Terry Hayes, „Pielgrzym”

Terry Hayes, „Pielgrzym”


Recenzowała: Małgorzata Ślązak

 

 

Thrill me… Kill me.

 

„Wciągający i niepokojący. Zmusza do obgryzania paznokci”.

Graham Masterton[i]

Prawdziwy czytelnik musi w końcu paść trupem. Piszę: „musi”, gdyż zakładam, że niekoniecznie mu się to udało; na tę jedną książkę, która nas zabije, zatłucze, skrzywdzi, pokona, czekamy niekiedy bardzo długo, a czas przyszły wisi nad nami jak słodki pejczyk. A ten z kolei nie ma wiele wspólnego z niejakim Christianem G., oskarżonym o zbrodnie przeciwko literaturze.

Niektórzy padają trupem wiele razy i co poranek przeżywają zmartwychwstanie. Bądź też zmieniają się w zombie. Efekt podobny: czerwone, podpuchnięte oczy, włos sterczący na wszystkie strony, zdefasonowany manicure i wreszcie – niepokojąco nieobecny wyraz twarzy. Czy tam pyska. Czy mordy. Fizjonomii. Przecież książka mogła zmienić lico w ryło, oczy w ślepia, a ogryzione paznokcie w krogulcze szpony – strach pomyśleć, co zrobiła z ofiarą fantasy!

Czytelnik prawdziwy to zatem nieboszczyk.  Nieboszczyk ujęty fachowo to denat. Od denata blisko do śledztwa, od śledztwa do typologii zabójstw. Dobre książki uśmiercają w różny sposób: arcydzieła biorą na warsztat czytelniczą i moralną niewinność, którym skręcają kark. Świetne czytadła lubią wciągać i podtapiać. W obydwu wypadkach książka-uwodzicielka (niech będzie kobietą, w końcu to ona, nie on) ma w sobie tyle fatalnego uroku, że… Żegnaj, pogodo za oknem, stygnąca zupo, objuczona jak wielbłąd desko do prasowania, raporcie dla szefa! Tak, też mi się zdaje, że ostatni przypadek to wyjątkowo paskudne zagranie…

Wszystkich, którzy uwierzyli w zacytowaną wypowiedź Mastertona (Mastertonowi nie wierzy się z zasady, bo ma majaki i widzi flaki) – rozgrzeszam. Świadek miał rację, niczego nie podkoloryzował. A jeśli nie uwierzyliście, tym bardziej możecie czuć się wrobieni. Bo „Pielgrzym” podstępnie wyciągnie z Was energię.

Książka odebrała mi sen, podtopiła, a później strzeliła w łeb, pociskiem kalibru „Wow!”. Do tego – chociaż „Pielgrzym” nie reprezentuje „skandynawskiej ofensywy” (powieść napisał Brytyjczyk) – wytworzyła czytelniczą wersję syndromu sztokholmskiego. Mój morderca (tym razem to musi być on) okazał się na tyle pociągający i niepokojący, że wybaczam autorowi wszystkie wady jego debiutu. Debiutu. Zapamiętajcie ten szczegół, uważni Sherlockowie-recenzenci.

Flirtując z „Pielgrzymem”, nie wyczuwałam żadnej awantury. Raczej mdłą pogawędkę przy lurowatej herbatce. Poznawszy biogram autora, obawiałam się zbyt wielu rzeczy. Na przykład tego, że powieść okaże się ledwo podszlifowanym scenariuszem filmowym, pisanym z dziennikarską sprawozdawczością, w suchym, oszczędnym stylu. Taki styl sam w sobie nie jest wadą. Bo i jaka to powieść akcji: rozwleczona, barokowo wręcz przyozdobiona i upoetyzowana z wdziękiem nastoletniego blogera. Prawda?

Jednak styl taki może niebezpiecznie przerodzić się w manierę: pisanie bezpieczne, prawie bezstylowe, oszczędzające czytelnikowi szczegółów pejzażu, przez co akcja dzieje się wszędzie i nigdzie, zmieniające bohaterów w bezkształtną masę z papier-mâché… A któż czuje cokolwiek do takiej grudy…

„Pielgrzym” przyjemnie mnie zaskoczył. Nic z treści nie zostało ani sztucznie skondensowane, ani rozdęte. Powieść w całości wypełnia akcja, soczyste dzianie się, nic zaś nie dzieje się przypadkowo. Ciekawości czytelnika nie przytępiają nawet liczne tylko pozornie niepowiązane z całością retrospekcje. A owa całość, jako taka, została bardzo zgrabnie opisana. Autor posłużył się językiem idealnym dla książki z pogranicza sensacji, kryminału, powieści szpiegowskiej i thrillera: barwnym, opisowym, a przecież półprzezroczystym. Piszę „półprzezroczystym”, a nie „transparentnym”, gdyż – mimo uniwersalnego kroju i raczej bezpiecznej formuły (czytaj: szybko, zwięźle, prosto) – jest to narracja bardzo… fotograficzna. Nie malownicza, impresyjna, kreująca artystyczne wizje, lecz wiernie rejestrująca i archiwizująca rzeczywistość – czyli właśnie fotograficzna, reporterska. Ale nie nudna! Można oczyma wyobraźni filmować po kolei wszystkie sceny, zarówno w panoramie, jak i w zbliżeniach. Hayes opanował montaż literacki do perfekcji, w pełni wykorzystując dorobek dziennikarza śledczego i scenarzysty. Do miejsc, które opisuje, można się po prostu przenieść, chociaż pisarz skąpi piętrowych opisów.

(Tu Morderca wkroczył do korytarza…)

Czego jeszcze się obawiałam?

Intrygi splątanej tak, że sam twórca nie rozwiąże tego kłębka. Wachlarzu osobistości tak szerokiego, iż osobistości – czyli persony w zamierzeniu nietuzinkowe – nie przerodzą się w osobowości. Będą zaś nazwiskami bez cech charakterystycznych. Niewiarygodności samej historii, związanej z niedokładnym researchem, pominięciem lub naginaniem faktów. Nieumiejętnego powielania motywów (i zbrodnie doskonałe, i mordercy idealni, i spiski, i ludzie-cienie – było!). Nadludzkiego zdolniachy, herosa w osobie głównego bohatera (tu troszeczkę trafiłam), banału.

(Tu Morderca przyczaił się na progu sypialni… Zastanawia się – budzić recenzentkę i uprowadzić po dobroci, czy przedłużyć sen chloroformem…)

Szczegółowe wytknięcie błędów Hayesa to sztuka łatwiejsza lub trudniejsza w zależności od tego, jak dobrze czytelnik zna specyfikę gatunku. Parę wpadek uznałabym za drobne usterki, nie poważne luki konstrukcyjne, ale stopień marudzenia wzrasta wraz z poziomem oczytania. Truizm. Podkreślam go, by wskazać, że niejednoznaczność owych wpadek to bardziej zaleta, niż wada książki.

„Pielgrzym” ma bowiem fenomenalną cechę dobrych czytadeł: można się w nie wgryźć na różną głębokość, mniej lub bardziej ignorując nieścisłości, gdyż smakowita opowieść wgryzać się wręcz każe. Ot, co. To powieść, przy której miłośnik militariów, perorując na temat wielkości dziury w ścianie, zrobioną pociskiem kalibru takiego a takiego, dogada się z całkowitym laikiem w temacie. A fan sensacji z okazjonalnym odbiorcą historii tego typu.

Może razić niezniszczalność i wszechwiedza tytułowego Pielgrzyma. Nasz agent nie jest „po prostu” najlepszy w swoim fachu. To zbyt ogólne określenie. Pielgrzym to ulepszony, amerykański James Bond, a do tego świetny obserwator, wybitny psycholog, znawca sztuki i żeglarstwa, rekordzista w znoszeniu tortur i… narkoman (choć w całym śledztwie nie widać wyraźnych oznak nałogu).

Bardzo często autor używa też sztuczki, której powtarzalność zaczyna w końcu razić, a wygląda ona następująco:

  1. Pielgrzym ma ekstra plan;
  2. W ekstra planie coś pomija;
  3. Płaci za swój błąd…;
  4. …Lecz nie do końca, gdyż doznaje olśnienia.

Obok tych drażniących fuszerek można czepić się też mniej zauważalnych, jednak dla wprawnego oka łatwych do wyłuskania elementów odwieszających niewiarę, a dotyczących wiarygodności lektury. Czy rzeczywiście osoba umiarkowanie obeznana z Internetem, w zabitej dechami wiosce – da radę skonstruować śmiertelną broń biologiczną, polegając na informacjach z sieci? Czy rzeczywiście zdołano by wytropić, kogo wytropiono, posługując się tym a tym (szczegóły, z wiadomych powodów, zatajam)?

Pisząc o obawach, zdałam sobie jednak sprawę: nie do końca były one moje, a wdrukowane w umysł na użytek recenzji. Być może, gdyby nie pewne schłodzenie głowy, konieczne do analitycznej i rzetelnej oceny, zlekceważyłabym kompletnie i pytania, i możliwe odpowiedzi.

(Tu Morderca kompletnie uśpił czujność recenzentki. Recenzentkę samą, znaczy. Chloroformem, klasycznie. A potem porwał i oczarował. Pozamiatane.)

Pielgrzym, choć może nieco zbyt odporny i inteligentny, jest przede wszystkim człowiekiem. W pracy działa jak śmiercionośna maszyna, na co dzień okazuje ludzkie emocje. Banał? Pewnie tak, lecz rozsądnie zaprezentowany. Hayes nie przeciągnął struny i z twardego agenta nie uczynił popisującego się łzawymi monologami wewnętrznymi mięczaka. I na odwrót – nie wyprał agenta z uczuć. Niektóre mądrości Pielgrzyma są z tych trywialnych, do zapomnienia po lekturze, ale daleko im do memów z wizerunkiem Coelho. Stwierdzenie, że miłość nie jest słaba, a silna – proste i trafne – nie brzmi ani tanio, ani fałszywie. Hayes nie zawarł w książce – zaskoczeni? – żadnego wątku uczuciowego pomiędzy Pielgrzymem a filmową pięknością, żadnego też towarzyszącego takim wątkom „przerywnika erotycznego”. Jest za to w „Pielgrzymie” głęboka więź łącząca ojca i syna, brata i siostrę, uczciwa, szorstka przyjaźń kolegów po fachu. To literatura w najlepszy sposób męska. Solidna warsztatowo, mocna, ale nie wulgarna. Z bohaterami do zapamiętania, choć nakreślonymi głównie jako tło dla duetu: protagonista-antagonista. Jeden nie ustępuje drugiemu, kibicować możemy obu – obaj są piekielnie inteligentni, charyzmatyczni, budzący ciekawość i godni siebie nawzajem. Nawet jeśli autor dał Pielgrzymowi pewne cechy herosa nie do zdarcia, zrobił to z klasą. Nie brakło też elementów humoru; pokaleczona angielszczyzna dyrektora tureckiego hotelu, wspaniale przełożona przez Macieja Szymańskiego, funduje niespodziewany masaż przepony. A przecież w dalszym ciągu – hola! – siedzimy w pierwszorzędnym thrillerze. Sensacyjnej, przyprawiającej o zawrót głowy intrydze. Szpiegowskiej legendzie[ii]. Która bywa mroczna, jak na gatunek przystało, w której trup ściele się wystarczająco gęsto, a ostatnią ofiarą jest sam czytelnik – z przekrwionym okiem i bez paznokci… lub zakochany w mordercy, zabity na własne życzenie.

 

Napisz coś jeszcze, Autorze. Zabij mnie jeszcze raz.

 

Korekta: Katarzyna Tatomir


[i] Cytat-rekomendacja z okładki książki.

[ii] Jak możemy dowiedzieć się z „Pielgrzyma”, legendą nazywa się w CIA fałszywą, zbudowaną od podstaw tożsamość agenta.

Pielgrzym - minimalka

  • Autor: Terry Hayes
  • Tytuł: Pielgrzym
  • Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
  • Gatunek: kryminał/powieść sensacyjna/powieść szpiegowska/thriller
  • ISBN: 978-83-7818-527-7
  • Data wydania: 3 czerwca 2014
  • Wymiary: 135x215
  • Oprawa: broszurowa ze skrzydełkami
  • Liczba stron: 760
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: