Steven Erikson, „Pył snów”, „Okaleczony Bóg”

Steven Erikson, „Pył snów”, „Okaleczony Bóg”


Recenzował: Łukasz Szatkowski

Dwa ostatnie tomy „Malazańskiej Księgi Poległych”, choć gabarytowo w niczym nie ustępują poprzednim, fabularnie stanowią jedną część, co Erikson sygnalizuje w przedmowie do „Pyłu snów”. Mamy zatem do czynienia z podwójnym, opasłym finałem tego monumentalnego cyklu, a to powinno zadowolić nawet najbardziej hardcorowych fetyszystów ogromnych książkowych cegieł, takich jak wyżej podpisany.

Finał ten, w swej zasadniczej części, opisuje podróż Łowców Kości i ich sojuszników z odbitego z rąk Edur Letheru do odległego i oddzielonego od świata przez niemal nieprzebyte pustkowie Kolanse, które od jakiegoś czasu zerwało wszelkie kontakty z ościennymi krainami. Do jakiej tragedii tam doszło i w jakim celu sprzymierzone armie uparcie prą w tamtym kierunku? To wie tylko Przyboczna i być może jeszcze kilku bogów, ale nie słyną oni z nadmiernej wylewności i trzymają wszystkie karty przy sobie. Czy wskutek tego dojdzie do buntu? Czy tajemnicza, ambitna misja zakończy się powodzeniem, czy klęską?

Do tej pory wszystkie wydarzenia w cyklu nie sugerowały żadnego ostatecznego celu, do którego zmierza ta długa, wielowątkowa opowieść. W przeciwieństwie do innych tworów tego typu, tutaj nie było żadnego oczekiwania na ostatnią bitwę, dążenia do odkrycia swych korzeni tudzież zdobycia jakiegoś tronu. Wątki rozwijały się i przechodziły w kolejne bez liniowości, bez wspólnego celu na końcu drogi. Na ostatniej prostej „Malazańskiej Księgi Poległych” okazuje się jednak, że nic bardziej mylnego. Choć osobiście nie jestem przekonany. Być może gdybym czytał cały cykl za jednym zamachem, a nie przez grubo ponad dwa lata, przetykając go wieloma innymi książkami, bardziej poczułbym odsłaniający się nagle ciąg przyczynowo-skutkowy. Tymczasem muszę uwierzyć bohaterom na słowo, gdyż wiele szczegółów, które mogłyby się okazać istotne dla sprawy, zatarło się już w mojej pamięci.

Tak czy owak, dwa ostatnie woluminy cyklu trzymają poziom całości, choć nie wnoszą do niego nic niespodziewanego. Zgodnie z dotychczasowymi doświadczeniami, męczyłem się nieco w rozdziałach poświęconych głównie istotom i rasom nadprzyrodzonym i starożytnym, zaś przez te opisujące perypetie ludzi (a zwłaszcza żołnierzy) przemykałem lekko i po wszystkim żałowałem, że już się skończyło. I jedną, i drugą ścieżkę, które zresztą wcale nierzadko się krzyżują, przesyca gorycz, a niekiedy rozpacz i poczucie beznadziei, ale śmiertelnicy lepiej radzą sobie z tymi przytłaczającymi uczuciami. Potrafią splunąć w twarz nędznemu losowi, rzucając przy tym jakąś kpiącą uwagę, kiedy większość długowiecznych pogrąża się w marazmie. Abstrahując od ludzkości jako takiej, Malazańczycy mają ponadto swoją dyscyplinę, poczucie wspólnoty i zaufanie do umiejętności własnych i swych towarzyszy, które to wraz z ich ludzką naturą nie pozwalają im porzucić nadziei i popaść w przedśmiertne odrętwienie. Piechota morska utrzymuje swoje pozycje.

W finale cyklu mamy ponadto do czynienia z interesującą rehabilitacją Okaleczonego Boga. Istota do tej pory przedstawiana w jednoznacznie negatywnym świetle, jako ta, która zatruwa groty, ciemięży ludzi i sprowadza na nich cierpienie, a w dodatku może się przyczynić do zniszczenia świata w jego obecnym kształcie, nabiera tragizmu, a nawet pewnej szlachetności. Żołnierze piechoty morskiej na pewno mieliby coś cynicznego do powiedzenia w kwestii uszlachetniającej roli cierpienia, ale zarówno ich ostatnia misja, jak i cała droga, tak Łowców Kości, jak i Podpalaczy Mostów, zdają się paradoksalnie potwierdzać tę banalną tezę. W końcu co, jeśli nie długotrwałe cierpienie, doprowadziło Podpalaczy Mostów do ascendencji? Biorąc to pod uwagę, trudno dziwić się tym, którzy w końcu stanęli w obronie Okaleczonego; tym, którzy zaskakująco ochoczo, nawet dla samych siebie, zostali żołnierzami jego armii i przez swoje cierpienie siłą rzeczy również jego wyznawcami.

Steven Erikson na koniec swojego opus magnum uderza w szczególnie gorzkie tony. Dozując w odpowiednich proporcjach patos, ponurą rzeczywistość i czarny humor, obnaża nieliczne blaski i znacznie częstsze cienie wojny. Ukazuje sposób myślenia ludzi, którzy muszą przyzwyczaić się do idei, że śmierć grozi im niemal codziennie, podobnie jak ich przyjaciołom-towarzyszom broni. Z punktu widzenia prostego żołnierza każde zwycięstwo jest pyrrusowe. Wentyle tworzone dla zachowania zdrowia psychicznego przyjmują niekiedy komiczne postacie, ale kiedy zdają sobie sprawę z ich przeznaczenia, nabierają przez to większego tragizmu.

Tak oto kończy się „Malazańska Księga Poległych”. Wiele wątków jednak aż prosi się o kontynuacje, co tworzy Eriksonowi furtki, z których najwyraźniej zamierza korzystać, jak widać na przykładzie „Trylogii Kharkanas” czy „Opowieści o Bauchelainie i Korbalu Broachu”. Autor nie mówi zatem „żegnajcie”, ale „do zobaczenia”. Do zobaczenia w Malazanie.

Korekta: Aleksandra Żurek

01134605

  • Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
  • Wydawnictwo: Mag
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: