Rafał Dębski, „Światło cieni”

Rafał Dębski, „Światło cieni”


Recenzowała: Małgorzata Ślązak

Science fiction w wersji sfumato

 

 

Pytanie o jakość i obecność w fantastycznym eterze rodzimej science fiction powraca jak bumerang z częstotliwością wystarczającą do przyjęcia jednej z dwóch postaw standardowych: machnięcia ręką (bo kto ma czytać, czyta, a na innych − cóż poradzić) lub wszczęcia kolejnej akademickiej dyskusji (która, jak to z akademickimi dyskusjami bywa, jest fajna, bo karmi samą siebie). Niemniej jednak, ową rdzenną składową fantastyki czytelnicy wciąż kojarzą albo z pojedynczymi autorami – w większości osadzonymi już mocno w klasyce gatunku – albo też wyłącznie z zagraniczną półką. Mamy wprawdzie Powergraph, Solaris czy kilku autorów rozsianych po wydawnictwach mainstreamowych, lecz nadal, gdzieś z tyłu głowy, świdruje myśl o niedosycie – zarówno jeśli chodzi o ilość pozycji, jak i świeżą krew w nurcie. Dlatego fakt, że znane, duże wydawnictwo zdecydowało się wypuścić nową, osobną serię fantastyczną i zrobić w niej miejsce także polskiej SF – może tylko cieszyć.

Mowa tu o Rebisie i „Horyzontach zdarzeń”. Pod tak pięknie zatytułowanym szyldem wydawać mają zarówno uznani pisarze (Szmidt, Przybyłek, Sawicki), jak i obiecujący debiutanci. Serię otwiera zaś Rafał Dębski ze swoim „Światłem cieni” – klasyczną historią osadzoną w kosmosie, z nie do końca klasycznie umieszczonym punktem ciężkości. I właśnie fakt, że „Światło cieni” jest znaną-nieznaną wariacją na temat czyni ją pozycją świetną na otwarcie serii.

Jeszcze przed rozpoczęciem książki – blurb sugeruje bowiem jasno określoną, wielokrotnie napotykaną zawartość – możemy się zorientować, iż powieść Dębskiego chwyta za powtarzane i oswojone motywy spod znaku „kolesiów w skafandrach”. Kolejne stronice szybko utwierdzają w tej myśli. Oto mamy pilota i dowódcę Reubena Vaybara, bohatera w typie ostrego space marine, jego niepokorną załogę, podbój obcej planety – Cronny, a wreszcie – tajemnicze „coś”, nękające pilotów. Rozdrażniona przeciwnościami losu załoga utrudnia Vaybarowi życie. Szybko rodzący się na tle wzajemnych waśni żołnierzy i naukowców konflikt przyjmuje też dość charakterystyczne ramy: klaustrofobicznej scenerii, w której zbyt wielu ludzi przebywa z sobą zbyt długo. Miejscem akcji jest najpierw nowo odkryta planeta – obiekt badań i działań pionierskich – później zaś statek kosmiczny, należący do Federacji Układu Słonecznego i Kolonii. Organizm ten wyewoluował z poczciwej Ziemi, która zdążyła sobie podporządkować niezły kawałek tortu z wszechświata.

Tu można powiedzieć pas, zarówno jeśli mowa o zasadzie niezdradzania zbyt wiele z treści, jak i szczególnej oryginalności tej drugiej. Nietrudno wskazać zarówno węzły na nici głównej intrygi, jak też przewodnią ideę „Światła…”. Jest nią stary pojedynek: czucie i wiara kontra szkiełko i oko, przedstawiony na dwóch płaszczyznach. Pierwszą jest konflikt między powinnością, a intuicją i grą fair play, rozgrywający się w osobie komandora Vaybara – skala mikro. Drugą – spór jajogłowych i żołnierzy, wyrażający szerzej opozycję daleko większą: pomiędzy widzeniem świata w optyce moralnych konkretów (żołnierskie „tak” lub „nie”, słuszność wydania rozkazu lub jej brak), a chłodnym, kalkulowanym rozumowaniem i ekspansywnym myśleniem naukowym, każącym patrzeć perspektywicznie, nawet za cenę podważenia zasad etycznych. Nawiasem mówiąc, to drugie starcie w dużej mierze jest tylko pozorne; wojskowi nie są u Dębskiego wyłącznie posłusznymi trepami, a naukowcy niekoniecznie potrafią wyjść z kajdan naukowości, czego wymaga przecież „szersze spojrzenie”.

Na kameralnej płaszczyźnie Dębski poradził sobie naprawdę nieźle. Vaybar to postać mocno szablonowa, ale wyrazista. Można jej kibicować, można się też na nią zżymać – komandor łączy rysy twardego wojskowego i romantyka przywiązanego do nigdy niewyczerpanych i niezużytych ideałów: solidarności, uczciwości, sumienności. Despotyzm kontrastuje w osobie komandora z niepewnością co do własnej roli w świecie, w którym trudno mówić o jakichś korzeniach. Czy ktoś urodzony na obcej, surowej kolonii, może nazywać się „Ziemianinem”? Czy olbrzymia Federacja, łącząca odległe od siebie planety, może być ojczyzną? Kosmiczne odległości, dorastanie w izolacji od innych „Ziemian”, lata podróży przez prawdziwą otchłań – wszystko to wyzuwa z tożsamości i dumnego człowieka sprowadza do roli nic nieznaczącego pyłku. Kiedy ekspansja zamienia się w bezsensowny dryf po niezmierzonych obszarach? Dla czyjego interesu udawać się w podróż, z której będzie powracać się zbyt długo, by powitać pozostawionych bliskich? – te pytania czytelnik może sobie zadawać równocześnie z bohaterem. Ocena dążności ludzkich jest u autora bardzo trzeźwa, a tło socjoekonomiczne zarysowane ostrożnie i oszczędnie – bez cennych artefaktów typu unobtainium do zdobycia, bez naginania hipotez do faktów i faktów do zbyt wybujałych fantazji. Mamy tu w zasadzie odwieczną awanturę o to samo: prestiż i pieniądze, toczoną przez wielkich tego świata.

Skoro o wielkości mowa… Skala makro wygląda już nieco gorzej. Pewne niedopisanie ram świata przedstawionego należy uznać za plus: elementy naukowe są u Dębskiego serwowane raczej jako integralna część całości, nie zaś płaty surowego, scjentystycznego mięcha, władowane kawałami w rzekomo dopieczoną potrawę. Takiego grzechu; serwowania encyklopedycznych, nużących wstawek – nie spodziewalibyśmy się zresztą po doświadczonym pisarzu. Science działa tu jako bakcyl, zręcznie przemycony w fiction. Równocześnie jednak ów brak szczegółów przeszkadza należycie wsiąknąć czytającemu w opowieść. Mamy jakąś planetę, mniejsza że Cronnę. Mamy jakiś statek kosmiczny i jakieś biegające po nim ludziki. Przeniesienie ciężaru powieści na rozważania moralno-filozoficzne, implikowane rozterkami komandora, czyni wprawdzie lekturę źródłem niegłupich refleksji, dodatkowo podszywając ją smaczkiem ledwo uchwytnej, miłej melancholii – ale pozbawia ją nieco stabilności. Język książki jest do bólu bezpieczny, dość sprawozdawczy, jak gdyby autor chciał zmieścić treść za dużą na tę objętość stron, którą liczy „Światło…”.

Skala makro to też inni bohaterowie; nikt nie jest samotną wyspą, charakter zarysowuje się dopiero w relacjach z innymi – i ten nasz, i ten literacki. Tu Dębski, niestety, nie wyszedł poza zestaw ładnie brzmiących nazwisk i wysłużonych wzorców. Sylwetki drugoplanowe zaledwie istnieją. Wychodzi to na korzyść postaci komandora, lecz nie całej książce. Znikomość opisu, raczej technicznego niż ilustrującego (wiemy, gdzie jesteśmy, niekoniecznie czujemy specyfikę tła), ledwo naszkicowani bohaterowie, przy dosyć szybko rozwiązującej się intrydze i niezłym tempie akcji – wszystko to daje efekt książki aż za szybko, aż za lekko przeczytanej. Nie miałabym nic przeciw temu, by całość jeszcze zagęścić, zapętlić, nawet za cenę nieco bardziej naukowej, więc i bardziej wymagającej oprawy. Tę fleszowość, skrótowość równoważy trochę zakończenie – mocne, otwarte, niekoniecznie spodziewane, do tego dość melancholijne, po którym można faktycznie spytać, co taki odprysk, homo sapiens, ma do gadania w sąsiedztwie majestatycznych gwiazd. Finał podważa też troszeczkę proste następstwo przyczyn i skutków, wypełniające całą powieść – na sam koniec pojawia się nieoczywista, intrygująca ścieżka interpretacji fabuły.

W rezultacie, znana-nieznana „historyjka z kosmosu” staje się więcej niż ciekawą opowiastką. Okazuje się mądrą opowieścią o człowieczeństwie i jego dylematach, z interesującym, przykuwającym uwagę protagonistą. To może za mało dla wyjadaczy tematu, jednak każdy z nich ma chwilami chęć na szczyptę nostalgii: klimaty przewałkowane, naiwne, ale lubiane. Każdy z nas zna takie filmy (do których świetnie pasuje pyszne, niezdrowe jedzenie) i taką muzykę (której świetnie słucha się w samochodzie). Są też i tego rodzaju książki. Dla niechętnie spoglądających dotychczas na gatunek, Światło… będzie natomiast nienajgorszym pomysłem na przełamanie sceptycyzmu. Z tego też powodu doskonale nadaje się na pierwszą pozycję nowej linii Rebisu. Jako nieco twardsza science fiction, ale o miękkich krawędziach. Nieodstraszająca terminologią, żargonem, z płynnymi przejściami między charakterystyczną dla nurtu panoramicznością problematyki, a mikroskalą właściwą prozie silnie emocjonalnej, obyczajowej. Namalowana w ten sposób – kanciasta, archetypiczna postać Reubena Vaybara tylko zyskała. Czytelnik zaś zyska, być może, okazję do kilku rozważań na temat naszego gatunku. Mniejsza, że po raz kolejny.

 

Korekta: Paulina Koźbiałswiatlo_cieni_duze_qfant

 

  • Autor: Rafał Dębski
  • Tytuł: Światło cieni
  • Data wydania: 01 kwietnia 2014
  • Wydawnictwo: Rebis (seria: Horyzonty Zdarzeń)
  • ISBN: 978-83-7818-455-3
  • Liczba stron: 272
  • Okładka: miękka ze skrzydełkami

 

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: