Stephen King „Znalezione nie kradzione”

Stephen King „Znalezione nie kradzione”


Recenzował: Damian Drabik

Ubiegłoroczny debiut Stephena Kinga w gatunku powieści detektywistycznej okazał się sporym sukcesem. „Pan Mercedes” został ciepło przyjęty przez czytelników. Kolejny tom zapowiadanej trylogii był zatem tylko kwestią czasu, krótkiego czasu – zważywszy na tempo, w jakim King wydaje swoje kolejne powieści. Do księgarń zawitała właśnie książka „Znalezione nie kradzione”. Na jej przykładzie widać, że twórczość Kinga staje się coraz bardziej sztampowa i w pewnym sensie wyrachowana. Autor coraz mniej stara się o to, by zaskakiwać czytelnika, w jego powieściach jest coraz mniej miejsca na zwroty akcji i świeże pomysły. Są za to historie napisane dobrze, ale przewidywalne, poprowadzone podręcznikowo od A do Z. Właśnie taką opowieść znajdziecie również w najnowszej książce Stephena Kinga „Znalezione nie kradzione”.

Fabuła, podobnie jak w „Panu Mercedesie”, zaczyna się od morderstwa. W tym wypadku jednak od początku wiemy, kto za nim stoi. Z biegiem czasu dowiadujemy się coraz więcej o naszym antybohaterze, a także o „łupie”, jaki ze sobą zabrał podczas napadu na słynnego pisarza Johna Rothsteina. Morderca Morris Bellamy nie może jednak z tego łupu skorzystać, bo niemal natychmiast trafia do więzienia. Po ponad 20 latach młody chłopak imieniem Pete Saubers odnajduje skrzynkę ze zdobyczą Bellamy’ego. Nie wie jednak, że stary właściciel będzie próbował odzyskać swoją zgubę. Ich losy się przeplatają. W tym miejscu pojawiają się również bohaterowie znani z „Pana Mercedesa”.

Mimo że jest to trylogia o detektywie Hodgesie, to w „Znalezione nie kradzione” pojawia się on stosunkowo późno, bo dopiero w drugiej części powieści, i to po niemal 200 stronach. Dopiero wtedy książka zaczyna mocniej angażować i trzymać w napięciu. Wcześniej bowiem akcja rozwija się powoli i przewidywalnie. Ot, historia dwóch osób, które w swoim życiu natrafiły na twórczość Johna Rothsteina i zachwyciły się jego najsłynniejszą powieścią o Jimmym Goldzie. Obaj popadają w fascynację, która staje się dla nich niezwykle niebezpieczna. Bohaterowie powieści Rothsteina stają się dla nich ważniejsi niż prawdziwi ludzie. Doprowadza to ich do istnego szaleństwa. To powolna, pozbawiona momentów zaskoczenia opowieść o mocy iluzji. Dopiero w drugiej części książki, kiedy losy tych dwóch osób się krzyżują, całość nabiera wyrazistego tempa. Bohaterowie muszą wybrać, co uznają za cenniejsze.

Mimo wszystko nie jest to jednak powieść detektywistyczna w dosłownym znaczeniu. Nie mamy tu zagadki do rozwiązania. Od początku znane są nam motywy morderstwa. Jest to kryminał w bardzo szerokim sensie, choć nie trzyma on czytelnika w napięciu tak, jak inne dzieła tego gatunku.

Widać, że King otwarcie nawiązuje do własnej twórczości. W fascynacji Morrisa Bellamy’ego bohaterami powieści Rothsteina daje się usłyszeć echo „Misery”, w której przed laty King zawarł bardzo podobny motyw. Ponownie też podążamy za małym dzieckiem, któremu grozi niebezpieczeństwo, jak to było ostatnio chociażby w „Doktorze Śnie”. Autor luźno nawiązuje też do innych mistrzów literatury, czy to przemycając gdzieś nazwisko (jak pani „Stoker” – znawczyni horroru), czy całe wątki. Pomimo tego rodzaju zabiegów, puszczania oka do czytelnika, w czasie lektury da się odczuć pewnego rodzaju wtórność, a miejscami nawet znudzenie.

„Znalezione nie kradzione” to powieść znamionująca już pewne wyczerpanie talentu Stephena Kinga. Zagorzali wyznawcy autora z pewnością się ze mną nie zgodzą, uważam jednak, że obecnie „Mistrz Horroru” rozmienia się na drobne. Oczywiście jego najnowsza powieść przekona do siebie odbiorców, w końcu posiada wszystko, co trzeba, by zapewnić angażującą rozrywkę. Niemniej, po odłożeniu na półkę, szybko o niej zapomnicie.

Korekta: Katarzyna Tatomir

tytuł oryginału: FINDERS KEEPERSZnalezione nie kradzione
literatura anglojęzyczna
tłumaczenie: Rafał Lisowski
liczba stron: 480
ISBN: 978-83-7885-599-6
oprawa: miękka ze skrzydełkami
data wydania: 10 czerwca 2015

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: