Taylor Anderson „Przypływ”. Cykl Niszczyciel , część 5.

Taylor Anderson „Przypływ”. Cykl Niszczyciel , część 5.


Recenzował: Kamil Dolik

            Niesamowite opowieści zawsze oddziaływały na mnie niemal hipnotycznie. W dawnych latach nałogowo fantazjowałem o tajemniczych stworach, obcych światach i anomaliach o niepojętej naturze. Wyobraźnię tę podsycały nie tylko książki, ale i różnorakie filmy („Świat Zaginiony”, „Ląd, o którym zapomniał czas”, filmy Kaiju, pseudodokumenty o Trójkącie Bermudzkim) oglądane na VHS-ie czy dzięki – wtedy jeszcze raczkującej –  telewizji satelitarnej (po angielsku lub też w innym egzotycznym języku –  spolszczonych kanałów było wtedy jak na lekarstwo). Nieomal wierzyłem, że gdzieś tam, za horyzontem, istnieje nieodkryty dotąd skrawek ziemi, w którym natknąć się można na prehistoryczne stworzenia. Albo że wspomniany diabelski trójkąt to wrota do takiego właśnie świata. Cztery pierwsze części powieściowego cyklu Taylora Andersona w pewien sposób rozbudziły we mnie pamięć o tamtych dziecięcych fantazjach i dały równie sporo radości, co one. Nic dziwnego zatem, że gdy tylko pojawił się tom piąty, postanowiłem włączyć go do swojej kolekcji.

            Tak, to już piąty tom opiewający perypetie załogi niszczyciela USS Walker, która w czasie wojennych manewrów na Pacyfiku przez przypadek trafiła do alternatywnej rzeczywistości – świata niemal wyjętego z kart powieści Arthura Conana Doyle'a czy Juliusza Verne’a, w którym po dżungli hasają dinozaury, a po oceanach pływają gigantyczne statki-miasta tajemniczej cywilizacji lemurów. Powieść rozpoczyna się dokładnie w chwili, w której zakończył się poprzedni tom i kontynuuje niedomknięte w nim wątki (przy okazji wprowadzając zupełnie nowe – równie ciekawe i niekiedy zaskakujące). Nie da się ukryć – pełną przyjemność z czytania „Przypływu” będą mieć głównie osoby, które znają „W Oku Cyklonu”, „Krucjatę”, „Malstrom” i „Pomruki burzy” jak własną kieszeń (a przynajmniej pamiętają, co i jak się w nich działo). Pozostali Czytelnicy chcący zapoznać się z uniwersum wykreowanym przez Taylora Andersona, sięgając od razu po najnowszy tom, mogą kilkukrotnie poczuć się zagubieni (a przy tym ominie ich kawał fajnej historii zawartej na kartach poprzednich powieści).

            Pod względem stylu nie mamy tu do czynienia z żadną rewolucją, czy nawet ewolucją – to wciąż ten sam rzetelny poziom, co w poprzednich tomach, z przebłyskami geniuszu w przypadku opisów różnych morskich batalii (w końcu Taylor Anderson to znawca marynistyki, nie ma się co dziwić). Wykreowany przez Autora alternatywny świat nie traci nic ze swojej atrakcyjności – podczas czytania czuć, że został solidnie przemyślany i jest konsekwentnie rozwijany w kolejnych rozdziałach. Ma przy tym ten niezwykły, prymitywny urok, jaki cechował chociażby „Świat zaginiony” autorstwa twórcy perypetii pewnego znanego wszystkim detektywa.

            „Przypływ” nie przynosi z sobą znaczących zmian w charakterze i jakości snutej przez Taylora Andersona opowieści. To wciąż udana powieść przygodowa z silnie osadzonymi wątkami marynistycznymi. Polecam i z niecierpliwością czekam na kolejny tom.

 

Korekta: Aleksandra Żurekniszczyciel-przyplyw.1990776.2

 

  • Autor: Taylor Anderson
  • Tytuł oryginału: Rising Tides
  • Tłumaczenie: Radosław Kot
  • Data wydania polskiego: 2014
  • Wydawnictwo: Rebis
  • ISBN: 978-83-7818-486-7
  • Wydanie: I
  • Strony: 544
  • Format: 128x197
  • Oprawa: miękka
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: