Robert J. Szmidt, „Samotność Anioła Zagłady. Adam”

Robert J. Szmidt, „Samotność Anioła Zagłady. Adam”


Recenzowała: Małgorzata Ślązak

Ostatni (nie)sprawiedliwy

Żywotność postapokalipsy potrafi zadziwić. Ten fantastyczny nurt nie tylko nie traci na popularności, ale rodzi wciąż nowe tytuły książek, gier i filmów. Chociaż do cna wyeksploatowany, mało elastyczny i przewidywalny, wątek globalnej zagłady ludzkości nieustannie nam się podoba. Dlaczego?

Być może w każdym z nas tkwi mały sadysta i wieczny dzieciak, burzący ledwo ułożone wieże z klocków. Złośliwiec i Dexter w jednym, samozwańczy naukowiec testujący możliwości autodestrukcyjne naszego gatunku. Kiedy narodom i politykom pęknie żyłka? Kiedy ktoś wreszcie nie wytrzyma, zwariuje, wciśnie guzik? — pytamy, zastanawiając się równocześnie nad własną reakcją. W sytuacji dziejowego hardkoru (horroru?) zdajemy (lub nie) test na człowieczeństwo. Po jednej stronie mamy bohaterstwo, rodzące się w najbardziej niepozornych jednostkach. Po drugiej — skrajne draństwo, często pojawiające się u tych, od których właśnie oczekuje się pomocy. Dlatego wytarte motywy katastrof, stojących za nimi teorii spiskowych i śmiertelnego survivalu — wciąż znajdują swoich zwolenników.

Ci jednak nie biorą wszystkiego, jak leci. Klasyczny postnuke wydaje się mocno przebrzmiały na tle przeobrażeń we współczesnym świecie. Wielkiego bum nie będzie, mówią gadające głowy. Globalny konflikt ubierze białe rękawiczki. Walka rozegra się rękoma hakerów, ekonomistów i ludzi finansjery. Być może rękawiczki zastąpi biały kitel. Arabski terrorysta wyprodukuje wirusa, który rozpleni się bardziej, niż zamierzano. Atomówki? Przerabialiśmy. Nie sprawdziło się. Za duże ryzyko bratobójczego ognia, za duże koszty. Oparty o zimnowojenne lęki i specyficznie amerykański, postnuklearny odłam postapokalipsy pozornie się wyczerpał. Pozornie. „Samotność Anioła Zagłady. Adam” pokazuje, że niekoniecznie.

Powieścią tą, wznowioną przez Rebis w ramach „Horyzontów zdarzeń”, Robert J. Szmidt sięga po treści już znajome jego czytelnikom. Postapokalipsa w różnych odsłonach to wręcz znak firmowy autora, zestaw żelazny, do którego sam Szmidt ma widoczną słabość, a który chętnie kupują odbiorcy, stawiając na sprawdzoną jakość. Słabości w nadmiarze potrafią zaszkodzić. Pisarzowi grozi ryzyko utknięcia w koleinach, czytelnikom — zmęczenia materiału. Z drugiej strony, specjalista od podobnych klimatów ma już doświadczenie, pozwalające mu tworzyć rzeczy przekonujące, zgodne z regułami prawdopodobieństwa, niesztampowe.

Jak wyszło tym razem?

Zaskakująco nieźle.

Chociaż nie dysponuję bazą porównawczą (inne książki Szmidta jeszcze przede mną) wystarczającą do nakreślenia odpowiedniej krzywej, wyraźnie wyczuwam w „Samotności…” pewne pióro. Świadomość tego, co się pisze i dlaczego. Niby jest to podstawa, której jako waloru nie powinno się w ogóle uwzględniać, bowiem stanowi warunek brzegowy powstania jakiejkolwiek książki. A jednak… twardy realizm „Samotności…”, surowa, pozbawiona fajerwerków formuła w dużej mierze stanowi o sile powieści. Szmidt czuje bluesa i to wychodzi. Jego postapokalipsa nie jest nieudaną nakładką na cudzą treść. To dość istotna zaleta, nieznana twórczości fanowskiej. Młodzi miłośnicy podgatunku, mniej lub bardziej świadomie kopiują: „Fallouty”, „Mad Maxy”, uniwersum „Stalkera” bądź „Metra”, upychając nad Wisłą krążowniki szos, filmowe dialogi czy Zonę; bądź tworząc amerykańską postapo, lecz bez znajomości jej ojczyzny. Nie dbają o zakotwiczenie przyczyn i skutków zagłady w nauce lub zwyczajnie brakuje im polotu, by z tak zużytego budulca wysmażyć coś oryginalnego. Przyklejeni są do tego, co już znają. Szmidt umiejętnie zestawia stare z nowym. Można z ulgą i komfortem stwierdzić: facet wie, co mówi.

Pisarz postawił nie na mutanty, gangi i zdziczałe plemiona kanibali, nie na walkę, pościgi i broń laserową, lecz na oszczędny, logiczny naturalizm, wyrażający się w żmudnym codziennym trudzie przetrwania po katastrofie. Nawet wtedy, kiedy dostaje od swego twórcy ten czy inny gadżet, kolejne koło ratunkowe — Adam nie przypomina chojraka z giwerą, rozwalającego wszystko i wszystkich. Nie ma zresztą czego rozwalać. Promieniowanie wyjałowiło biosferę.
Pozbawione zieleni i śpiewu ptaków Stany Zjednoczone w „Samotności…” są autentyczne i niemal namacalne. Nazwy kolejnych miast, miasteczek, hoteli, firm i marek, charakterystyczne dla poszczególnych stanów pejzaże czy zwyczaje nie są sprawozdawczą wyliczanką.. Czytelnik może ulec złudzeniu, że „Samotności…” nie napisał Polak. Szmidt mądrze schował swoje notatki. Nie widać tu drobiazgowego wysiłku kwerendy ani popisywania się świeżo zdobytą wiedzą. Wszystkie śrubki, przekładnie i zapadki tkwią ukryte. Nie przeziera informacyjny stelaż, konieczny do podźwignięcia fabularnego tła. O lekkości konstrukcji stanowi też słodko-gorzki humor i subtelne mrugnięcia w stronę klasyki gatunku, widoczne zarówno w detalach (człowiek na motocyklu), jak i tym wszystkim, co hurtowo nazywa się „klimatem”, a co trwale w postapokalipsę się wpisało (schrony, spiski i tajne projekty).

Swoboda w eksponowaniu realiów fabuły łączy się z językiem, który wydaje mi się dość dla autora typowy, a jednocześnie trafiony dla takiej prozy: nadal jednak rozrywkowej, a nie do końca błahej. Szmidt pisze klarownie (dla smakoszy słów nawet zbyt klarownie, do granic przezroczystości) i mocno ilustracyjnie, przez co krajobrazy, pomieszczenia i cuda techniki w jego wykonaniu można sobie z łatwością wyobrazić, niczym filmowe kadry. Film jest tu bardzo dobrym porównaniem — niektóre sceny świetnie wypadłyby jako klatki z postapokaliptycznego blockbustera. Długie ujęcia szerokich, zamaszystych planów ogólnych i dalekich (postatomowe scenerie), zbliżenia-alegorie boskiej woli lub losu (moneta na sztorc w skrzyni z piaskiem, wizerunek Obamy na rewersie), ostry montaż szybkich sekwencji z akcyjniaka (deszcz szkła na wystawie motorów), i tak dalej. Niestety, drobiazgowość opisu czasem odbiera zdaniom urodę, a wspomniana „filmowość” — szkodzi kompozycji utworu.

Ta bowiem, w miarę rozkręcania się akcji „Samotności…” zaczyna przypominać piętrowy przekładaniec, w którym pech i szczęście następują po sobie w przewidywalny i charakterystyczny sposób. Ledwo postawił Adama w sytuacji zwątpienia i nieszczęścia, Szmidt wybawia go z opresji, podsuwając cudowne zrządzenia losu, znaleziska, przebłyski intuicji. Ostatnią warstwą słodkiego kremu jest sam finał, a raczej preludium do niego. Dość przewrotne, a jednak… nie do końca zaskakujące. Jeśli nawet możemy się domyślić, kto za tym wszystkim stoi, to konwencja jest taka a nie inna i zakłada takie a nie inne tropy (czytaj: Znani Oni albo Wielcy Źli). To można jeszcze zaakceptować, mrużąc nieco oko. Zbyt łatwo jednak tę samą wiedzę znajduje nasz bohater. Metodą „na głupiego Niemca” (z polskiego filmu pseudo-wojennego, w którym z wroga robi się złą, ale jednak mniej inteligentną od Polaków mendę). Może i w rozwiązaniu, które wybrał pisarz, jest jakaś ciekawa ironia losu — po wielu, wielu staraniach ktoś popełnia jeden głupi błąd i psuje wszystko. Taka interpretacja również jest możliwa. Nie przesłania jednak wrażenia, że użyto boga z maszyny. Puenta została przez to ostro ścięta. Ratuje ją istnienie drugiej części: „Ewy”. A także… jej „rajski partner”.

Adamowi chce się kibicować. Jego naszpikowana trudnościami wyprawa na wschodnie wybrzeże przyciąga uwagę, a lekkie czytadło zmienia w nastrojową, refleksyjną powieść drogi. I choć akurat do „Drogi” Mc Carthy’ego Szmidtowi daleko (nie ten kaliber, nie ta stylistyka, nie ten ładunek melancholii), to samo podobieństwo wzorca — istnieje. Wspomniane wyżej podpowiadanie bohaterowi, połączone z delikatnym efektem MacGyvera (cudowne olśnienia, wynalazki w minutę i fantastyczne prowizorki) — nie zniechęca do potowarzyszenia Adamowi w podróży. Momentami nawet można odczuć ulgę: ostatni z „naszych” wciąż żyje! Dasz radę, chłopie! Wystarczy uwolnić emocje i nieco uśpić zmysł krytyczny.
Adam ma w sobie coś z ostatniego (nie)sprawiedliwego. Jako posępny „anioł zagłady”, współodpowiedzialny za klęskę ludzkości, może budzić emocje o różnym znaku: od współczucia do irytacji i gniewu. Będąc jednym z nas, wiedział przecież, z czym wiąże się jego służba. Jest sylwetką niejednoznaczną i bardzo ludzką: podatną na rozterki, wrażliwą, wątpiącą. Zarazem także mściwą, zimną, zdolną do okrucieństwa. Jako istota obdarzona emocjami, czasem z nimi przegrywa. Przygnieciony samotnością, pije do nieprzytomności, a nawet radzi sobie środkami Chucka Nolanda . Szkoda, że ten ostatni wątek nie został przez autora rozwinięty. Szmidt intrygująco go zaczął, a potem… jakby się rozmyślił. Znów Adam podniósł się z kłopotów za łatwo, zbyt rychło pozbierał do kupy. Fragmenty odchodzenia mężczyzny od zmysłów wyszły dość słabo — za krótkie, zanadto hollywoodzkie, by czytelnik mocniej empatyzował z nieszczęśnikiem. Co nie znaczy, że przez resztę książki nie będzie niczego odczuwał.

Świat uczuć, przeżyć i refleksji dominuje bowiem nad sensacyjnym smaczkiem, który w „Samotności..” uświadczymy jedynie sporadycznie. Śledząc losy pioniera à rebours, człowieka skazanego na bolesne i smutne posłannictwo, siłą rzeczy przejmujemy jego nastroje. Niewiarę Adama w powszechny brak życia i strach, że jednak coś wyskoczy zza pleców — można odebrać wręcz namacalnie, zwłaszcza czytając nocą. Jego heroizm — podziwiać. Ponurą złośliwość, wywołaną ludzką głupotą i arogancją — zrozumieć.

Dlatego warto sięgnąć po odświeżoną „Samotność…”. Tym bardziej, że w historiach podzielonych na części zakończenie nie jest ostateczne. Choć tu i ówdzie odczuwa się zawód lub niedosyt, kolejne odsłony fabuły i tak chce się poznać. Nie inaczej jest z powieścią Szmidta. Obietnica kontynuacji robi swoje. Ale nie ona decyduje o wyborze lektury. „Samotność Anioła Zagłady…” to książka po prostu udana. Mimo wszystkich wymienionych mankamentów. Realistyczne postapo, z wiarygodnym tłem i przekonującym bohaterem — to już dobrze. Nie do końca banalne postapo, nad którym można nieco podumać — to lepiej. Dobre, rodzime, warte polecenia postapo — to bardzo dobrze.

Przeczytajcie.

Korekta: Grzegorz Hammer

Autor: Robert J. Szmidtamotnosc-aniola-qfant
Tytuł: Samotność Anioła Zagłady. Adam
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS (seria: Horyzonty zdarzeń)
Gatunek: fantastyka postapokaliptyczna
ISBN: 978-83-7818-758-5
Data wydania: 29 kwietnia 2015
Wymiary: 132x202
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 296

Loading Facebook Comments ...
1 Komentarze
  1. Data: Sierpień 13, 2015
    […] Pogodę mamy taką, że spośród wszystkich wariantów apokalipsy należałoby chyba wybrać spalenie ludzkości żywcem. Na szczęście, póki co, dajemy radę. Między innymi dzięki Aniołom Stróżom. Gdzieś tam za nami, podejrzewam, stoją i wachlują swoich podopiecznych. Anioły… Skoro o nich mowa, to aż pięciu skrzydlatych stoi w szpalerze konkursowym, każdy z dobrą książką w rękach. Czekają na Was w kolejnej rozgrywce. Że książka dobra, to już wiecie. […]
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: