Roland Topor, „Chimeryczny lokator” i „Pamiętnik starego pierdoły”

Roland Topor, „Chimeryczny lokator” i „Pamiętnik starego pierdoły”


Autor: Katarzyna Tatomir

Czarny humor i groteska to jest to, co tygryski lubią najbardziej. A ponieważ Roland Topor z tych przymiotów słynie, dwie niewielkie książeczki, które znalazły się w moich rękach dzięki wydawnictwu Replika, stanowiły dla mnie obietnicę dobrej zabawy. Ale aby nieuświadomieni nie myśleli, że Topor to jakieś lekkostrawne papu dla osób szukających taniej komedii, pragnę podkreślić, że nazwisko francuskiego pisarza oznacza także dobrą literaturę. Szaloną trochę, ale dobrą.

Sesję z Toporem zaczęłam od „Chimerycznego lokatora”. Głównym bohaterem tej mini-powieści jest Trelkovsky – człowiek spokojny, skromny i troszkę nijaki. Poznajemy go w momencie, kiedy grozi mu eksmisja i zmuszony jest szukać nowego lokum. Dzięki pomocy znajomego wynajmuje dwa pokoje, które od biedy można nazwać mieszkaniem. Poprzednia lokatorka próbowała popełnić samobójstwo i obecnie leży w stanie krytycznym w szpitalu. Wiedziony poczuciem obowiązku, ale także ciekawością, Trelkovsky postanawia odwiedzić ją w szpitalu i dowiedzieć się o niej czegoś więcej.

Łażenie z jednego miejsca w drugie, poznawanie kolejnych osób i obserwowanie coraz dziwniejszych wydarzeń, których centrum stanowi Trelkovsky – tak mniej więcej można podsumować „Chimerycznego lokatora”. Mało w tym podsumowaniu entuzjazmu, bo nie chcę ukrywać – powieść mnie rozczarowała. Pomimo genialnego zakończenia – puenty doskonałej, która przewraca utwór na lewą stronę – podczas lektury strasznie się męczyłam. (Przypomina to trochę sytuację jak z pewnym typem thrillerów, z którymi na pewno mieliście do czynienia chociaż raz – przez półtorej godziny oglądasz taką produkcję i chodzisz po ścianach z nudów, a w ostatnich dziesięciu minutach zbierasz szczękę z podłogi, bo zakończenie wszystko zmienia i rozwala system. Tylko że… co z tego, skoro niesmak po tych zmaltretowanych 90 minutach zostaje?) Głowiłam się nad tym, gdzie szukać przyczyny mojego niezadowolenia z lektury – przecież w „Chimerycznym lokatorze” jest mnóstwo absurdów i subtelnego groteskowego humoru, w czym więc tkwi problem?

Odpowiedź znalazłam w momencie, kiedy sięgnęłam po „Pamiętnik starego pierdoły”, który wciągnął mnie od pierwszych stron. Otóż problem tkwi w tłumaczeniu. Nie w warstwie semantycznej, bo o tym to ja wiem tyle, co i nic, a warstwie stylistycznej. W „Pamiętniku” słowa same ustawiają się w kolejce do czytania, książka praktycznie czyta się bez naszego udziału, automatycznie zamienia w opowieść starego pierdoły, który siedzi na bujanym fotelu i z fajką w ustach przechwala się swoimi talentami; w „Chimerycznym lokatorze” styl jest martwy i bez serca. Czytając „Pamiętnik” ma się wrażenie, że Topor podczas pisania tego utworu lekko się uśmiechał – ironicznie, ale serdecznie; zaś w przypadku „Chimerycznego lokatora” miałam wrażenie, że był znużony albo wręcz poirytowany. Różnica między tłumaczeniem Tomasza Matkowskiego i Ewy Kuczkowskiej jest kolosalna i wychodzi na straszną niekorzyść dla tego pierwszego. „Chimeryczny lokator” jest naprawdę dobrym utworem i szkoda, że prócz fabuły polski czytelnik nie ma szansy docenić także żywego stylu Topora.

„Pamiętnik starego pierdoły” to wspomnienia jednego z największych artystów XX wieku. Głównym bohaterem ipamietnik-starego-pierdoly_qfant narratorem spisującym swoje memuary jest wybitnie uzdolniony malarz (już jako mały szkrab rysował widelcem w puree niebywałe dzieła sztuki). Od dziecka poznawał odpowiednich ludzi (patrz: długaśny indeks sławnych nazwisk na końcu książki) i – jak się okazuje – prawie wszystko, co ci ludzie stworzyli czy powiedzieli, jest jego zasługą (ale oczywiście nigdy by mu tego nie przyznali). To on zapoczątkował najważniejsze nurty w światowym malarstwie, to dzięki niemu w Proustowym „W poszukiwaniu straconego czasu” mamy słynną scenę z magdalenkami, to on zainspirował powstanie powieści „Komu bije dzwon” i możliwe, że przez niego Marylin Monroe popełniła samobójstwo… „Pamiętnik starego pierdoły” to taki artystyczny światek XX wieku w pigułce i z przymrużeniem oka. Możemy pośmiać się ze wszystkich ważnych osobistości, które miały jakiś związek z kulturą i sztuką tamtych czasów. Oczywiście przyda się jako taka orientacja w tej epoce, aby wyłapywanie smaczków dawało satysfakcję.

Ciężko mi sprecyzować, którą powieść bardziej polecam – „Chimeryczny lokator” ma dla mnie więcej wartości intelektualnych, ale wydanie ma niestety sporą wadę; zaś „Pamiętnik starego pierdoły”  sprawił mi ogromną frajdę, ale widzę w nim raczej jedynie wymiar zabawowy (chociaż spotkałam się z interesującą interpretacją, która dodaje utworowi głębi). Dlatego powstrzymam się przed stawianiem jednej powieści nad drugą. Polecam Wam po prostu Rolanda Topora.

 

Korekta: Maja Borawska

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: