Sarah Waters, „Złodziejka”

Sarah Waters, „Złodziejka”


Recenzowała: Małgorzata Ślązak

 

 

Opowieść zbyt niesamowita

Popularna już i doceniona „Złodziejka” była dla mnie pierwszą stycznością z twórczością Sarah Waters. Skuszona podróżą po szlaku wieloznacznych tropów, w głąb prozy intrygującej i gęsto utkanej, zawędrowałam do literatury rzeczywiście osobliwej, trudnej w klasyfikacji i po prostu dobrej. Ostatni przymiotnik, najbardziej banalny i w istocie niewiele mówiący, należy tutaj szczególnie podkreślić: w skali ocen „Złodziejka” znalazłaby się w tej lepszej, górnej części. Pytanie, jak wysoko. Co otrzymamy, nastawiając się na lekturę wybitną?

Całkowitą ocenę „Złodziejki” utrudnia jej niejednorodność; Waters zmieszała w niej kilka gatunków i pomysłów. Sympatia do którejś z domieszek może dać oczko lub dwa więcej. Waters nieźle gra z konwencją oldskulowego dreszczowca. Czy sięga głębszych sensów jako takich? Chęć traktowania książki holistycznie może obnażyć wady tytułu, niedostrzegalne w granicach gatunku.

Utwór Waters jest i nie jest równocześnie: kryminałem historycznym, thrillerem, powieścią obyczajową czy też obyczajowo-społeczną, literaturą LGBT. Fakt, że wymyka się prostemu „metkowaniu” niewątpliwie stanowi zaletę. Szczególnie, jeśli wziąć pod lupę ostatni z wymienionych tagów, forsowanych w mediach niejako na siłę; na całe szczęście, „Złodziejka” nie jest manifestem naprędce ubranym w fabułę. Wątek homoerotyczny, nagłośniony jako charakterystyczny dla autorki, nie przesądza o jakości jej słynnego dzieła, mimo że pozostaje znaczący. Jest subtelny, niejednoznaczny, wiarygodny i mocno związany z całością. Ta zaś w dużej mierze opiera się na uniwersalnych wartościach dobrej książki – która rodzi się jako opowieść, dopiero później trafia w szufladki.

„Złodziejka” jako kryminał lub thriller jest powieścią wyśmienitą. Intrygę splotła Waters tak misternie, że niebezpiecznie byłoby napomknąć tylko ciut więcej o treści. Sama w sobie, jest fascynująca: skomplikowana, przewrotna, mroczna, pełna tajemnic, zwrotów akcji, twistów, odcieni, temperatur. Tego oczekiwalibyśmy od wszelkiej maści zagadek z dreszczykiem. Zręczne igranie z uwagą, spostrzegawczością i nastrojami czytelnika upodabnia Waters do swojej słynnej rodaczki, Agathy Christie.

Pytania „kto zabił?”, ślady zbrodni, dzielnych detektywów zastępuje jednak w „Złodziejce” materia „kryminologii duszy”. Jednym z powracających motywów jest zagadnienie „złej krwi”. Czy z ziarna niegodziwości może wyrosnąć coś dobrego? Jeśli dodatkowo nie sprzyja mu woda, gleba i powietrze? Zła ziemia nie rodzi dobrego owocu. Złe owoce pozostawiają podłe ziarna. Z tych wyrastają nowe rośliny… Spirala złowrogo się nakręca. Rodzimy się i umieramy ze skazą, przenosząc ją po drodze w nowe pokolenia. Ukryta na jakiś czas, schowana, przypudrowana, przystrojona – skaza w końcu się pokaże. Zadrażni pełną hipokryzji moralność tych rzekomo dobrych. Również skażonych. Przypomni im własne, nieciekawe oblicze. Sprowokuje, zachęci do popuszczenia gorsetu. Do złośliwości, mściwości, sadyzmu.

Złą ziemią dla zepsutych bohaterów Waters jest wiktoriański Londyn: miasto brudne, ponure, niebezpieczne i pełne nędzy. W takim środowisku nie ostoi się nic dobrego, czystego, niewinnego. Sadza osiada na budynkach jak grzech na dnie dusz. Tamiza pełna jest śmieci, tak samo jak sumienia. Wbrew pozorom, pisarka ani nie oskarża, ani nie umoralnia nikogo. Gorliwi poszukiwacze feministycznej krytyki społecznej mogą pewien jej rys odnaleźć. Czy aby na pewno byłby to jednak silny cios szpilką w patriarchat?

Waters, owszem, nie pochwala społeczeństwa, w którym los kobiety należał do mężczyzn: ojców, braci, wujów, opiekunów, później mężów i bezdusznych lekarzy psychiatrów, trzymających żony i narzeczone nie tyle w szpitalach, co więzieniach, pozbawione praw i zwyczajnej ludzkiej godności. Bezlitośnie obnaża też tragiczną dolę sierot, biedaków i słabszych w prawdziwym mieście-piekle, zaskakująco skutecznie skrywanym przez lata za widokówką sentymentalnej stolicy, z panami w melonikach i romantycznym światłem latarń. Trudno mimo to powiedzieć, by uderzała bezpośrednio w rzekomego sprawcę tej całej strasznej krzywdy: białego mężczyznę, nieczułego samca. Fakt, najgorsze charaktery mają w „Złodziejce” akurat panowie. Kobiety, choć sprytne grzesznice, intrygantki i manipulantki, są bardziej skomplikowane i zdolne do uczuć wyższych. Miewają skrupuły i autentyczne, żarliwe, choć nie zawsze racjonalne motywacje. Przy tej samej, a nawet większej inteligencji są w stanie zrobić to, czego mężczyźni nie potrafią: przyjrzeć się zaszczepionej skazie, spróbować ją usunąć, a jeśli się nie uda – sprawa to bowiem przegrana, zło weszło pod skórę – pielęgnować to, co obok skazy. Całą resztę istniejącą mimo niej. Innymi słowy, umieją powalczyć o siebie.

Takiej umiejętności męscy osobnicy – dysponujący wolnością dla kobiet niedostępną – nie mają lub nie chcą się nauczyć. O ile całkiem nie zwyrodnieli, starają się jedynie zatuszować wadę. Amoralne kobiety w końcu budzą sympatię bądź współczucie. Mężczyźni – wywołują jedynie zgrzyt zębów. Okrutny ekscentryk, zboczeniec, furiat, maminsynek, tchórz bądź socjopatyczny przestępca – u Waters czekają na nas takie oto typki. Woda na młyn dla czytających „Złodziejkę” ze wskazaniem (koniecznie na lewo).

Dysproporcja i stronniczość w obdzielaniu przywarami obu płci nieco irytuje. Nie narzuca jednak odbioru powieści. Odpowiednio podlane, zło wykiełkuje w końcu w każdym. Nie zakładaj, że w biedzie podzielisz się bułką. Załóż raczej, że ją ukradniesz. Nosisz w sobie skazę, jak my wszyscy.

Ukraść można wszystko. „Złodziejka” to nie tylko dziewczyna o zbyt lepkich palcach. U Waters zwykli ludzie – może trochę biedniejsi, trochę cwani, nieco mniej wrażliwi – dość szybko potrafią się zamienić w bezwzględne, łupieżcze potwory. Okraść, obedrzeć drugiego dosłownie ze wszystkiego: zdrowia, godności, a nawet… przeszłości. Zaczyna się niewinnie: odpruwaniem guzików od „zagubionej” bielizny pani, zdejmowaniem tłuszczu z dań, kradzieżą kieszonkową na ulicy. Kończy – chciwością bez granic; twoje jest to, co umiesz zawłaszczyć.

Przerażająca taka rzeczywistość. Smutna i niedająca złudzeń, że ktoś faktycznie mógłby być bliźnim. Raczej wrogiem lub „tylko” pasożytem. W czytelniku wrażliwym, szczególnie wrażliwym moralnie, musi budzić sprzeciw, wewnętrzny opór przed tą arcymolową tonacją, rękawicą rzuconą wszelkiej pomyślności i ufności w gatunek homo sapiens. Własna empatia prowadzi w pułapkę; sympatie i więzi z bohaterkami dość szybko trzeba zrewidować. Działania, które dałyby się jeszcze uzasadnić walką o byt, podejmowane są z wygodnictwa, cwaniactwa i braku skrupułów. Zła krew kiedyś się odezwie… Zamiast z nią walczyć, lepiej z niej skorzystać. Słabi nie dadzą sobie rady.

Podobny pomysł na powieść nie raz okazał się strzałem w dziesiątkę. „Literatura brzydka” – trudna, brudna i kontrowersyjna – miała i ma swoich zwolenników. Zasłużenie zresztą. Sztuka musi czasem walnąć między oczy. Opluć i sponiewierać odbiorcę, wyrywając ze zgnuśnienia. Niekiedy trzeba wrzasnąć.

Problem jest wtedy, kiedy wrzeszczą wszyscy.

Prowokacja chwytem już ogranym, a młodym pannom nikt nie wybiera przyzwoitych książek. Czas podziału na szlachetnych i szwarccharakterów dawno minął. Mimo to da się zauważyć swoistą modę na draństwo, trend do kibicowania nikczemnikom, sympatię dla brutalności i ciemnych spraw. Rzeczy udane muszą być ostre, co zauważyli producenci i scenarzyści hitowych seriali, gromadzących przed odbiornikami tłumy widzów. Waters mimo woli wpisuje się w ten schemat, co równocześnie jej służy i szkodzi.

Pozytywną stroną przyjętej optyki jest wyraźna brytyjska aura spowijająca tę powieść, czytelna szczególnie dla miłośników tematu. Północny, mroczny smaczek, w połączeniu z groteską i czarnym humorem (Johna i Wątłej sposób na psy[i]), utrzymuje „Złodziejkę” w charakterystycznym, wyspiarskim klimacie, którego specyfikę albo się lubi, albo… cóż, odrzuca. Upodobanie do mrocznego gotycyzmu z jednej, ironii i nonsensu z drugiej strony, zrodziło angielską miłość do przejaskrawiania, udziwniania i krzywych zwierciadeł, których wyrazem choćby Alicja Carrolla czy rymowane makabreski Edwarda Goreya. Ten specyficzny gust nie wziął się znikąd. Wiktoriański „zimny wychów” zabił starsze siostry Brontë, hipokryzja małżeńska (żona-anielica, kochanka-diablica) uprzedmiotowiła tysiące kobiet, mnóstwo skazując na prostytucję i nędzę, a kobiecą seksualność utożsamiła z grzesznością. Archetypowy „straszny mieszczanin” rzeczywiście istniał, nie tylko w Londynie. Zaskakująco długo jako gatunek uczyliśmy się szacunku do dzieci, kobiet i zwierząt. Niektórzy uczą się do dziś. Przytułki i szpitale dla nerwowo chorych niekiedy rzeczywiście przypominały lochy. Tę estetykę miejskiego piekła wykorzystał również Michel Faber, autor „Szkarłatnego płatka i białego”. I on, i Waters popełnili ten sam błąd: intensyfikując odcienie szarości, szczery turpizm i groteskę, w końcu przedobrzyli. Zastosowane przez pisarkę środki się sprawdzają w określonej estetyce cynicznego horroru, w konwencji stylizowanego kryminału. Kosztem spiętrzonej intrygi i niesamowitości gubi się jednak autentyzm zdarzeń i psychologiczna prawda tej powieści. Losy dziewcząt można śledzić z wypiekami na twarzy… a zarazem się nimi nie przejąć. Gdyby rzeczy i osoby zostawić takie, jakimi się zdają, osiągnęłaby Waters, być może, ten walor. Poruszyłaby czytelnika, za cenę kolejnych olśnień i zaskoczeń. Straciłaby na tym domieszka kryminału, warstwa obyczajowa odzyskałaby proporcje. U Fabera wszystkie postaci były jak z galerii dziwadeł, dzięki czemu protagonistka, ruda Sugar, jawić się miała w jaśniejszych kolorach. Natrętny ten zabieg nie przekonał mnie do „…Płatka…”. W „Złodziejce” z kolei razi w końcu wystudiowanie całej tej fikcji. Nietrudno się będzie od niej odkleić, szepcząc: „To zbyt niesamowite”. Oddzieliwszy niewątpliwe atuty i smaczki, mamy zdarzenia i wątki trochę jak z opery mydlanej. Po rozwiązaniu tajemnic zostaje historia o dwóch złych dziewczynkach. Złych niekoniecznie do szpiku.

 

Korekta: Katarzyna Tatomir

 

Autor: Sarah Waters

Tytuł: Złodziejka

Wydawnictwo: Prószyński

Gatunek: kryminał/powieść obyczajowa/thriller

ISBN: 978-83-8069-058-5

Data wydania: 04.08.2015

Wymiary: 135x206

Oprawa: twarda

Liczba stron: 728

[i]  por. str. 27-28

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: