Robert McCammon, „Łabędzi śpiew”

Robert McCammon, „Łabędzi śpiew”


Recenzował: Łukasz Szatkowski

Po doskonałych „Magicznych latach” nie mogłem odmówić sobie zapoznania się z kolejną powieścią Roberta McCammona wydaną przez Papierowy Księżyc. Nie ukrywam jednak, że miałem pewne obawy czy po − bądź co bądź − prawie realistycznej obyczajówce tak nagła zmiana dekoracji na fantastykę postapokaliptyczną nie zweryfikuje mojego uznania, jakie miałem dla autora. Dość paradoksalnie, zważywszy na moje upodobania, obawiałem się o jakość i poziom „Łabędziego śpiewu”, który w końcu powstał kilka lat wcześniej. Czy McCammon faktycznie jest na tyle wszechstronny, by poradzić sobie równie dobrze z tak odmiennymi gatunkowo tworami?

            Wybucha wojna atomowa. W jednej chwili Ameryka staje się wielką, radioaktywną pustynią. Jednak nie wszyscy zginęli, niedobitki otrząsają się z szoku i próbują przeżyć w świecie, w którym nie widać nieba, panuje wieczna zima, a w ziemi nic nie chce wyrosnąć. Niektórzy odbudowują społeczności wokół tak niezbędnych, a przy tym deficytowych zasobów jak czysta woda. Inni tworzą armie, przedzierają się przez kraj, grabiąc, zabijając i budując swoją potęgę na cudzym nieszczęściu. Jaką rolę mają w tym wszystkim do odegrania osierocona dziewczynka z dobrą ręką do roślin, szalona bezdomna, która odnajduje w ruinach tajemniczy pierścień, czarnoskóry zapaśnik, emerytowany bohater wojenny i nastolatek pasjonujący się grami komputerowymi?

            Szczerze mówiąc od początku irytowały mnie motywy magiczne występujące w „Łabędzim śpiewie”. Nie mamy tu bowiem do czynienia z czystą postapokalipsą, ale w rolach głównych występuje uosobione, zmiennokształtne zło, dziewczynka potrafiąca w nadnaturalny sposób zmusić do wzrostu każdą roślinę oraz kobieta kierowana przez wizje generowane przez magiczny pierścień. Myślę, że można było to sobie darować, a opowieść oprzeć na czymś innym. Spustoszona przez zmasowany atak jądrowy Ameryka nie potrzebuje w końcu dodatkowego magicznego uatrakcyjniania, sama w sobie ma ogromny literacki potencjał.

            W powieści McCammona występuje jednak jeden strategiczny element, bez którego nie może obyć się tego typu opowieść, a który osobiście bardzo lubię. Nowy początek, odbudowa nie tylko infrastruktury, ale struktur społecznych. Nawet w tak skrajnych warunkach ludzie potrafią się zorganizować. Choć oczywiście niektórzy marzą tylko o tym, by położyć się i umrzeć, to zawsze jednak istnieje spora rzesza ludzi, którzy trzymają się życia za wszelką cenę, potrafią wyznaczyć sobie nowe cele. „Łabędzi śpiew” jest książką o nadziei. O tym, skąd się bierze i co może ją zniszczyć. Co ciekawe, wspomniane uosobione zło wcale nie uważa siebie za takie, dąży do zagłady ludzkości, żeby oczyścić planetę, uważa, że tak będzie lepiej dla wszystkich. Nadzieję ma za swojego największego wroga, bo z zasady ma ją za fałszywą, okrutną, przedłużającą tylko nieuniknioną agonię. Zło wyrasta na bezduszną kosmiczną rację stanu, prezentuje stanowisko, które mogłoby być wygłoszone przez − do bólu racjonalnego − przedstawiciela jakiejś obcej cywilizacji. Skoro sami zgotowaliśmy sobie taki los, to lepiej wytłuc nas do końca, bo z pewnością w końcu zrobimy to ponownie. Ludzkość jako zbiorowość ma jednak zakodowaną w genach dążność do przetrwania za wszelką cenę i nic jej nie obchodzą abstrakcyjne, choćby i słuszne, argumenty. Zło pozostaje złem, choć jego ideologia jest niepokojąco przekonująca, jeśli tylko stracimy z oczu pojedynczych ludzi na rzecz odpowiedzialności zbiorowej.

            „Łabędzi śpiew” to powieść dobra, choć nie jakoś szczególnie zachwycająca. Autor wykorzystując chwyty rodem z fantasy, czyni wszelkie przesłania zbyt dosłownymi i tym samym nieco trywializuje całą historię. Co nie zmienia faktu, że wizja sama w sobie jest interesująca, a czytelnik podczas lektury nie ma zbyt wiele czasu na nudę. Bowiem kiedy akcja zwalnia, zawsze zostają nam do kontemplowania apokaliptyczne krajobrazy, które robią wrażenie i skłaniają do przemyśleń o tym, jak niewiele trzeba, by stracić tą naszą bezpieczną, lecz jakże kruchą stabilność.

Korekta: Paulina Koźbiał205872_labedzi-spiew-2_337

  • Tłumaczenie: Maria Grabska-Ryńska
  • Tytuł oryginału:Swan Song
  • Wydawnictwo:Papierowy Księżyc
  • Data wydania: 2013
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: