Tad Williams, Deborah Beale, „Smoki ze Zwyczajnej Farmy”

Tad Williams, Deborah Beale, „Smoki ze Zwyczajnej Farmy”


Autor: maryla kowalska

Po rozwodzie rodziców Tyler i Lucinda mieszkają z matką, ojca widując jedynie od czasu do czasu. Kiedy zatem pani Jenkins wpada na pomysł wyjazdu na obóz dla samotnych, pojawia się problem opieki nad dziećmi. Ratunek przychodzi w postaci listu od dawno niewidzianego krewnego, Gideona, który zaprasza rodzeństwo na swoją farmę  – na całe wakacje. To znaczy, jest to ratunek dla matki Tylera i Lucindy; oni sami postrzegają to jako katastrofę. Czeka ich całe lato doglądania krów i kurczaków… a przynajmniej tak im się wydaje. „Zwyczajna Farma” nie jest bowiem wcale zwyczajna, pełno na niej dziwnych ludzi różnych narodowości i na dodatek wygląda na to, że wszyscy ukrywają coś przed młodymi przybyszami. Sam wujek Gideon wydaje się niezrównoważony psychicznie (mówiąc delikatnie). Rodzeństwo postanawia więc odkryć tajemnice Farmy na własną rękę.

Jeśli po tym wstępie oczekujecie słodkiej książki dla dzieci, w sam raz do poczytania na dobranoc, grubo się mylicie. Niech nie zwiedzie was pastelowa okładka i tytuły rozdziałów, jak choćby „Rozbrykane bułeczki” czy „Herbatka z cesarzową lilii”. Tytuł książki też jest sugestywny, ale żadna z tych rzeczy nie odzwierciedla prawdziwego ducha książki. Owszem, mamy tu smoki, ale jeden ma depresję, a drugi jest całkowicie dziki; tak czy siak, niedobrze jest się do nich zbliżać. Jednorożce? Proszę bardzo, ale uważajcie, bo zanim się zorientujecie, rozpłatają was tymi pięknymi, srebrzystymi rogami. Przy tym wszystkim bazyliszki wydają się wręcz pieskami kanapowymi. Nie chcę przez to powiedzieć, że książka duetu Williams – Beale jest przerażająca; nadaje się dla dzieci czy też raczej „młodej młodzieży”. Jest jednak na swój sposób niepokojąca. Pewna część umysłu czytelnika nie jest do końca przekonana, czy w książce dla naszych milusińskich wypada od razu w pierwszym rozdziale prezentować brutalne morderstwo na pliszce. Ale dzieci w końcu kochają makabrę, nieprawdaż?

Na wyjątkową uwagę zasługują bohaterowie książki. Każdy z nich jest, powiedzmy, wybitną indywidualnością i natychmiast zdobywa sympatię czytelnika. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, zarówno miłośnicy miłych olbrzymów, tajemniczych staruszków, jak i złych, acz pięknych czarownic. Nawet postacie zaprojektowane, by przerażać lub co najmniej budzić niechęć, w jakiś sposób trafiają do serca. Główni bohaterowie, Lucinda i Tyler, są zaskakująco prawdziwi w swoich kłótniach i solidarności przeciwko obcym. Z kolei ich rówieśnik, Colin, mieszkający na farmie, prezentuje skrajnie różne podejście do każdego wydarzenia, w którym uczestniczy rodzeństwo. Uświadamia czytelnikowi, że to, co dla Jenkinsów może być niezwykłą przygodą, w rzeczywistości jest potencjalnym zagrożeniem odkrycia farmy i wystawienia jej na atak mediów. To chroni książkę przed cukierkowo-słodkim podejściem pod tytułem: „Odkrywamy magiczny świat bez wad”.

Fabuła „Smoków…” jest idealnie wyważona. Każde przedstawione wydarzenie stanowi absolutnie niezbędny element całości. Biorąc pod uwagę, że jest to pierwsza część pięciotomowego cyklu, książka tworzy osobną, zamkniętą historię, ale też zostawia przestrzeń do rozwijania jej w kolejnych częściach. Autorzy nie popełniają też żadnego błędu przy zakończeniu: jeden rozdział więcej i czytelnik byłby znużony, jeden mniej – i pozostałby niedosyt. Jestem pod dużym wrażeniem warsztatu pisarskiego małżeństwa, choć niektóre dialogi – maksymalnie nastawione na naśladownictwo mowy codziennej – na papierze wyglądają nieco zabawnie. A skoro już przy zabawie jesteśmy, nie sposób nie docenić rzucanych mimochodem przez wujka Gideona żartów, których rodzeństwo Jenkinsów, jako przedstawicieli pokolenia komputerów, nie rozumie, ale które na twarzy uważnego czytelnika wywołają uśmiech.

Na tylnej okładce „Smoków…” wydawca zamieścił pochlebną opinię pióra Christophera Paoliniego. Chociaż z zasady nie zgadzam się z niczym, co autor „Eragona” powiedział czy napisał, w tym przypadku zmuszona jestem podpisać się pod jego słowami wszystkimi czterema łapkami: „Smoki ze Zwyczajnej Farmy” to książka „pomysłowa i tajemnicza” i ja także „nie mogę się doczekać kolejnej książkowej przygody”. Pierwszy tom cyklu jest absolutnie porywający i nie widzę w nim wad. W trakcie czytania uroniłam nawet łezkę z obawy o życie ulubionego bohatera, a przecież emocjonalne zaangażowanie czytelnika w fabułę już samo w sobie świadczy jak najlepiej o jakości książki.

Korekta: Natalia Bieniaszewska

Autor:Tad Williams, Deborah Bealesmoki_ze_zwyczajnej_farmy_qfant

Tytuł:Smoki ze Zwyczajnej Farmy

Data wydania:30 czerwiec 2010

Wydawnictwo:Rebis

Tytuł oryginalny: The Dragons of Ordinary Farm

Ilustracje: Greg Swearingen

Przekład: Jarosław Rybski

ISBN: 978-83-7510-365-6

Liczba stron: 400

Format: 132 x 202

Cena: 33,90 zł

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: