T. C. McCarthy, „Podziemna wojna #1. Genoboty”

T. C. McCarthy, „Podziemna wojna #1. Genoboty”


Recenzował: Kamil Dolik

Wojna. Wojna nie zmienia się nigdy.

Chociaż jej technologiczna otoczka ewoluuje, a areny zbrojnych rozgrywek przybierają inną formę, to natura wojny wciąż pozostaje ta sama – bezwzględna, brudna, gwałtowna. Wojna puka do drzwi niespodziewanie, wchodzi nieproszona, w najmniej oczekiwanym momencie, a na odchodnym zostawia zgliszcza, krew i łzy oraz trwały ślad w pamięci tych, których postanowiła pozostawić przy życiu.

Pewnego dnia wojna zawitała do Kazachstanu i wbiła się głęboko w jego trzewia. Powodem stały się złoża cennych kruszców, które zainteresowały największe światowe mocarstwa (tandem Rosja i USA, a jakże). Zaś nasz bohater ruszył śladami wojny, mając szczytny cel – zgarnięcie nagrody Pulitzera. Oscar Wendell nie jest żadnym super-spec-komandosem, tylko zwykłym dziennikarzem, który na linii frontu wywęszył znakomity materiał na reportaż. Dzięki wpływom, udaje mu się dostać do Kazachstanu (zwanego Kazem) i – przydzielony do jednego z lokalnych amerykańskich oddziałów – bardzo szybko trafia w sam środek działań zbrojnych.

Akcja powieści rwie z kopyta od pierwszych stron i nie ma tu miejsca na dłużyzny, w które mogłaby wkraść się nuda. Tu, co strona, coś się dzieje, a bohaterowie i miejsca akcji zmieniają jak w kalejdoskopie. Reporterska wyprawa szybko przeradza się w walkę o życie, w której nawet technologiczne gadżety nie gwarantują zbytnich forów. A tam, gdzie toczy się dramatyczny bój o byt, powinny być emocje.

 I są, chociaż zupełnie innego rodzaju, niż oczekiwałem.

Zapomnijcie o heroicznej opowiastce o futurystycznych komandosach i ich superzabawkach (chociaż zarówno żołnierzy, jak i wybuchowego sprzętu tu sporo). „Genoboty” to coś więcej niż historia batalii o ulokowane pod Kazem surowce, to zaskakująco złożona i głęboka opowieść o wewnętrznej przemianie człowieka, a zarazem swoisty manifest antywojenny. Autorowi udało się ukazać wojnę dokładnie taką, jaką przedstawiłem we wstępie recenzji – jako coś wyjętego z najmroczniejszych koszmarów, gdzie nie ma miejsca na tanie bohaterstwo. Są za to krew i łzy, o których nie pozwalają zapomnieć nawet najsilniejsze używki. Wojna w „Genobotach” nie nagradza medalami za odwagę, za to drąży ludzki umysł, łamie go na różne sposoby, poniewiera, sprowadza do krawędzi załamania. Powala na kolana, na glebę i pozwala przetrwać tylko tym, którzy są w stanie się z nich podnieść. Pozostałych czeka piach. Wszystko to zostało w powieści zobrazowane nadzwyczaj sugestywnie i z polotem.

Technicznej stronie książki ogólnie nie można zbyt wiele zarzucić. T. C. McCarthy umiejętnie opisuje kolejne etapy wojennej wędrówki naszego dziennikarza, wprawnie stopniuje napięcie i pobudza ciekawość Czytelnika. Co prawda autorowi zdarzają się chwile słabości, jednak na przestrzeni 460 stron jest ich na tyle mało, że nie rzutują istotnie na ogólną jakość powieści. Polski przekład jest bardzo dobry – można powiedzieć, że wydawnictwo stanęło na wysokości zadania.

Podsumowując, „Genoboty” stanowią udany początek trylogii. Mamy tu wszystko, czego można oczekiwać od tego typu powieści: intrygującą fabułę, bohatera z krwi i kości, akcję, odpowiednio dozowane napięcie i ciekawie skonstruowany – futurystyczny, a zarazem niezwykle realistyczny – świat (celowo pominąłem w recenzji jego pewne aspekty, jak choćby wątki związane z bioinżynierią i tytułowymi Genobotami – warto odkryć je samodzielnie i dać się zaskoczyć!).

Warto.

genoboty-qfant

Korekta: Urszula Pitura

  • Autor: T. C. McCarthy
  • Tytuł oryginału: Germline
  • Tłumaczenie: Małgorzata Koczańska
  • Data wydania polskiego: 2014-07-18
  • Wydawnictwo: Fabryka Słów
  • ISBN: 978-83-7574-911-3
  • Wydanie: I
  • Ilość stron: 460
  • Format: 125 x 195
  • Oprawa: miękka

 

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: