Stephen King „Dziewczyna, która kochała Toma Gordona”

Stephen King „Dziewczyna, która kochała Toma Gordona”


Recenzowała: maryla kowalska

 

Dawno, dawno temu była sobie mała dziewczynka, która wędrowała przez las. Miała ze sobą trochę jedzenia w plecaczku i szła na przełaj, żeby było krócej. Szybko jednak zorientowała się, że „kto drogi skraca, ten do domu nie wraca”, a na dodatek, że jej tropem podąża głodny stwór. I ta dziewczynka wcale nie miała na imię Czerwony Kapturek.

Po rozwodzie rodziców Trisha i jej brat nie mogą mieszkać już z ojcem. Oboje tęsknią za nim, więc matka stara się o ich sympatię, fundując liczne wycieczki do lokalnych atrakcji turystycznych. Podczas jednej z nich Trisha, zmęczona ciągłą kłótnią brata i mamy, postanawia zwrócić na siebie uwagę, znikając na chwilę. Z chwili robi się pół godziny, a próba dogonienia rodziny przejściem na skróty zmienia spacer po szlaku Appalachów w ponadtygodniową walkę o życie.

Stephen King nie jest mistrzem zaskakiwania. Tworzy książki podobne tematycznie, stosuje w nich podobne chwyty i generalnie można by się pokusić o stwierdzenie, że wielokrotnie pisze tę samą powieść na kilka sposobów. „…Tom Gordon” wpisuje się w nurt jego twórczości, który nazwałabym surwiwalowym. Głównym problemem jest oczywiście kwestia przeżycia w wyludnionym, wyizolowanym środowisku (tutaj: w lesie, a na przykład w „Grze Geralda” w opuszczonym domku letniskowym). Dzięki temu horror staje się czymś, co może przydarzyć się każdemu pechowcowi. A czy jest coś straszniejszego niż świadomość, że „to mogłem być ja”?

Tytułowa dziewczyna jest absolutnie nieprzygotowana do walki o swoje życie, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Dziewięcioletnia dziewczynka odbywa ekspresową przejażdżkę diabelską kolejką górską, dla której finiszem może być jedynie odarta z jakichkolwiek złudzeń dorosłość. King zagłębia się w psychikę dziecka i jak na przyspieszonym filmie ukazuje proces dorastania. Czynniki zewnętrzne, które zwykle rozłożone są na wiele lat, w życiu Trishy zagęściły się do okresu tygodnia. Konflikt z rodzicami, potrzeba zwrócenia na siebie uwagi, usamodzielnienia, utrata wiary we wszechmoc i wszechwiedzę dorosłych, wreszcie dramat walki o życie… To wszystko nawarstwione w umyśle dziewczynki, wraz z faktem, iż mamy pełen dostęp do jej myśli i perspektywy, funduje czytelnikowi prawdziwy horror, do którego nie potrzeba nawiedzonych aut czy gości z kosmosu.

Dziecięce niezrozumienie świata w połączeniu z gorączką są w stanie zmienić ukochanego pluszaka w potwora z sennych koszmarów. Co zatem dzieje się, gdy sceną dramatu nie jest pokój chorego malca, a dziki las? King zaszczepia zarówno w Trishy, jak i w czytelniku pierwotne lęki przed ciemnością i samotnością, strach przed nieznanym i niezrozumiałym. Pozwala swoim ofiarom gotować się na wolnym ogniu podsycanym przypuszczeniami i szalejącą wyobraźnią. Trzaski gałązek za plecami dziewczynki mogą być odgłosami przechodzącego jelonka… Ale także Jego, ostatecznego wroga, tego, który czeka na każdego błądzącego wędrowca. Domysły Trishy, gorączka chorego ciała i zasiane przez rodziców wątpliwości co do natury Boga (boga?) i życia zlewają się w jedno, powołując do życia Boga Zagubionych. King żongluje zagadkami i stopniuje napięcie, aż sięga ono zenitu.

W przeciwieństwie do wielu autorów, którzy na tym poprzestają, King decyduje się jednak otworzyć drzwi i stanąć twarzą w twarz z grozą, ryzykując rozczarowanie czytelnika. Wbrew pozorom jest to jednak duża zaleta „…Gordona”, powieści w gruncie rzeczy pozbawionej nadziei i optymizmu. Jak często bowiem w życiu udaje się uniknąć stanięcia twarzą w twarz z ostatecznym? King wręcza czytelnikowi receptę na zachowanie godności. A co w tym wszystkim robi baseballista Tom Gordon? O tym będziecie musieli przekonać się sami.

Na koniec dwie uwagi. Gdy pierwszy raz zapoznałam się z „…Tomem Gordonem”, była to cienka broszurka sprzed jakiejś dekady. Dlatego wyobraźcie sobie moje zdumienie na widok trzystustronicowej książki! Wydawnictwo zastosowało chwyt przypominający studenckie pisanie esejów: czcionka „jak byk” i interlinia, na której można sadzić kartofle. Moim zdaniem to wada, dzięki której niepotrzebnie rozdmuchano rozmiar książki. Z kolei moja koleżanka jest zachwycona, bo może czytać w autobusie i nie gubi linijek. A że nie może schować książki po prostu do kieszeni, trudno. A Wy jak sądzicie, wada to czy zaleta?

Drugie potknięcie na szczęście łatwo przegapić, bo znajduje się na skrzydełku okładki. Za Trishą podąża potwór w „postaci zmutowanych zwierząt”. Doprawdy? Owszem, powieści Kinga najłatwiej można znaleźć na półkach z fantastyką i horrorami paranormalnymi. Kreatywny copywriter będący autorem tej notki może mi jednak wierzyć na słowo: „…Toma Gordona” tam nie uświadczysz. Podobnie jak „Dolores Claiborne” czy „Misery”, „…Gordon” zamieszkuje półki z horrorem psychologicznym. Po zmutowane zwierzęta zapraszamy do innej bajki. Choćby do „Czerwonego Kapturka” braci Grimm.

Gorąco polecam Wam „Dziewczynę, która kochała Toma Gordona” – jak chyba wszystkie powieści Kinga. To krótkie dzieło, jednak bynajmniej nie należące do tych najlżejszych. I chociaż możecie bez obawy czytać je w nocy, lepiej nie zabierajcie go w lecie pod namiot.

 dziewczyna, która kochała toma gordona

Korekta: Aleksandra Żurek

  • Tytuł: DZIEWCZYNA, KTÓRA KOCHAŁA TOMA GORDONA
  • Autor: Stephen King
  • tytuł oryginału: THE GIRL WHO LOVED TOM GORDON
  • tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
  • wydawnictwo: Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz
  • liczba stron: 304
  • ISBN: 978-83-7885-619-1
  • oprawa: miękka
  • data wydania: wrzesień 2013
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: