteligencję, bystrość, dowcip i spory potencjał twórcy. A także odwagę – bo odważnym i cierpliwym trzeba być, by słać do przepełnionych redaktorskich skrzynek „eksperymenty literackie”.

Trudno także mówić o salonach; nowość Oficynki przyczaiła się w eterze i nikt popularności „Surogatu” (czy może, z uwagi na treść – „Surogata”) nie podbijał i nie pompował. Niestety, grając na zużytych strunach, wpadł Tauman w szufladkę trzecią.

Trzydziestoletniego doktoranta F., średnio zamożnego inteligenta z perspektywą dobrej Posady (słowo to, jak również inne: Stanowisko, Dyrektor, Doktor, występują w książce zapisywane od wielkiej litery), poznajemy w groteskowej scenie psychicznego tłamszenia przez despotyczną ciotunię. Już ten krótki rozbieg podpowiada: „Aha, dziwacznie będzie”. I jest. O wiele dziwaczniej. Ciotka-despotka może być w zasadzie i sąsiadką, i szwagierką. To ciotka-typ: Dobrej Mamusi, Kochanej Teściowej, Nadgorliwego Babsztyla. Z kolei F., sygnowany do pewnego momentu tylko tym inicjałem, to idealnie bezbarwny everyman, literka bez człowieka. Pozornie zwyczajna scenka rodzajowa zamienia się w obrazek z absurdalnego snu, gdy F. oświadcza, że przed domem czekają, od dłuższego już czasu… kierowcy ambulansu. F. musi jechać do szpitala, chociaż nie bardzo wie, po co… Wkrótce otrzymuje miażdżącą diagnozę i zostaje Pacjentem.

Tę koncepcję przedstawiania postaci – poprzez rolę, nie przez charakter – kluczową dla całości powieści, determinującą zresztą jej kształt, autor utrzyma praktycznie do samego końca. Nie napotkamy w „Surogacie” odrębnych jednostek, lecz formy. Modele, łatki, stanowiska, narzędzia do pełnej odniesień literackich i kulturowych gry z czytelnikiem. A skoro o formie mowa, to…

Gęba-pupa-łydka-trafiony-zatopiony.

Struktura powieści odsyła nas w mocno surrealne, groteskowe i zbzikowane rejony. Gombrowicz, Witkacy, teatr absurdu – to wszystko będą odpowiednie skojarzenia. Celowo sztuczne, komiczne dialogi, układające się czasem w rymowanki, a nawet… zapis typowy dla form scenicznych, wpleciony w pisaną prozą resztę, przypomni wielu czytelnikom „Ferdydurke”. Ze znaną lekturą kojarzy się również treść: eksponująca głównie problem poszukiwania tożsamości. Czy też – odzyskiwania jej przez jednostkę już tak przemaglowaną przez szeroko pojęty system, iż sama nie widzi, że zgubiła w nim siebie. Problem krępujących wolność szablonów, generowanych przez społeczeństwo, wciskanych jednostce razem z biurokracją, rozdmuchaną ważkością szemranych autorytetów, terrorem akt, druczków i fiszek (kartotek?) – to właśnie pupy i gęby znane skądinąd. I nie bardzo się da ten problem rozwiązać – bycie poza społeczeństwem oznacza przecież bycie nikim. Człowiek sam nie nada sobie formy, nie ma takiej możliwości – cioteczki zaczną mu towarzyszyć prędzej czy później.

O ile stylem i wszechobecną groteską wywołuje Tauman z pamięci Gombrowicza, o tyle treść, gatunkowo bliska bizarro fiction i opowieściom grozy, równocześnie będąca ostrą satyrą obyczajową – przywodzi na myśl inny tytuł: „Proces” Kafki. F. to Pacjent, Józef K. to Oskarżony – etykietka zastępuje człowieka. Podobnie jak bohater „Procesu”, F. musi zmierzyć się z labiryntem coraz mniej realnych, a coraz bardziej koszmarnych miejsc i wydarzeń jak z piekielnego kalejdoskopu.

Szukając drogi do Dyrektora-cudotwórcy, absolutnego władcy szpitala, mającego uzdrowić cierpliwych chorych – F. przechodzi niejako przez niebo i piekło, przy czym niebo niekoniecznie jest tu słodko niebiańskie, a piekło nie do zniesienia. Można mówić o pewnym odwróceniu tych pojęć – to nie w piekle spotkamy stosowny wystrój. Sam dualizm jasnej i ciemnej strony mocy, odwiecznych dwóch ścieżek postępowania – drogą przyjemności lub cierpień i poświęceń – został przedstawiony wręcz zbyt wyraźnie. Jednak skuteczność tych dróg została podważona i wyśmiana, a prezentacji zarówno szpitala, jak i „piekielnego” Ogrodu dokonał autor w sposób przewrotny, ironiczny, odzierający ze złudzeń, że któraś z metod się opłaci. Przecież samo życie można nader prędko uznać za bezwartościowe i bezsensowne, skoro katar staje się Katarem, a choroba – chorobą śmiertelną.

Odniesienia do raju i piekła wiążą się z innymi o podobnej czytelności: Dyrektor mógłby być wizją Stwórcy, w osobie Pierwszego Brata można dopatrzeć się figury Chrystusa, Buddy, Lucyfera, ascetów, świętych i szaleńców Bożych. Nie są to w żadnej mierze sylwetki przyjazne: nieczułe, obce, mityczne, zwariowane. Zarówno droga religii, jak i droga nauki, obydwie będące wydaniem jakiejś wiary – czy to w mit, czy w intelekt – kończą się pętlą (tą drugą też). Nie pomogą autorytety, stanowiska, kultura i sztuka – w postaci Witolda Taumana (porte parole autora?) bez litości obśmiano „modnego pisarza”, człowieka ze świecznika, władcę dusz. Wtłoczeni w machiny przyzwyczajeń, utartych raz na zawsze sądów i wzorców zachowań – wszyscy jesteśmy tylko formami. Namiastkami. Surogatami. Ukryta furtka, boczna dróżka może i istnieje, lecz wymaga ofiar… i egoizmu – myśleć samodzielnie, to wybierać czasem tylko mniejsze zło.

Nielekkiej problematyce nie sprzyja niestety fakt, że… to już było. Świetna w kategorii pastiszu, jako autonomiczne dzieło literackie – powieść rozczarowuje. Gęsta od nawiązań i mrugnięć odautorskich, z pomysłową, nie tak często spotykaną narracją drugoosobową, ze zręcznie zaszytą autoironią (Tauman to jawna kpina z przeintelektualizowania środowisk literackich i wyraz dystansu do pisarskiego fachu) – okazuje się, niestety, tylko eksperymentem literackim. Tylko, nie aż. Zamknij tę przeklętą książkę, woła Tauman na jednej ze stronic. Można się zastanowić, czy tak rzeczywiście nie zrobić. Bo właściwie… po co nam podlana sosem dziwności efemeryda o tym samym?

Momentami sos jest zanadto zawiesisty i nie smakuje: opisy masy rozgniatanych pędraków (faktycznie, zawiesiście się robi…) czy konsumowanych wymiocin nie śmieszą, niewiele wnoszą, poza potęgowaniem efektu koszmaru; raczej brzydzą (choć jeśli ktoś znosi bądź lubi estetykę np. Klímy, powinien być uodporniony). Niekiedy autor odpływa na tyle (szczególnie w finale), że ze spójnej prozy zostaje ekstrakt gorączkowych myśli i sennych majaków. Robi się jak w dowcipie o Jasiu, który przyrządził sól z zupą. Z kolei w innych fragmentach, dialogach zwłaszcza – klucze interpretacyjne podsuwane są trochę nadgorliwie, szczególnie te do zamków satyry: jest za dosłownie, za często, za mocno. Powtarzanie tego samego razy pięć da pożądane, groteskowe przerysowanie. Razy dziesięć – zmęczy, osłabi przekaz, od rys popęka konstrukcja. Udźwignąć ją może jedynie dobra wola czytelnika, który zechce dotrwać do końca tej – niedużej przecież – książeczki. Tymczasem pisarz znacząco mu to utrudnia…

… i tu można upatrywać jeszcze jednej drogi interpretacji, która „Surogat” ratuje. I która sprawia, że napisanie książki równocześnie świetnej i kiepskiej można uznać za rzecz możliwą. Zrezygnuj z tego erzacu życia, (…) niech twoje Potem zacznie się już Teraz[2], mówi Tauman. Wikłając odbiorcę w układ, na który tenże odbiorca marudził będzie, ale ostatecznie nań pójdzie (czyli rzecz doczyta), pisarz świadomie balansuje na krawędzi literackiej zgrywy i robi czytającego w bambuko. Szpitalnym kombinatem staje się sama powieść, Dyrektorem autor, czytelnik zaś – uwięzioną w cudzych fantazmatach małpką. Nieprzypadkowo postać Kuby-szewca pojawia się w konkretnej roli i momencie – „Taktotu”, kontynuację „Surogatu” napisał Jakub Dąbrowski. Słowa projekt i gra zyskują swoje potwierdzenie. Ci, których „Surogat” nie zniechęcił po pierwszych stronach, powinni po kontynuację sięgnąć – ot, choćby pro forma.

 

Korekta: Grzegorz Hammer

 

 


[1] Cytat z recenzowanej książki, str. 74

[2] Cytat z recenzowanej książki, str. 128

surogat

 

  • Autor: Witold Tauman
  • Tytuł: Surogat
  • Wydawnictwo: Oficynka
  • Seria wydawnicza: Szpunt do Antałka
  • gatunek: bizarro fiction/groza/horror/proza współczesna/satyra/surrealizm
  • ISBN: 978-83-64307-06-5
  • Data wydania: marzec 2014
  • Wymiary: 121x194
  • Oprawa: miękka
  • Liczba stron: 141
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: