Stephen King, „Joyland”

Stephen King, „Joyland”


Recenzowała: Maryla Kowalska

            Ćśśś... słyszycie ten ryk w oddali? To ryk tłumów miotających się w euforii po przeczytaniu nowej książki Kinga. Tłumów, które pragnęły nie tylko nowej książki Króla, ale też chleba i igrzysk. Od razu powiem Wam, że życzeniom stało się zadość: w „Joylandzie” czytelnik może znaleźć nie tylko czystą rozrywkę, ale też melancholijną strawę dla duszy pragnącej głębokich przemyśleń.

            Jak każdy dryfujący na zmiennej fali przypływów i odpływów gotówki student, Devin Jones podejmuje wakacyjną pracę. I to nie byle gdzie, bo w parku rozrywki o podnoszącej na duchu nazwie Joyland. „Kraina radości” okazuje się mało radosna: Devina rzuca dziewczyna, mała dziewczynka niemal dławi się przy nim na śmierć, nowo poznany przyjaciel okazuje się mieć przed sobą maksymalnie parę lat życia, a w Domu Strachów Joylandu ukazuje się duch zamordowanej tam dziewczyny. Jakby tego był mało, bez względu na porażające upały panujące tego lata, Devin musi nosić futro.

Brzmi ekscytująco?

Nie jest.

Ale to nie znaczy, że nie jest ciekawie.

            W pierwszej chwili zdaje się, że Stephen King serwuje swoim czytelnikom coś zupełnie innego od jego dotychczasowych powieści. „Joyland”, jak już wielu recenzentów przede mną piszczało w zachwycie, jest powieścią melancholijną. Narrator wspomina swoją młodość, „chmurną i durną”, dokładnie w tej kolejności, i ludzi, którzy mieli ogromny wpływ na ukształtowanie się Devina jako mężczyzny. Prostolinijne, ale i głębokie kontakty z ojcem, który był jednym z najważniejszych wzorców młodego człowieka. Znajomość z Lanem Hardym, kuglarzem z kuglarzy, pełnym uroku i wyrozumiałym, a zarazem prawdziwym macho. Związek z Wendy, przyjaźń z Mikiem i Annie, pragnienie poznania Lindy Gray. King zakreśla horyzont kontaktów i zdarzeń, które ukształtowały młodego człowieka i sprawiły, że z naiwnego chłopca opłakującego pierwszą miłość stał się młodym mężczyzną. Swoim zwyczajem dorzucił do historii kilka pistoletów, trupów i ducha, jednak główny ciężar opowieści spada na część obyczajową. „Joyland” jest tak naprawdę powieścią o życiu w latach siedemdziesiątych, o pracy w królestwie rozrywki i o – jakże by inaczej – dorastaniu. Szczypty horroru i kryminału rzucone tam i ówdzie są tylko pretekstem do zawiązania fabuły. I często widać, że są tym i niczym więcej: wątek Lindy Gray jest ekscytujący, ale urywa się w dosyć rozczarowujący sposób. Konfrontacja z czarnym charakterem spada na czytelnika jak grom z jasnego nieba, bez ostrzeżenia, jednocześnie zaś czytelnik jest w stanie wskazać złoczyńcę na długo przed Devem. Tak naprawdę problem nie polega na oczywistości rozwiązania, charakterystycznego dla prozy Kinga, tylko na braku napięcia. Są książki, w których czytelnik rozwiązuje zagadkę morderstwa, a mimo to pozostaje przykuty do lektury aż do ostatniej strony. Niestety „Joyland” do nich nie należy. Zastanawiałam się nawet, czy kończyć książkę, skoro jeszcze przed punktem kulminacyjnym poznałam wszystkie odpowiedzi. Powieść dokończyłam, ale rozczarowanie pozostało.

            Na obronę Kinga muszę powiedzieć, i jest to argument o dużej wadze, że „Joyland” prawie na pewno nie miał być książką przerażającą czy resetującą mózg czytelnika. To powieść-wspomnienie, a więc oparta na ładunku emocjonalnym. King sprawia, że zaczyna się tęsknić za czasami, gdy do ukochanego pisało się listy, a nie smsy, gdy samochody wciąż wyglądały jak pożerające benzynę smoki, a życie toczyło się niespiesznym torem w porównaniu do dzisiejszego tempa. „Joyland” jest wyrazem tęsknoty za młodością, i to niekoniecznie za młodością jego autora, bo ta melancholia jest zaraźliwa nawet dla młodych czytelników. Devin jest uosobieniem wszystkich młodych ludzi świata, niewinnych, oczadziałych z miłości, żyjących skrajnościami według zasady, że „każdy klakson jest jak symfonia, a każda łza jak wodospad rozpaczy”.

            I chociaż zaczęłam pisać tę recenzję z nastawieniem pod tytułem: „King napisał coś innego niż zwykle i nie podoba mi się to”, oczywiście myliłam się. King napisał dokładnie to samo, co zawsze: powieść opartą na starych dobrych pomysłach i kliszach, którymi jak zwykle umiejętnie rozegrał własną historię. Jak często mu się to zdarza, stworzył pean na cześć młodości i dorastania, a także lat siedemdziesiątych. „Joyland” tak naprawdę nie różni się bardzo od mojej ukochanej „Christine” albo znienawidzonego „Dallas”. Jest troszkę cieńszy. Mniej maskuje własną melancholię. I mniej epatuje elementami grozy i wątkami fantastycznymi.

            Już na koniec, słówko o polskim wydaniu. Miałam okazję przeczytać „Joyland” w oryginale i w porównaniu z nim wydawnictwo Prószyński i S-ka plasuje się naprawdę wysoko. Zrezygnowanie z oryginalnej grafiki amerykańskiego wydania wyszło książce na plus; jest zaprojektowane z myślą o całej serii książek Kinga wydanych przez Prószyńskiego i wraz z całym „stadem” świetnie wygląda na półce. Do tego ilustracja na okładce, nawiązująca bardziej do elementów horroru w książce, wygląda bardziej zachęcająco dla polskiego czytelnika niż skądinąd klimatyczna okładka oryginału, nawiązująca bardziej do tanich kryminałów z lat (niespodzianka) siedemdziesiątych. Jednym słowem: zmiany na tak. I tradycyjnie już w moich recenzjach, trochę o tłumaczeniu: cudowna rzecz. Pan Wilusz spisał się, odtwarzając specyficzną „gadkę” parku rozrywki, która w tak dużym stopniu tworzy klimat powieści, a która w pierwszej chwili mrozi krew w żyłach przy czytaniu oryginału.Joyland2_qfant

            Podsumowując, nowy King to swojego rodzaju gratka: niby to co zawsze, ale coś nowego i na swój sposób ekscytującego. To trochę jakby zamówić to samo danie co zawsze, ale w innej restauracji niż zwykle. Wrażenie jest ciekawe i w gruncie rzeczy pozytywne, ale wiecie co? I tak wrócę do mojej ulubionej restauracji. Tam, gdzie podają torty ze świeczkami z kciuków i kurczaka w zalewie z makabry.

 

Korekta: Iga Pączek

  • Tytuł Joyland
  • Autor Stephen King
  • Wydawnictwo Prószyński i S-ka
  • Przekład: Tomasz Wilusz
  • Oprawa miękka
  • Rok wydania 2013
  • Liczba stron 336
  • ISBN 978-83-7839-535-5
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: