Stephen King, „Worek kości”

Stephen King, „Worek kości”


Recenzowała: Maryla Kowalska

Po nagłej śmierci żony, pisarz Mike Noonan, przybity brakiem inwencji twórczej i depresyjną atmosferą swojego mieszkania, postanawia udać się na wakacje. Wybór pada na Śmiech Sary, dom letniskowy nad jeziorem Dark Score, gdzie wraz z Jo spędził najpiękniejsze chwile swojego życia. Na miejscu wszystko wydaje się jak dawniej: ciemna tafla cichej wody, sympatyczni, acz zdystansowani mieszkańcy mieścinki TR-90. Brakuje jednak Jo, ożywiającej domek swoim śmiechem, podobnie jak przed nią robiła to Sara Tidwell, mieszkająca w nim pieśniarka. Nigdy też nie rozlegnie się w Sarze śmiech Kii, wymarzonej córeczki Mike’a, która zmarła razem z matką. Pisarz stara się zapomnieć o własnej tragedii i zaprzyjaźnia się z trzyletnią Kyrą, której matka, podobnie jak sam Mike, niedawno owdowiała. Gdy wydaje się, że wszystko nareszcie zaczyna się układać, jak grom z jasnego nieba spadają ostrzeżenia sąsiadów: matka Kyry, Mattie, ma kłopoty i należy się trzymać od niej z daleka; przed śmiercią Jo była widziana w TR z przystojnym, barczystym mężczyzną, a pomoc domowa pracująca dla Mike’a nie ma zamiaru więcej przestąpić progu jego „nawiedzonego domu”.

Po takim wstępie, na dodatek sygnowanym nazwiskiem Kinga, wiadomo już, czego się spodziewać. Mamy do czynienia z klasycznym horrorem, czyli z gatunkiem, w którym King czuje się jak ryba w wodzie. Lektura „Worka kości” to prawdziwa frajda. Parafrazując pewnego gangstera, King mógłby powiedzieć: „Nie ma to jak stara szkoła, a ja jestem jej dyrektorem”. Napisany w ’98 „Worek…” to fantastyczna budowla, którą chciałby zwiedzić każdy fan horroru. W charakterze ozdób, zamiast stiuków i obrazów znajdziemy w niej, jak to u Kinga bywa, metafikcję: cudowne akapity o bólu i radości tworzenia, a także zwykłym życiu powieściopisarza i sztuczkach pozwalających przechytrzyć wydawców oraz czytelników. Pod ścianami, niczym małe myszki, śmigają nawiązania do innych powieści tego autora, zaczynając od „Gry Geralda”, a kończąc na monumentalnej „Mrocznej Wieży”. Także motywy występujące w „Worku kości” zdają się być tymi, do których King powraca najczęściej: nawiedzony dom i kwestia „życia” nawiedzonych przedmiotów i miejsc, miłość, przenikanie się wielu światów. King konstruuje budowlę jak zwykle ze znanych czytelnikowi elementów i robi to genialnie. Jednak mimo swojej fascynującej natury owa budowla jest ostatnią, którą chcielibyście zwiedzać samotnie. Pełno w niej mrocznych pokoi i gablot z mumiami za szkłem. Mike śpi, pracuje i odpoczywa w swoim wysłużonym domku letniskowym…, ale jednocześnie błądzi po domu duchów, co rusz natykając się na − mrożące krew w żyłach − byty z przeszłości. Możecie przygotować się na pełen zestaw klasycznych atrakcji, takich jak: stukanie w ściany, poruszające się przedmioty, korespondencja z duchami i opętania. A ponieważ King jest rzemieślnikiem najwyższej klasy, wszystko to, choć sprawdzone i użyte już nieraz, zagwarantuje czytelnikowi niejeden moment strachu i dobrej zabawy. Pomogą w tym bohaterowie, którzy w żadnym wypadku nie są tytułowymi „workami kości”, czyli postaciami mającymi za zadanie odegrać swoją rolę w powieści i zniknąć. Nie da się ukryć, że najlepiej prezentują się czarne charaktery. To dożywający w TR swoich dni − milioner Max Devore i jego sekretarka, Rogette. Tej mocno podstarzałej, a jednocześnie skończenie demonicznej pary, długo nie można wyrzucić z pamięci.

U fundamentów całej intrygi, niczym mroczna i zawilgła piwnica, leży oczywiście zagadka z przeszłości. Co ukrywała przed mężem Jo? Skąd biorą się kłopoty Mattie i dlaczego ktoś chce odebrać jej córeczkę? Czemu żaden z mieszkańców nie kiwnie palcem, by pomóc zaszczutej wdowie? I co z tym wszystkim wspólnego ma zwykła książka telefoniczna? Historia leżąca u podstaw nawiedzenia Śmiechu Sary jest równie przerażająca, co spotkania Mike’a z duchami i demonami zamieszkującymi dom. A może nawet bardziej? Wymyślona przez Kinga intryga, leżąca u podstaw walki Mike’a z duchami, mogła wydarzyć się – i obawiam się, że z pewnością wydarzyła się – w jakimś innym sennym, amerykańskim miasteczku. Jak sam King często podkreśla, życie jest bardziej przerażające od najwymyślniejszego horroru.

            Podsumowując, gorąco polecam Wam „Worek kości”, jeśli tylko odważycie się po niego sięgnąć. To jeden ze starych, dobrych, klasycznych „Kingów”, nieskażonych jeszcze melancholią najnowszych powieści. Tutaj przeszłość ma zęby i pazury, i powraca tylko w jednym celu: chce załapać się na danie, które najlepiej serwowane jest na zimno. Moim zdaniem, dla miłośników horrorów to lektura obowiązkowa.

 

Korekta: Paulina Koźbiałworek kości

  • Tytuł: WOREK KOŚCI
  • Autor: Stephen King
  • Tytuł oryginału: BAG OF BONES
  • Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
  • Wydawnictwo: Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz
  • Liczba stron: 608
  • ISBN: 978-83-7659-742-3
  • Oprawa: miękka
  • Data wydania: luty 2013
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: