Philip José Farmer, Bogowie Świata Rzeki

Philip José Farmer, Bogowie Świata Rzeki


Recenzowała: Małgorzata Ślązak

 

Warto popłynąć

O wielu rzeczach jesteśmy w stanie twierdzić. O wielu więcej możemy jedynie mniemać.

Science fiction, pozwalając sobie na śmiałą żonglerkę paradygmatami i rachunkami prawdopodobieństwa, ma rzadką okazję stworzyć iluzję zamiany mniemania w twierdzenie, bazując na immersyjnych właściwościach opowieści. Tylko tyle i aż tyle. Pozornie łatwa sztuczka – stworzyć fikcję, opisać ją, oczarować czytelnika – sprowadziła na mielizny tych, których sztuka nie obroniła się w czasie, przechodząc do lamusa.

Świat Rzeki” Philipa José Farmera zaliczany jest dziś do perełek fantastyki naukowej, lecz klasyfikacja ta sprawia wrażenie akademicko-muzealnej, jeśli spojrzeć na reakcje czytelników współczesnych i ich odbiór oryginalnego (niewątpliwie) uniwersum amerykańskiego pisarza. Z relacji tych wyłania się obraz mocno zakurzonej perły, której blask mogliby przywrócić tylko wyjątkowi zapaleńcy. Krytycy Farmera zarzucają mu sporo i przynajmniej w części zarzutów trudno się z nimi nie zgodzić. Jednak mimo braków, „Riverworld” wciąż zaskakuje, daje do myślenia i najzwyczajniej w świecie potrafi zafrapować, jeżeli tylko damy autorowi szansę i przebrniemy przez słabsze momenty całości. Historię zbudował bowiem na dwóch mocnych filarach: charakterystycznym dla SF ontologicznym niepokoju oraz gęsto utkanej, niepozbawionej sensacji intrydze, typowej dla wciągających książek przygodowych.

Bogowie Świata Rzeki”, tom piąty cyklu, niektóre wady poprzednich wygładza, inne, niestety, przenosi z sobą jak mikroby. Nadal jednak jest to rzecz, którą zwyczajnie „się czyta”, a zagadka tajemniczych wskrzesicieli trzyma w napięciu do końca.

Do pierwszych dwóch zdań recenzji Farmer dodałby zaczepne pytanie „Czyżby?”. A gdyby tak zamiast zaświatów, otchłani, piekieł i niebios, oczekiwała nas twarda rzeczywistość: fizyczna, namacalna, obserwowalna, dająca się poznać, a więc i podważyć? Nie jest to pomysł zupełnie nowy i pewnie plasuje się nawet w czołówce co popularniejszych wizji życia po śmierci – gdzie mamy i rajskie łąki, i „machinaria”; wersje zarówno technologiczne, jak i tradycyjne, mistyczne.

Pomysł ten zyskuje równie prostą, chociaż bardzo intrygującą oprawę: nad liczącą miliony mil rzeką budzi się nago około trzydziestu miliardów wskrzeszonych ludzi (liczba ta waha się w obrębie wszystkich pięciu tomów, zarówno wskutek wydarzeń, jak i braku precyzji samego autora). Pochodzą oni z różnych epok, stuleci, ras i narodów. Są zdezorientowani i przerażeni; zaświaty różnią się od tych znanych ze świętych ksiąg. Tajemnicza siła karmi ożywionych za pomocą kamiennych grzybów, zwanych później rogami obfitości. Jak to zwykle bywa, na całą rzeszę zadziwionych takim stanem rzeczy, znajduje się też całkiem spora liczba dociekliwych, szukających jego źródła. Tak można, bez uszczerbku dla fabuły, zdradzić jej główny wątek, wypełniający kolejno poszczególne tomy „Świata Rzeki”, budujący dla uniwersum ontologiczne i socjologiczne tło.

Przez kolejne cztery tomy poruszamy się po Rzece jak po sinusoidzie. W pierwszym świetny w prostocie pomysł wydaje się nieoszlifowany; brak jeszcze rozmachu (przeplatanie dłużyzn telegraficznymi skrótami będzie się zresztą powtarzać dalej), postaciom zaś głębi. Nierówności nie znikają dalej; tajemnica wskrzesicieli nadal skupia uwagę czytelnika, lecz błędy, z różną częstotliwością, występują do końca. I tak na przykład pojedynek dwóch intrygujących, skomplikowanych osobowości – Sama Clemensa, czyli Marka Twaina, oraz wyrachowanego Jana Bez Ziemi – tworzy fantastyczną polifonię z ich morską wojną. Skala mikro świetnie kontrastuje z makro. Takie kontrasty zarówno między bohaterami, jak i we wnętrzach ich samych, autor serwuje nam smacznie i obficie. W formie opowieści korzysta zaś z więcej niż jednego wzorca czy gatunku; tradycyjny motyw drogi, wędrówki inicjacyjnej, wykorzystuje tu w nowy, niekonwencjonalny sposób. Podróżując do źródeł Rzeki, nie odkrywa już siebie młodzieniec czy dziewczyna, lecz starzec w ciele młodzika; duch sprzed wskrzeszenia i ze świata Rzeki walczy w tej samej osobie. Dochodząc do pułapu pary i elektryczności (wprawdzie nieco zbyt dostępnego w tym świecie i zanadto bogatego w wynalazki), bohaterowie wkraczają w realia steampunkowe. Zmagania na morzu wprowadzają na chwilę w złudzenie obcowania z powieścią marynistyczną. Samo zaś przesunięcie środka ciężkości historii z opisu akcji na jej problematykę, a także specyficzne (niestety, czasami nużące) dialogi, w których bohaterowie objaśniają rzeczywistość – są osadzone w typowym SF. Całość współgra z sobą w barwny sposób, podlana sosem akcji i przygody.

Gdzie zatem haczyk; wspomniany na początku kurz i śniedź?

W braku proporcji.

Tam, gdzie powieść zbliża się do epickiej dynamiki, Farmer upraszcza i akcję, i wprowadzane tropy. Tam, gdzie rozważa los człowieczy – wypycha niekiedy swoje książki słowną watą.

W poprzednich czterech tomach bohaterowie Farmera zmieniają się w menażerię, która szybko ulatuje z pamięci. Autorowi zdarza się bawić zupełnie pustą żonglerką imion i nazwisk, przytaczać zaśmiecające treść anegdotki czy wtręty z przeszłości, snujących się jak cienie postaci epizodycznych. Przy całej ilości nazw plemion, narodów czy kultur, nie przybliża żadnej z nich, za to irytująco często zamieszcza mini-streszczenia wydarzeń wcześniejszych i suche, nijakie noty biograficzne, udające tekst literacki.

„Bogowie…” przynoszą ograniczenie ilości postaci na rzecz jakości, co wychodzi całemu cyklowi na zdrowie. Śledzenie losów początkowo małej, potem rozrastającej się grupy w klaustrofobicznej, mrocznej scenerii wieży-labiryntu jest prawdziwą przyjemnością, chociaż pisarz stosuje czasami strategię „zza węgła” (lub też „diabełka z pudełka”), wprowadzając nieudany element zaskoczenia czy zbyt proste rozwiązanie trudnego fragmentu zagadki, ewentualnie motając w węzły to, co nie miałoby dla opowieści większego znaczenia.

Kreacja bohaterów to mocny atut Farmera, który posiadł dar celnego ujmowania największych i najciekawszych sprzeczności psychiki ludzkiej. A jednak i tutaj stawiano mu zarzuty. Jednym z nich jest na przykład, widoczne przez większość cyklu, spłycenie sylwetek kobiet. „Gdzie nasze ciała porzucone” prezentują nam kilka nieznaczących partnerek łóżkowych mężczyzn. Wyróżnia się jedynie Alicja Liddell Hargreaves, żywy pierwowzór Alicji z Krainy Czarów – wiecznie czymś urażona, pruderyjna dama z epoki wiktoriańskiej, działająca raczej według konwenansów niż zdrowego rozsądku. Mroczny wzór (tom III) wprowadza co prawda Jill Gulbirrę, energiczną panią pilot, jednak jej skrajny feminizm ma w sobie coś karykaturalnego i przez to odbiera nieco wiarygodność tej, poza tym zupełnie udanej, postaci. Przez tę dysproporcję, wyczuleni na punkcie równowagi płci czytelnicy mogli zupełnie pominąć fakt, że kobiety znad Rzeki to doskonałe wojowniczki, łuczniczki, oficerowie. W „Bogach…” Farmer przeszedł w tym względzie od ogółu do szczegółu i udało mu się wprowadzić na scenę dość ciekawe panie, które, chociaż nie grają żadnej z wiodących ról, mają w sobie pewną intrygującą tajemnicę, nawet jeśli zostały tylko naszkicowane. Znacznej komplikacji uległa sama Alicja. Autor dał jej wreszcie moc decydowania o sytuacji, a także kluczową rolę w starciu finałowym, opartym o literacki flirt z powieścią Carrolla.

Co do mężczyzn, pierwsze skrzypce nadal gra Richard Burton, dziewiętnastowieczny awanturnik, podróżnik i lingwista, do tego cynik i arogant. Jest on jednak swoim przywództwem wyraźnie zmęczony, chociaż nadal butny. Postać tego zarozumiałego i chytrego Anglika potrafi wzbudzić w czytelniku ambiwalentne emocje właściwe przez całą opowieść, jest wieloznaczna, a w „Bogach…” uległa jeszcze rozwojowi; czuć ciężar lat i podróży przez Rzekę, jaki dźwiga samozwańczy lider. Błyszczy charyzmą nie dlatego, że autor tak o nim napisał, lecz przez to, iż się ten magnetyzm charakteru żywo odbiera, czytając. A do tego pojawia się w galerii nie mniej interesujących „konkurentów”. Najciekawszym z nich jest Peter Jairus Frigate.

W tym wiecznie wątpiącym, pełnym słomianego zapału, miotającym się między jedną opcją a drugą alter ego autora, mieści się całkiem pokaźny zapas lęków, wątpliwości i kaprysów każdego człowieka. Kapitalnie ludzką, pełnokrwistą sylwetkę Petera zestawia Farmer z szeregiem innych, całkiem nieźle operując bohaterem zbiorowym – już nie menażerią, ale zbiorem wyraźnych jednostek, które wyczerpują wachlarz wiarygodnych reakcji na zjawisko zmartwychwstania i związanych z nim możliwości oraz zagrożeń. Co przy tym istotne, wielogłos ten sprawia, że pisarz wymyka się próbom pochwycenia go w siatkę konkretnego światopoglądu. Mimo iż wizja wskrzeszenia w „Świecie Rzeki utrąca wierzchołki głównych religii, mimo iż wyraźnie określa formę duszy – pytanie o praprzyczynę kierującą światem nie ulega przedawnieniu. Postawa religijna, jako taka, nie zostaje wyraźnie skompromitowana, tak samo jak nie jest wywyższona, różne są sposoby ludzi na poradzenie sobie z pośmiertnym szokiem poznawczym – obok agnostyka Burtona mamy wierzącego muzułmanina, zaś nowopowstały kościół tzw. Szansowców wyraźnie przyczynia się do złagodzenia obyczajów nad Rzeką.

Zbiór mniemań równoważy zbiór twierdzeń. Nawet jeśli zastosowane przez Farmera rozwiązania logiczne i naukowe (znów kłaniają się tu irytujące skróty w miejscach wymagających precyzji) trącą naiwnością.

Dlatego też warto sięgnąć po „Bogów…”,. a najlepiej po całość cyklu. Mistrzem słowa Farmer nie jest; ani z niego ekwilibrysta, ani dekorator. Brak zarówno inteligentnych gier narracyjnych, jak i wykwintnej ornamentyki, zdania są dość kanciaste i chropawe. Mankamenty w treści, opisane wyżej – nie najmniejsze. Stopniowo odkrywany „Świat Rzeki” może jednak urzec, zaś celnie odnotowane spostrzeżenia Farmera na temat natury człowieka i kształtowania się cywilizacji, nie stracą ważności przez długi czas. Przeprawa przez Rzekę łatwa nie będzie, ale warto popłynąć nią w podróż.

Docierając jak najdalej się da.

 

Korekta: Grzegorz Hammerbogowie świata

  • Tytuł: Bogowie Świata Rzeki
  • Autor: Philips José Farmer
  • Tytuł oryginalny: Gods of Riverworld
  • Przekład: Grzegorz Komerski
  • Wydawnictwo: MAG Data wydania: 2013
  • ISBN: 978-837480-372-4
  • Ilość stron: 378

 

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: