Robert J. Szmidt, „Łatwo być bogiem”

Robert J. Szmidt, „Łatwo być bogiem”


Recenzowała: Małgorzata Ślązak

  

Gry kosmiczne

 

Trudno podać liczbę książek, których bohaterowie bawią się w Stwórcę, ulegając pokusom władzy i możliwości. Właściwie każda relacja, nawet osobista, ma w sobie chęć podporządkowania jednego uczestnika drugiemu, w myśl „mojszych racji” i „ostatniego słowa”. Jeżeli ową chęć zintensyfikujemy i przeniesiemy do makroskali, otrzymamy tyranów, dyktatorów, żądnych władzy czarnoksiężników czy szalonych naukowców, którzy lubią poprzestawiać pionki na planszy, dla odreagowania zniszczyć domki z kart, poustawiać żołnierzyki na dywanie. A ponieważ żądzą władzy łatwo zarazić, mania wielkości dotyka nie tylko jednostki, lecz i grupy. Gubi się człowiek, zostaje system.

O tej groźnej igraszce ludzkości, fantastyka naukowa opowiada od samego początku. Zabawa w Boga to jeden z fundamentów nurtu. Problemy ekspansji cywilizacji, dominacji w kosmosie, antyutopijne i dystopijne wizje, futurystyczne lęki związane z rozwojem techniki, wreszcie wątki katastroficzne i apokaliptyczne, gdzie za psucie zabawek spotyka nas kara — to wszystko było, jest i będzie, wariacją na ten sam temat. Nie da się ani specjalnie pochwalać, ani ganić za jego użycie, bo niby jak? Znajduje się przecież w przypisanym do gatunku zbiorze pytań, niekoniecznie bezpośrednio związanych z treścią dzieła. Owe pytania postawimy tam, gdzie główny wątek stanowi wojna, i tam, gdzie pierwsze skrzypce grają eksperymenty genetyczne — różnorodność fabuł jest całkiem spora.

 „Łatwo być Bogiem” Roberta J. Szmidta, kolejna pozycja rebisowskich „Horyzontów zdarzeń”, nawiązuje do tematu zarówno problematyką, jak i tytułem (porównanie do Strugackich nasuwa się same). Cały czas pozostaję pod wpływem uroku tego czytadła: lekkiego, nietrudnego, bezsprzecznie rozrywkowego, zakorzenionego gdzieś w „dawnych, dobrych czasach” — jakby celowo okrytego patyną, pełnego miłych skojarzeń z symbolami, które nawet laicy automatycznie przywołają z pamięci, gdy mowa o science fiction. Wszechświat, kosmiczna flota, nowe planety i rasy — to właśnie tego typu skojarzenia. Dobre ich wyważenie sprawiło, że powieść Szmidta śmiało możemy nazwać okrętem flagowym całej serii. Bo horyzont zdarzeń, termin naukowy i określenie na wskroś literackie, przywodzi na myśl właśnie taką książkę: przygodową, gdzie na horyzoncie migają coraz to nowe zdarzenia, gdzie buszuje się po nieznanych lądach, gdzie wyobraźnią przekraczamy granice świata już znanego. Nowy tytuł serii zahacza o klimaty „stare, ale jare” i „nareszcie SF z mięsem” — przynależąc tym samym do dziełek, które nie wywołają żadnego „bum!”, ale na które się czeka. I czyta z przyjemnością, mimo wyraźnych usterek.

„Łatwo być Bogiem” nie jest przy tym historią zupełnie nową. Otwierany przez nią cykl „Pola dawno zapomnianych bitew”, ma swój początek w opowiadaniach, które zamieścił miesięcznik „Science Fiction, Fantasy i Horror”[i]. Zapowiadana przez wydawnictwo Almaz powieść, ostatecznie ukazała się tylko jako e-book. Teraz, dzięki wydawnictwu Rebis, możemy zapoznać się z drukowaną, poprawioną wersją kosmicznej opowieści.

Początek tejże, sugeruje space operę, względnie lżejszy kaliber klimatów „Obcego”. Załoga Nomady, kolapsarowca Korpusu Utylizacyjnego, czyszczącego przestrzeń z uszkodzonych jednostek, napotyka coś, czego napotkać — według znanych sobie danych — nie powinna. Szybko jednak orientujemy się, że to nie przygody „czyścicieli”, wypełniające pierwszą z trzech części[ii] książki, zadecydują o jej charakterze.

Części druga i trzecia, poświęcone perypetiom Henryana Święckiego, stanowią właściwie odrębną, luźno powiązaną z „Misją Nomady”, która jawi się bardziej jako preludium do całego cyklu, a nie jako integralny początek „Łatwo być…”. Gdyby nie fakt, iż „Pola zapomnianych bitew” to więcej niż jeden tom, można by autorowi (a może wydawcy?) uczynić zarzut z tak nierównomiernego podziału objętości. Niepokojący klimat zagadki dość szybko zostaje ucięty. Szczerze powiedziawszy, łatwo można odpuścić sobie chęć zgłębiania jej rozwiązania. Wszystkie zalety (ale i, niestety, wady) powieści Szmidta sprawiają, że intryga na stacji orbitalnej całkowicie przyćmiewa tę nomadzką. Spinający obydwa wątki finał jest za słaby i za pospieszny jak na dobrą klamrę — przy takiej ilości „bogów”, ten z maszyny, mógłby iść w cholerę.

Za to dobry jest wątek Święckiego. To właśnie tu skupiona się większość zalet książki, co może nas do cyklu przywiązać. Kosmiczna, par excellence, intryga wciąga jak niezły thriller. Krótka i niespecjalnie oryginalna fabuła broni się dynamiczną, wartką akcją. Były więzień kolonii karnej, kapitan zdegradowany do rangi sierżanta, zmaga się z systemem, w którym każdy chce być Bogiem. Już od samego początku, to nieomal obsesyjne dążenie pisarz przedstawia wyczerpująco, na wielu płaszczyznach - w Boga bawi się admirał „Dredd”, wykorzystujący stanowisko dla prywatnych porachunków; Bogiem czuje się dowódca Nomady, Morrisey, zaślepiony żądzą zysku. Złym bogiem dla osadzonych jest sadystyczny komendant kolonii karnej, Draccos. We władców marionetek wcielają się żołnierze i ludzie nauki.

Stację, gdzie układanie pionków wydaje się szczególnie miłą sercu gierką, autor doprowadził do perfekcji. Udało mu się plastycznie i sugestywnie oddać klimat permanentnej obserwacji, inwigilacji, spisku. Osaczenia. Sytuacji, w której można być bogiem, wrogiem, bogiem wroga i wrogiem boga równocześnie. Co warto podkreślić, zagęszczenie atmosfery uzyskał Szmidt przy minimalnej ilości sztafażu. Nie ma w „Łatwo być…” żonglerki terminami technicznymi i nowinkami naukowymi, szafowania żargonem dla wtajemniczonych. Są za to rozsądnie dawkowane elementy „science”, które ładnie wkomponował w powieściowy krajobraz. Nie wystają poza konstrukcję, jako osłabiający ją przerost formy nad treścią, tylko stają się smaczkami, za które lubimy gatunek. Hipery, baterie kinetyczne, drukowana bielizna i chipy — gadżety o różnym stopniu zaawansowania, o mniej lub bardziej intuicyjnie zrozumiałych nazwach - ozdabiają świat powieści w miłej dla oka, zasadnej dla fabuły, ilości. Nie są na siłę oryginalne i nie odbierają lekturze nic z jej mięsa. A to jest dość soczyste.

Jednak problemy w relacjach z Innym, zderzenia cywilizacji i ingerencje w obcą kulturę nie mają u Szmidta oprawy, która zwaliłaby z nóg — ot, nie ten kaliber, po prostu. Przedstawił je jednak niegłupio, zgrabnie i z dozą ironicznego humoru. Ludzkość XXIV wieku nie tylko nie uczy się na błędach, ale i łatwo zapomina o własnej historii. Gorzki śmiech wywołuje scena, w której Święcki odsyła „bojownika o zachowanie rasy” do galaktopedii, radząc mu przejrzeć mniej chlubne annały dokonań gatunku. Uniknął też Szmidt ostrych podziałów (znanych choćby z „Avatara”) na prymitywnych, brutalnych trepów i naukowców z szerszym polem widzenia. W obydwu kadrach, naukowej i wojskowej, nie brak niesympatycznych indywiduów, a szala złego wrażenia przechyla się nawet na stronę jajogłowych, których reprezentuje gderliwa, odpychająca doktor Godbless. Trudno jednak powiedzieć, by autor popierał czyjś światopogląd. Pobawić się w pana życia i śmierci można, pod przykrywką naprawdę szlachetnych intencji, a pragnienie to kusi również głównego bohatera. Tym bardziej szkoda, że brakuje mu wyrazistości.

Postaci trudno nazwać mocnym elementem powieści. Sam Święcki jest łudząco podobny do Nike’a z Nomady. Obydwaj są diablo bystrzy, przystojni, zapobiegawczy. Obydwaj lądują tam, gdzie raczej by nie chcieli i mają problemy z przełożonymi. Gdyby zamienić miejscami kadeta z Nomady i eks-kapitana — nie odczułoby się dużej różnicy. Wszystkie pozostałe sylwetki, chociaż wyposażone w charakterystyczne cechy, wydają się raczej szkicami, archetypami niż konkretnymi osobowościami.

Gdzie zapowiadana przez wydawcę krwistość? Nie mam pojęcia. Mam za to wrażenie, że ten sam model — na przykład okrutnego, butnego zwierzchnika — powraca co i rusz w zmienionym kostiumie (Dredd-Draccos-Morrisey), a w całej scenerii pojawiają się nie istoty, lecz seryjne numery. Takie ujednolicenie wzmacnia poczucie obcowania z bezdusznym systemem, sprzyja ekspozycji wątku gry w kreację. Zmniejsza jednak chęć pozostania z bohaterami na dłużej, nie skłania do głębszego ich zrozumienia. Gdyby nie sprawnie, z nerwem prowadzona akcja, zmuszająca chwilami do obgryzania paznokci — cała ta menażeria nie byłaby warta uwagi. Jako bohater zbiorowy lepiej sprawdzają się obce rasy — dość interesujące, ciekawie opisane i skłaniające do refleksji nad własnym gatunkiem. Człowieczeństwem. Co w istocie nim jest, a co chcielibyśmy za nie brać?

To pytanie Szmidt zostawia bez odpowiedzi, a stawia niebanalnie, bo też i Obcy nie są banalni. Zostali dość mocno i fajnie „odhumanizowani”, zarówno pod kątem biologii („płechawka” rodna, trzecia płeć, membrany służące do komunikacji), jak i zwyczajów. Wprawdzie kontrast między prymitywnymi, religijnymi Suhurami, a nieznającymi pojęcia bóstwa, rozwiniętymi technologicznie Gurdami jest zbyt mocny, nie da się jednak powiedzieć, by konflikt mentalności obydwu ras nie był ciekawy. Obcy Szmidta to nie puchate zwierzątka ani przystojne humanoidy, skłaniające ku hołubieniu, kochaniu czy ku innym „ksenozwiązkom”. Za zawartość obcych w Obcych, autorowi należy się kolejny plus. W ogólnym rozrachunku, plusów tych wyjdzie niemało.

Dodając bardzo dobry warsztat Szmidta, naturalnie brzmiące dialogi, przyjemny w odbiorze i jędrny, choć transparentny język, sympatyczne nawiązania do światka fantastycznego (np. Pas Sturgeona), możemy sobie spokojnie zrównoważyć, a nawet wymazać wspomniane wyżej minusy. „Łatwo być Bogiem” czyta się wyśmienicie. Spodziewając się tylko i wyłącznie czytadełka, otrzymujemy jeszcze nutkę głębi gratis. Nie nastawiając się zaś na specjalnie ciężkie klimaty — dostajemy dobrze skomponowaną i wyważoną, rozrywkową SF, której nigdy za wiele. Powieść Szmidta to póki co, najlepszy tytuł rebisowskiej serii. Daje nadzieję, że kosmiczny cykl go utrzyma, a cała seria — podwyższy.



[i]„Pola dawno zapomnianych bitew” („Science Fiction, Fantasy i Horror” nr 03/2006) oraz „Pola dawno zapomnianych bitew: Kuźnia” („Science Fiction, Fantasy i Horror" nr 48/2009).

[ii] Części te noszą nazwy: Kolonia i Stacja.

Nowa-okladka-Latwo-byc-bogiem-_bw69456

  • Autor: Robert J. Szmidt
  • Tytuł: Łatwo być Bogiem
  • Wydawnictwo: Rebis
  • Gatunek: military SF/science fiction/space opera
  • ISBN: 978-83-7818-559-8
  • Wymiary: 132x202
  • Oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
  • Liczba stron: 416
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: