„Science fiction po polsku 2”

„Science fiction po polsku 2”


Recenzował: Dariusz Barczewski

Naród, który wydał Stanisława Lema czy Janusza Zajdla – by wspomnieć tylko tych dwóch sztandarowych twórców, wcale nie umniejszając zasług długiemu szeregowi ich towarzyszy po piórze – powinien mieć szczególny sentyment do science fiction. Gatunek ten, kiedyś będący wymarzonym, szalenie pojemnym kanałem komunikacji elit intelektualnych z tkwiącymi w socjalistycznym uciemiężeniu „masami” zdaje się mieć najlepsze chwile za sobą. Nie inaczej ma się sprawa z czytelnictwem i pisarstwem jako takim. Nie oznacza to, że w science fiction jest głucho i nudno. Kilku twórców skutecznie zakotwiczyło się na rynku i ze zmienną regularnością prezentują nowe pozycje. Ponawiane od czasu do czasu z rozmaitych stron i przez różne wydawnictwa inicjatywy popularyzatorskie materializują się w postaci mniej lub bardziej opasłych tomiszczy antologii. Ich treść wykuwają nazwiska znane lub całkowicie anonimowe, względnie takie po środku: trochę już obudowane papierowym doświadczeniem, ale dalekie jeszcze od literackiego Olimpu. „Science fiction po polsku 2” to – zgodnie z cyfrą w tytule – drugie podejście wydawnictwa Paperback do tematu. Podobnie jak w przypadku zbioru z roku 2012, także i tym razem zawartość pozycji została ustalona w drodze konkursowej. Co ciekawe, nazwiska twórców nie pokrywają się z tymi z „jedynki”, zatem osoby zainteresowane przyjrzeniem się bieżącej kondycji polskiej science fiction mogą poszerzyć swoją znajomość godnych uwagi – lub też unikania – autorów. Zobaczmy, czy liczba dwanaście – tylu bowiem amatorów gatunku zmierzyło się z wyzwaniem – okazała się szczęśliwa.

Choć na okładce antologii widnieje wyskakująca z pudełka, nieco cybernetyczna dłoń z palcami ułożonymi w uniwersalnym znaku zwycięstwa, zawartość książki zaskakuje… dość gęstym pesymizmem. Pierwsze teksty zbiorku definiują klimat, wprowadzając nas w wizje umierającego świata zasiedlonego przez ludzi skazanych na szeroko rozumianą przegraną w starciu z losem. I tak otwierające „Science fiction po Polsku 2”Bajki Gigamecha” (Marcin Podlewski) przenoszą nas w nieokreśloną przyszłość, w której zbuntowana sztuczna inteligencja poprzez służące jej nanity zamienia Ziemię w… krainę rodem z baśni. Nanotechnologia kierowana szalonym, sztucznym umysłem przywołuje do istnienia postaci z opowieści Hansa Christiana Andersena czy C.S. Lewisa, kreując przy tym napędzaną zaawansowaną nauką magię (czyżby o to właśnie chodziło Arthurowi C. Clarke'owi?). Niedobitki ludzi toczą skazaną na niepowodzenie wojnę, bo czy można wygrać z dywizją dziewczynek z zapałkami lub batalionem podstępnych szewczyków? Następna pozycja, „Czytając w ogniu” (Marcin Mortka), jest mniej baśniowa, bliższa natomiast horrorowi czy klasycznej historii post-apo. Zagłada ludzkości – dla odmiany! – nastąpiła za sprawą marketingowego hoaxa, który wymknął się spod kontroli. Enigmatyczne, tworzone na poczekaniu przepowiednie miały być globalnym psikusem i… rzeczywiście nim się okazały. Takim z gatunku wrednych, bo dosłownych, z przynależnymi sobie okolicznościami towarzyszącymi w postaci tsunami, chorób i innych plag, ze szczególnym uwzględnieniem dobrych chęci.

Faza utajenia” (Marcin Wełnicki) to już typowe science fiction z ludzkością, która rozprzestrzeniła się po całej galaktyce i która… jest właśnie powoli, ale sukcesywnie niszczona przez tajemniczego wroga. Trochę technologii, żywa akcja i nie do końca sprecyzowany rejestr, gdyż finał opowiadania pozostawia nie tylko zakończenie otwartym, lecz wnosi również wątpliwości co do samej fabuły. Mimo wszystko jest to zapewne jedno z lepszych opowiadań w antologii.

„Dziewczynka ze strychu” (Anna Niznaj) to tekst, który razi… pulą straconych szans. Z jednej strony kompleksowy obraz przyszłości opisanej przez pryzmat korporacyjnej dominacji, z drugiej wątek bez mała kryminalny, obiecujący intrygi i tajemnice, ale finał – nie zdradzając szczegółów  – zdaje się być tymczasowy. Trochę jakby autorka skoncentrowała się na kreacji świata przedstawionego (interesującego), ale nie była przekonana, czemu to tło i powołane do istnienia postaci mają służyć. Efekt nie jest zły, ale mógł być znacznie lepszy.

„Miasteczko” (Anna Kańtoch) zdaje się być na pierwszy rzut oka młodzieżową historią detektywistyczną: z dziećmi w rolach głównych i potencjalnie banalną intrygą na osi fabularnej oraz zaledwie pojedynczymi, łatwo umykającymi spojrzeniu wskazówkami, że wszystko to jest zaledwie maskirowką. Co jest zatem właściwą treścią opowiadania? Prawdę odkrywa – nie do końca jednak – fabularny twist, w którego tle rozbrzmiewają – ponownie! – dzwony armagedonu.

„Łajka 2.0” (Magdalena Kempna) trąca strunę, chciałoby się powiedzieć, dla science fiction rdzeniową. Podróże w czasie. Było? Nie w takim wydaniu. Nie z perspektywy psa Sienkiewicza, który… ach, nie zepsujemy przyjemności z lektury tego krótkiego, ale celnego tekstu!

„Mazor. Poli-zło” (Tomasz Duszyński) odmienia rejestr, teleportując nas w rejony opanowane przez nowofalową fantastykę naukową dość sensownie ożenioną z cyberpunkiem. Jak to w przypadku takich pozycji bywa, wstęp jest kłopotliwy, rozwinięcie fascynujące, a zakończenie w pełni satysfakcjonujące.

Było już science fiction poddane baśniowemu liftingowi, pora na bajki zrobotyzowane. Ku chwale Lema powstali „Syntetycznie organiczni” (Mikołaj Maria Manicki) – historia z dystansem i mnóstwem kół zębatych, usmarowanych olejem przekładni oraz robotów (pardon: Robonautów) roztrząsających filozoficzne niuanse tego, co naturalne i tego, co syntetyczne. Jedna z lepszych perełek w zbiorze, czemu nie przeszkadza kilka parseków dzielących ten tekst od twardej literatury gatunkowej i cokolwiek barokowa stylistyka.

„Chinolo Tod” (Eugeniusz Dębski) to opowiadanie akcji, w którym zaglądamy przez ramię pewnej bardzo utalentowanej terrorystki, jednej z tych, dla których likwidacja plutonu przeciwników stanowi przecinek pomiędzy myciem zębów a śniadaniem. Dynamiczne, wciągające, przekonujące i obdarzone sprytnym twistem – mówiąc krótko: daje radę, choć ma się wrażenie, że tekst powstał nieco na siłę i jest zgrabną obudową treściowej próżni.

W „Machinatio lucis” (Tomasz Kaczmarek), pozycji, której fragment został użyczony tylnej okładce, przenosimy się do ultraodległej, posthumanistycznej przyszłości. Ludzie zrezygnowali już z ciał, egzystują w software'owym Niebie, którego cyfrowe przestrzenie ulokowane są w tajemniczym pojeździe zwanym Ultima Ratio (zakamuflowane nawiązanie do wojny?). Jak wszystko na świecie, a szczególnie w niniejszej antologii, dobre chwile Niebo ma już za sobą (tak jak i fizyczny, zdegenerowany świat). Jego istnienie stoi pod znakiem zapytania. Rozwiązanie, które kryje się gdzieś pomiędzy skrajnościami bytów fizycznych i wirtualnych, zwie się człowieczeństwem. I bywa, że boli.

W „Zabić łowcę” (Andrzej Zimniak) zanurzamy się w otchłań uporządkowanego szaleństwa, takiego, jakie może być jedynie domeną matematycznego geniuszu. Ainsa ma przed sobą ledwie godziny życia – została zabita (niemal, ale to już tylko kwestia chwil), aby nie stać się zagrożeniem dla istot, które mają wiele do ukrycia. A przed czystą matematyką wgryzającą się w samą osnowę wszechświata nie da się ukryć nic.

Antologia rozpoczęła się od motywów końca, nie jest zatem zaskakujące, że i na jej koniec mamy… koniec. „Dymy wśród gwiazd” (Rafał Dębski) to fantastyka w rozumieniu zbyt szerokim jak na stosunkowo wąskie widełki gatunkowe science fiction. Miejsce wydarzeń to powstańcza Warszawa – morze ruin i garstka walczących jeszcze bojowników z wolna rzedniejąca i ustępująca pola oprawcom. Jakub – kat, morderca i… lekarz zszywający do kupy dzielnych, pełnych poświęcenia ludzi – napatrzył się już naśmierć w ciągu paru setek lat swojego istnienia. Tak, nasz małodobry (skądinąd postać u Dębskiego etatowa) ma na karku więcej krzyżyków niż wygląda. Czy jednak katastrofa powstania i ideałów, które za nim stoją, nie będzie przysłowiowym jednym mostem za daleko dla jego psychiki?

„Science fiction po polsku 2” to antologia zróżnicowana pod niemal każdym względem. Dobrani do ekipy autorzy zaprezentowali odmienne podejście do postrzegania gatunku: od humorystycznego i pełnego dystansu, po bardzo hardcore'owe, ciasno splecione z nomenklaturą zaawansowanej nauki; od literatury klasycznej, uniwersalnej w formie, po utwory niszowe, do których odczytania konieczne są palniki plazmowe i spora cierpliwość. Jak zostało już wspomniane, dominuje tylko jeden wyróżniający się motyw: szeroko rozumiana zagłada, koniec, kres. Ten swoisty pesymizm nie wydaje się, na szczęście, być czynnikiem zakaźnym: nie o psucie humoru czytelnikom tutaj chodzi, ale raczej o ukazanie możliwych finałów niemożliwych do przewidzenia dróg wiodących gatunek homo sapiens w przyszłość. Warto podkreślić, że praktycznie żaden z tekstów nie odbiega poniżej pewnego sensownego poziomu - niezła jakość słowa pisanego zawartego w antologii stanowi zatem jedyną naprawdę wspólną cechę wspólną dwunastu opowiadań, a brak absolutnej lokomotywy, która rozjechałaby czytelnika po torach jego wyobraźni, jest zaledwie drobną niedogodnością wobec perspektywy kilku godzin bardzo przyjemnej lektury.

Korekta: Iga PączekSF2okladka

 

  • wydawnictwo: Paperback
  • data wydania: 14 listopada 2013
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: