Snorri Kristjansson „Miecze dobrych ludzi”

Snorri Kristjansson „Miecze dobrych ludzi”


Recenzował: Kamil Dolik

Co jakiś czas uparcie węszę w sieci w poszukiwaniu informacji o polskim wydaniu „Płonących ziem”. Nie będę krył – w tematyce opowieści o wojowniczych ludach północy Bernard Cornwell ze swoim cyklem Wojny Wikingów, jak dla mnie, rządzi niepodzielnie. Chociaż czytałem sporo innych powieści opiewających losy nordyckich wojów, żadna z nich nie wywarła na mnie takiego wrażenia jak dzieje Uhtreda z Bebbanburga. Podczas ostatnich przeszpiegów zwędrowałem na stronę Wydawnictwa Rebis i wyhaczyłem tytuł „Miecze dobrych ludzi”. Krótki zarys fabuły nie pozostawiał wątpliwości – wikingowie znów będą czynić rozróbę na księgarnianych półkach. A że „Płonących ziem” na horyzoncie nadal nie widać, spragniony kolejnych przygód w świecie jednookiego Odyna bez zastanowienia zaklepałem sobie powieść Snorriego Kristjanssona do recenzji.

Akcja powieści rozgrywa się w drugiej połowie X wieku, w szarganej konfliktami Norwegii. Do ulokowanego na krańcach kraju Stenvik przybywa dwóch wędrowców – cwany (no, powiedzmy) zawadiaka Ulfar i – będący pod jego opieką – nieco nieogarnięty Gieri.
Ich celem jest nawiązanie nowych kontaktów handlowych. To pozornie proste zadanie szybko jednak idzie w niepamięć, gdy Ulfar wplątuje się w niebezpieczną kabałę. Stenvik jest bowiem rozrywane z zewnątrz i od wewnątrz przez różnego rodzaju konflikty. Z jednej strony po ostrza sięgają słudzy Odyna i spółki, z drugiej biją w tarcze nie mniej wojowniczy wyznawcy nowego, jedynego Boga.

Fabuła „Mieczy dobrych ludzi” początkowo prezentuje się przyzwoicie. Niestety, im dalej w las, tym bardziej bywa rozczarowująca. Jej największą wadą jest schematyczność, przez którą bardzo łatwo przewidzieć dalszy bieg wydarzeń. Brakuje tu efektu „wooow”, jakiegoś nagłego zwrotu, który autentycznie zaskoczyłby Czytelnika. Podobnie zresztą jest
w przypadku bohaterów biorących udział w przedstawionej przez Snorriego Kristjanssona zawierusze. Jest ich całkiem sporo, po odłożeniu książki na półkę trudno mi jednak wspomnieć chociażby jednego. Chociaż nie, jedna zapadająca w pamięć, całkiem udana postać się znajdzie (nie powiem kto) – reszta to bohaterowie typowo szablonowi, jakich pełno w tego typu literaturze. Niektórzy sprawiają nawet wrażenie skonstruowanych bez głębszego przemyślenia – chociażby Ulfar, początkowo sprawiający wrażenie całkiem przebiegłego,
a potem miotający się w labiryncie intryg jak dziecko we mgle.

W ogólnym rozrachunku „Miecze dobrych ludzi” to typowy średniak, po którego można sięgnąć, jeśli nie ma już w pobliżu innych pozycji o wikińskiej tematyce. Ma swoje plusy – jak ciekawe realia czy nieźle (miejscami) oddany klimat dawnej Skandynawii, jednakże potknięcia Autora kładą się cieniem na całości. Osobiście się na tym tytule zawiodłem, ale mam nadzieję, że kolejne tomy będą już lepsze. O ile? Czas pokaże.

 

Korekta: Aleksandra Żurek

Miecze dobrych ludzi

  • Autor: Snorri Kristjansson
  • Tytuł oryginału: Swords of Good Men
  • Cykl: Saga o Walhalli
  • Tom: I
  • Tłumaczenie: Paweł Laskowicz
  • Data wydania polskiego: 2014
  • Wydawnictwo: Rebis
  • ISBN: 978-83-7818-562-8
  • Wydanie: I
  • Strony: 352
  • Fromat: 150x225
  • Oprawa: klejona ze skrzydełkami
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: