Robert Foryś, „Każdy musi płacić”

Robert Foryś, „Każdy musi płacić”


Recenzował: Dawid Bastek

Czytelnicy na całym świecie lubują się w powieściach fantasy, gdyż niejednokrotnie wykreowane przez pisarzy światy są tak ekscytujące, porywające i barwne, że podczas lektury nie chce się ich opuszczać, żeby znów powrócić do szarej i zarazem − często nudnej rzeczywistości, jaka otacza człowieka. Oczywiście nie mam tutaj na myśli każdej osoby egzystującej na Mamuśce-Ziemi, bo wielu ludzi tworzy swój własny kolorowy świat bez pomocy książek, ale nie oszukujmy się − życie bez książek jest pozbawione koloru, tylko dla każdego objawia się to w innym stopniu.

Bez chęci rozwoju naszej wyobraźni, bez chęci rozwoju literatury, nasza kultura stałaby w miejscu; niewykluczone, że byłoby to pół rzutu kamieniem od epoki żelaza, a może nawet jeszcze bliżej, ale na całe szczęście nic takiego się nie stało i żyjemy w czasach „nieco” odleglejszych. Niektórzy pisarze jednak lubią wracać do tej twardej, nieprzyjaznej epoki, którą my na szczęście mamy już dawno za sobą i wystawiać swoich bohaterów na ciężkie próby. Taki też zabieg został wprowadzony w nowej książce Roberta Forysia „Każdy musi płacić. Czy z powodzeniem? Można tak powiedzieć, ale osobiście wstrzymałbym się ze zbyt pochopnymi decyzjami. A tak zaczyna się ta nowa historia…

Ciemność cuchnęła kwaśną wonią potu, ekskrementów i krwi. Odorem wydzielanym przez pochowane za życia ludzkie ciało. Jej ciało. Marjta nie potrafiła określić, ile dni spędziła w zamknięciu, dość jednak, by smród przylgnął do niej na podobieństwo drugiej skóry. Skazana na niekończący się mrok, mierzyła upływ czasu porami, gdy upiory schodziły do ciemnicy, by ją dręczyć. Błądząc po omacku opuszkami palców, odnajdywała wyryte w glinie ostatnie wspomnienia ich poprzednich ofiar. Odgadywała zaklęte w liniach postacie ludzi i zwierząt, wizerunek słońca lub kwiatów, wszystkie stworzone dziecięcą dłonią. Postanowiła je policzyć. Doszła do tuzina, na tym kończyła się jej znajomość liczb. Marjta również postanowiła zostawić po sobie znak, kilkanaście koślawych liter, gdyż jako pańskie dziecko nauczono ją podpisu. Szukając po omacku rzeczy, która posłuży jej za rylec, odkryła dziurę. Niewielki zamaskowany otwór w kącie ciemnicy, zaraz przy miejscu, gdzie załatwiała naturalne potrzeby.

Książka zaczyna się dynamicznym, pełnym emocji prologiem, który potrafi narobić smaku i zapowiada obiecującą lekturę… I na tym w sumie kończą się ciepłe emocje, bo z pierwszym rozdziałem zaczynamy grzęznąć po pas w błocie składającym się z nadmiaru informacji, opisów i niejednokrotnie wymuszonych dialogów – przypominają mi się czasy lektur szkolnych, do których byłem nierzadko przymuszany, a ich czytanie skutkowało bólem głowy i obniżeniem ciśnienia do takiego stopnia, że zasypiałem po kilku pierwszych stronach. Tak samo było z książką „Każdy musi płacić”, do której na początku podchodziłem kilkanaście razy, bo nie byłem w stanie przeczytać więcej niż kilka kartek za jednym razem i dopiero gdzieś głęboko, głęboko w połowie, gdy udało mi się z nie lada wysiłkiem przyswoić wszystkie nazwy miejsc, imiona postaci oraz historię świata, coś ruszyło się do przodu i akcja znów nabrała tempa, szkoda tylko, że trwało to tylko dwa, góra trzy rozdziały.

Bohaterowie są pozbawieni głębszej psychiki, cech pozwalających oddzielić ich od postaci mniej ważnych, przez co łatwo jest stracić wątek, odróżnić kto z kim w danej chwili rozmawia. W powieści jest mnóstwo niedociągnięć, zachwalane nici fabularne są bardzo nietrwałe, a fabuła toczy się tak, jakby postacie nie do końca wiedziały, co mają ze sobą zrobić i w którą konkretnie stronę się udać. Do tego dochodzi cała masa powtarzających się motywów, jak choćby sposób w jaki kłamią bohaterowie, podając te same informacje, pomimo braku powiązań między danymi postaciami.

Podsumowując, „Każdy musi płacić” to książka przeciętna, która raczej nie narobi szumu oraz nie zapadnie w pamięci czytelnika, a jedyne, czym autor może się pochwalić to kilka nietypowych pomysłów, jak choćby hermafrodyta w roli utalentowanego zabójcy, no i warsztat lepszy od poprzedniego, ale nadal dalece niedopracowany. Jednak jeszcze nie przekreślam tej historii, gdyż to dopiero początek czegoś większego i jest jakaś szansa, że po tym jak pan Foryś przeciągnął nas przez koła zębate i inne elementy swojej nowej machiny literackiej, w następnej części pójdzie na całość i bardziej skupi się na dziarskiej akcji niż na kolejnych mdłych opisach, czego życzę mu z całego z serca. Na koniec chciałem dodać, iż celowo w mojej recenzji nie pojawiła się nawet najmniejsza wzmianka nawiązująca do „Gry o tron”, gdyż bądźmy szczerzy, ta powieść ma się nijak do marketingowego olbrzyma George’a R. R. Martina, i wszelkie umieszczenia haseł reklamowych na okładce w stylu „Polska odpowiedź na >>Grę o tron<<”, to jedynie strzał w kolano dla autora, jak i wydawcy.

Korekta: Paulina Koźbiałkazdy-musi-placic-b-qfant

  • Tytuł: Każdy musi płacić
  • Autor: Robert Foryś
  • Wydawca: Fabryka Słów
  • Data wydania: 5 lipca 2013
  • Liczba stron: 460
  • ISBN-13: 978-83-7574-890-1
  • Oprawa: miękka
  • Wymiary: 125 x 195 mm
  • Seria: fantastyczna fabryka
  • Cena: 39,90 zł
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: