Steven Erikson, „Bramy Domu Umarłych”

Steven Erikson, „Bramy Domu Umarłych”


Autor: Łukasz Szatkowski

Kiedyś fantastyka opierała się na opowiadaniach science fiction, lecz dziś są one w głębokiej defensywie gdzieś na dalszym planie, a triumfy święcą ich całkowite przeciwieństwa – potężne, wielotomowe sagi fantasy. Do najbardziej znanych należą zakończone niedawno „Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych” Stevena Eriksona. Wydawnictwo Mag dla przypomnienia wydaje ponownie cały cykl. Według planów kolejny tom ma się pojawiać co dwa miesiące. Póki co przyszła pora na tom drugi – „Bramy Domu Umarłych”.

Z pustyni Raraku dochodzą niepokojące pogłoski o nadchodzącej Apokalipsie, Siedem Miast jest na skraju rewolty. Tymczasem, cesarzowa Laseen w paranoidalnym geście wyjmuje spod prawa swojego najlepszego dowódcę i najbitniejsze oddziały, o których lojalność się obawia. Czy Imperium Malazańskie będzie musiało w końcu przełknąć gorycz porażki? A może poradzi sobie i z tym zagrożeniem?

„Malazańska Księga Poległych” jest jednym z tych cykli, które integruje nie główny bohater bądź ich ścisła grupa, ale świat. Świat w sensie politycznego układu, odrębnych ras, systemu magii. Erikson pokazuje, że nie jest przyspawany na stałe do postaci stworzonych na początku. W „Bramach…” czytelnik nie odnajdzie zbyt wielu spośród głównych bohaterów „Ogrodów Księżyca” (choć zapewne później powrócą) – za to na pewno doceni wielu nowych, z własnymi rozbudowanymi wątkami pobocznymi, które jednak splatają się wokół głównego pnia fabularnego. Ponadto, na czoło wysuwa się parę osób będących dotychczas nieco w cieniu opowieści, dzięki czemu mają okazję udowodnić, że nie są tylko z grubsza zarysowanymi, plastelinowymi statystami, lecz pełnoprawnymi bohaterami z własnym charakterem, motywacjami, bolączkami i całym bagażem doświadczeń, które składają się na człowieka (lub przedstawiciela innej rasy). Zdecydowanie mniejszą rolę odgrywają też w „Bramach…” Ascendenty, co znacząco zmniejsza… hmm… losowość, że zapożyczę termin planszówkowy, i pozytywnie wpływa na racjonalizację wydarzeń. Fantastyka fantastyką, ale jak co chwila schodzi z nieba jakiś bóstwo i mówi: koniec tego, takiego wała, teraz będzie po mojemu (zwykle za pomocą sług, opętania, artefaktów itp.), to zaczyna robić się nieco zbyt chaotycznie.

Nie oznacza to, że historia zrobiła się przez to prostsza i mniej obfitująca w zwroty akcji. Niemal wszystkie zwycięstwa „naszych” Erikson zaprawia goryczą. Gdy dobra passa przedłużała się, wywoływało to u mnie dreszcze. Wiedziałem, że w końcu się to skończy, a wyrównanie będzie tym okrutniejsze. I rzeczywiście, tchórzostwo, głupota, arogancja, wygodnictwo i zdrada wygrały, i doprowadziły do tak niesprawiedliwej rzezi, że aż przyszło mi na jakiś czas odłożyć lekturę, co by nie zniszczyć w zapamiętaniu książki. „Malazańska…” naprawdę potrafi wciągnąć.

Jako, że Steven Erikson swoim nazwiskiem promuje nowe wydanie „Czarnej Kompanii”, wskazując ten cykl Glena Cooka jako dzieło przełomowe dla fantasy, warto zwrócić uwagę na podobieństwa obu cykli. Pomijając upowszechniony już fakt sprowadzenia opowieści „do poziomu zwykłego człowieka, porzucając zużyte schematy królów, książąt i złych czarnoksiężników”, mamy w „Malazańskiej…” wiele subtelniejszych podobieństw. Nie wiem jaka jest w tym rola tłumacza (Michał Jakuszewski przekładał tak pierwsze tomy „Czarnej Kompanii”, jak i „Malazańską Księgę Poległych”), ale widać to chociażby w sferze imion-przezwisk bohaterów. U Cooka mamy: Konowała, Milczka, Goblina, Kruka czy Cukierka, u Eriksona − Sójeczkę, Skrzypka, Cichacza, Przechyła czy Prawdę. Zbyt charakterystyczne, by nie zauważyć podobieństw. Kolejna inspiracja Cookiem to kadrowi magowie – pomniejsi czarodzieje wspierający oddział swymi umiejętnościami. Owszem, są szanowani, ale nikt nie traktuje ich jak święte krowy, dowódcy nie chodzą wokół nich na paluszkach, a żołnierze nie boją się z nimi spoufalać, ponieważ ci magowie są przede wszystkim żołnierzami. Kulp, Tattersail czy Szybki Ben to twórczo rozwinięte (choć wprawdzie trochę mniej ekscentryczne) odpowiedniki Jednookiego, Goblina czy Milczka. I w końcu − figura wojskowego historyka. To już rzecz bardzo charakterystyczna. Znowu historyk ten to nie jakiś ledwo chodzący pan z brodą całe dnie siedzący nad książkami, ale jeden z żołnierzy, choć jego status jest dość skomplikowany. U Cooka Konował to nie tylko kronikarz, ale i medyk, poza tym jest oficerem niskiego szczebla, ale często pyta się go o radę i cieszy się szacunkiem zarówno dowództwa, jak i zwykłych żołnierzy. Eriksonowy Duiker to historyk imperialny. Taka jest jego szarża, co stawia go dość wysoko w hierarchii, ale raczej nie dowodzenia. Również doradza, jest chroniony chwilami bardziej niż sam dowódca, jednak choć zwykle nie bierze udziału w bezpośrednich starciach to obserwuje je z miejsc, które ciężko uznać za bezpieczne – niekiedy najlepszy punkt widokowy znajduje się w ogniu walki. Obaj są szalenie ważni, mają niebagatelny wpływ na morale, cieszą się posłuchem, ale i zwykłą sympatią. Dla żołnierzy w znacznym stopniu wydaje się być kojącym fakt, że choć może i zginą, to ktoś tę ich śmierć, bohaterstwo opisze i dzięki temu nie zostaną zapomniani. W końcu obaj zostają dowódcami, choć kariera Duikera w tej roli nie należy do długich.

„Bramy Domu Umarłych” Stevena Eriksona zdecydowanie dają radę, a są chyba nawet lepsze od pierwszego tomu cyklu. Doskonale skonstruowany konflikt, w którym czytelnikowi ciężko stanąć na stałe po którejś ze stron, gdyż po obu stronach występują zarówno postacie wybitne, jak i mierne czy wręcz złe, a każda ze stron ma swoje racje. „Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych” to epicka fantasy na zdecydowanie najwyższym poziomie.

 

Korekta: Paulina Koźbiał

Steven Eriksonbramy-domu-umarlych_qfant

Tytuł: Bramy Domu Umarłych

Data wydania: wrzesień 2012

Wydawnictwo: MAG

Tłumaczenie: Michał Jakuszewski

Tytuł oryginału: Deadhouse Gates

Cykl: Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych

ISBN: 978-83-7480-259-8

Liczba stron: 784

 

 

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: