Przemysław Borkowski, „Hotel Zaświat”

Przemysław Borkowski, „Hotel Zaświat”


Recenzowała:: Jagoda Wochlik

Całkiem niedawno czytałam lekką i przyjemną powieść obyczajową. Jednym z jej bohaterów był komik dający wieczorne występy w barach. Wielu ludzi z jego branży rozśmieszało ludzi, ale tak naprawdę w duchu skrycie marzyło o napisaniu książki. Prawdziwej, naturalistycznej historii o tym, jakie życie jest ciężkie, a świat podły. Dlaczego podczas lektury „Hotelu Zaświat” przypomniała mi się właśnie tamta powieść? Po części pewnie dlatego, że jej autor, Przemysław Borkowski, jest kabareciarzem, członkiem Kabaretu Moralnego Niepokoju. A po części również dlatego, że „Hotel Zaświat” wesołą lekturą bynajmniej nie jest.

Bohaterem książki jest Krzysztof. Mąż, ojciec rodziny, mieszkaniec wielkiego miasta. Pewnego dnia powraca na zapadłą i zabitą dechami wieś, by sprzedać niszczejący rodzinny dom. Formalności się przeciągają, a nasz protagonista zaczyna znajdować różne dziwne części… ludzkiego ciała. A to rzeką płynie noga, a to natyka się w lesie na ucho. Tyle na temat fabuły. I teraz zacznie się problem. Bo jest to fabuła dobrego kryminału/powieści sensacyjnej/thrillera[1]. To samo sugeruje nazwa wydawnictwa, które zdecydowało się „Hotel Zaświat” wypuścić na rynek, mowa bowiem o Oficynce. Tyle że „Hotel Zaświat” moim zdaniem kryminałem nie jest (ani powieścią sensacyjną czy thrillerem). Napięcia tam jak na lekarstwo, wielka tajemnica do rozwiązania też jakaś taka mało pociągająca, a zbrodniarz owszem pojawia się, ale jakby przy okazji. Przy okazji czego? No właśnie. Przy okazji snucia się po krainie rodzinnych korzeni, podróży sentymentalnej, w której wciąż porównuje się to, co było, z tym, co jest. Mamy tu też kilka socjologicznych refleksji, szczyptę dowcipu, listy Krzysztofa do żony (ach, czy schemat bohatera odciętego kompletnie od świata, znajdującego się w miejscu, gdzie sygnał telefonii komórkowej nie sięga, a tylko diabeł mówi dobranoc, nie jest już niemiłosiernie, do granic możliwości i niemożliwości ograny?). Mamy też przytoczone opowiadanie z lat młodzieńczych głównej postaci (skądinąd bardzo udane, chyba najlepszy fragment powieści) oraz próby literackie miejscowego młodszego aspiranta-policjanta (ludożercze świąteczne karpie, seeeerio?). Wszystko to jakieś takie posklejane, połatane, pozlepiane. Połączone na siłę. Jestem w stanie odpowiedzieć, czym „Hotel Zaświat” nie jest. Ale czym jest? Tego już nie potrafię określić. Choć gdybym miała celować, obstawiałabym, iż najbliżej mu do powieści obyczajowej. Zresztą całkiem dobrze napisanej. Bowiem, jeśli chodzi o styl, ten prezentowany przez Przemysława Borkowskiego podoba mi się bardzo i jest chyhotel-zaswiat-qfantba największym atutem książki.

Czy warto przeczytać „Hotel Zaświat”? Z całą pewnością nie jest to czarny koń zawodów (na pewno nie w kategorii, o której była mowa powyżej), ale to wciąż sprawnie napisana książka, dla której można zaryzykować.


[1]              Niepotrzebne skreślić.

 

  • cykl wydawniczy: Szpunt do Antałka
  • wydawnictwo: Oficynka
  • data wydania: 10 maja 2013
  • ISBN: 9788362465675
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: