Steven Erikson, „Przypływy nocy”

Steven Erikson, „Przypływy nocy”


Autor: Łukasz Szatkowski

W życiu wielu cykli przychodzi czas, gdy trzeba odpocząć od znanych widoków i ruszyć w nieznane, aby eksplorować nowe tereny, złapać orzeźwiający oddech. Steven Erikson zgodnie z tą regułą postanowił zmienić nieco dekoracje w piątym tomie „Malazańskiej Księgi Poległych”, przenosząc swojego czytelnika do świata zamieszkiwanego przez Tiste Edur, z którymi do tej pory nie mieliśmy, poza legendami, zbyt wiele do czynienia. O tym, jak z podobnym wyzwaniem autor sobie poradził, przekonać się można w „Przypływach nocy”.

                Starożytni Tiste Edur nie prezentują się zbyt okazale. Najwidoczniej zatrzymali się w rozwoju na etapie plemiennym, a tymczasem łakomym okiem patrzy na nich sąsiad – potężny, oparty na kulcie pieniądza Lether, który podbił już niejedno plemię. Edur otrzymują jednak niespodziewaną pomoc. Czy to wystarczy, by rozprawić się z ekspansjonistycznym sąsiadem? A nawet jeśli, to czy koszta tego wsparcia nie przeważą płynących z niego korzyści?

                Choć przestrzeń i prawdopodobnie czas fabuły zostały nieco przesunięte, to jednak „Przypływy nocy” nie są oderwane od wątków prowadzonych w poprzednich częściach, przynajmniej niektórych. Piątą część „Malazańskiej…” traktować można jako zapowiedzianą we wcześniejszym tomie opowieść Trulla Sengara, dzięki czemu z postaci drugoplanowej wysunął się na czoło, co jest dość charakterystycznym chwytem w prozie Eriksona. Jednak przynajmniej w moim odczuciu „Przypływy…” ustępują nieco czterem wcześniejszym tomom. Być może po prostu daje się odczuć brak moich ulubionych Podpalaczy Mostów.

                Erikson zestawia ze sobą dwie cywilizacje. Konserwatywnych Tiste Edur, żyjących wedle pradawnych zasad niezmiennie od wieków, oraz goniących za zyskiem i doczesnymi przyjemnościami Letheryjczyków przekonanych o własnej wyższości i uzasadniających swe krwawe podboje niesieniem cywilizacji dzikusom. Zapewne dla lepszego zobrazowania różnic autor wybrał na głównych bohaterów dwa rodzeństwa – braci Sengarów po stronie Edur i Beddictów po stronie Letheru. Choć z tym ostatnim nie do końca, jako że jeden z Letheryjczyków wspiera sprawę Tiste. Mamy jednak wiele porównań dotyczących zarówno wzajemnych relacji między braćmi, jak odmiennego stylu życia, sposobu myślenia i wszystkiego, co się z tym wiąże. Można powiedzieć, że Erikson wybrał sobie wzorcowych przedstawicieli obu narodów.

                Moja ulubiona postać z „Przypływów nocy” to Tehol Beddict. Jego wątek jako jedyny wynagradza brak Sójeczki i spółki. Zawsze lubiłem motywy ekonomiczne w fantasy, a taki tu właśnie mamy, choć trzeba przyznać, że zarysowany raczej pobieżnie. Generalnie wiemy, że Tehol jest biznesowym geniuszem i znamy fragmenty jego działań, ale to w zasadzie tyle. Erikson kreuje go jednak tak przekonująco, że gdybym nie analizował problemu dla potrzeb recenzji, pewnie nie zorientowałbym się, że autor tylko dotyka tematu, resztę pozostawiając do wypełnienia wyobraźni. Bardziej skoncentrował się bowiem na utworzeniu aury komizmu wokół tej postaci. Tehol wiedzie bowiem żywot ekscentrycznego nędzarza po swoim rzekomym bankructwie – śpi na dachu, jako opału używa fragmentów mebli, chodzi w ubraniach zrobionych dość nieudolnie przez swego równie osobliwego sługę, a jego skromny jadłospis może przyprawić co wrażliwszych o mdłości. Początkowo sądziłem, że to pewna poza mająca odwrócić uwagę od Tehola i jego ukrytych działań, ale nawet jeśli tak było, to poza ta przeszła już Teholowi w krew – nieważne, czy przebywa wśród ludzi, ze swoimi współpracownikami, sługą czy samemu, nie zmienia swojego zachowania. Jego rozmowy ze służącym (którego subwątek sam w sobie jest interesujący, a jego finał naprawdę zaskakujący) czy pracującą dla niego złodziejką-martwiakiem są szalenie zabawne i godne najwyższych pochwał. Dzięki nim można odetchnąć od zasadniczych, a ponurych tematów „Przypływów nocy”, czyli krwawych wojen, manipulacji bogów i pałacowych intryg.

                Mimo iż w mojej opinii Erikson w piątym tomie „Malazańskiej Księgi Poległych” nieco spuścił z tonu, to i tak jego cykl nadal pozostaje jednym z lepszych, jakie ma do zaoferowania fantasy. Przecież z pewnością powrócimy jeszcze do głównego splotu fabuły i poznamy dalsze losy Szybkiego Bena, Kalama i reszty. Taki przerywnik tylko zaostrza apetyt.

 

Korekta: Iga Pączek

tłumaczenie: Michał Jakuszewskiprzyplywy-nocy-qfant

tytuł oryginału: Midnight Tides

cykl: Malazańska Księga Poległych

wydawnictwo: MAG

data wydania: 6 marca 2013

ISBN: 9788374802888

liczba stron: 806

 

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: