Peter Watts „Echopraksja”

Peter Watts „Echopraksja”


Recenzowała: Małgorzata Ślązak

 

Piękny fraktal

 

Można powiedzieć, że „Echopraksja” musiała być napisana. Jeśli nie zaplanowałby jej sam autor, kontynuacji „Ślepowidzenia” domagaliby się czytelnicy. Przyjęte entuzjastycznie, stało się prędko gwiazdą swojego gatunku. Nie do pominięcia w dzisiejszych dyskusjach na jego temat. Dlatego pisząc o „Echopraksji”, powrócę do pierwszej części cyklu Wattsa, pozwalając sobie na dłuższą dygresję. I nieco odmienną od dotychczasowych formę recenzji.

Emergentna całość

W „Ślepowidzeniu” Watts stworzył science fiction totalną: z jednej strony silnie zakotwiczoną w nauce, z drugiej – bardzo plastyczną. Poddającą się licznym i nieoczywistym interpretacjom, umiejętnie rozgrywającą kwestie, które dobra literatura porusza niezależnie od szufladki (a zatem i fabuły). Powstała SF diamentowo twarda: spełniająca kryteria żądanej naukowości, ale i bliska ontologicznemu rdzeniowi nurtu, który bierze sobie idee za podstawę, nie ornament.

Na ten holistyczny wymiar powieści złożyły się liczne zalety. Wybieganie naprzeciw świeżym trendom. Rozpatrywanie problemów zajmujących nie tylko współczesnych naukowców czy geeków, lecz wszystkich poznawczo aktywnych, zachowujących jeszcze zdolność do dziwienia się światem. Umiejętne łączenie motywów już znanych i wyeksploatowanych, które złożyły się na świeżą, emergentną całość. Watts nie tylko ustrzegł się wybiórczego prognozowania przyszłości, ale też postarał się, by przyszłość ta była dynamiczna i stanowiła pożywkę dla naszych własnych dociekań. Oparte o żmudną kwerendę i konsultacje ze specjalistami nowinki autora nawzajem do siebie przystawały i wynikały z przeobrażeń w futurystycznym świecie. Logika i spójność zaowocowały mocnym rezonansem z doświadczeniami czytelnika. Lektura „Ślepowidzenia” dla wielu skończyła się zburzeniem poznawczego, a być może i moralnego spokoju. Przedstawione problemy – tożsamości, świadomości, relacji z Innym – mogliśmy postrzegać jako fraktal. Powracały w różnych skalach i na różnych płaszczyznach. Przykładem zagadnienie obcości: od obcego ja, zmienionego celową ingerencją z zewnątrz, poprzez stosunki z postludźmi, aż do kontaktu z inną cywilizacją. Watts napisał „Ślepowidzenie”, budując rozgałęzienia i ścieżki, wiodące do tematów wcale nie pierwszoplanowych, lecz równie ciekawych, co wątek główny.

A może ciekawszych.

Nie tylko pierwszy kontakt

Obiecujące tło prosiło się o dopełnienie, podobnie jak kwestie pozornie mniej istotne od wątku pierwszego kontaktu. Motyw ten zdominował wiele (większość?) pochlebnych recenzji i zachwytów[i], przyćmiewając trochę wysiłek pisarza, który postawił na wizję kompletną. Efekt nowości i kapitalnych fajerwerków (obcych, wampirów z ich wadą, Bandy Czworga, napędu Tezeusza) z pewnością wpłynął na rewelacyjne komentarze, polecanki i najwyższe noty w recenzenckich skalach.

Stąd też można było się spodziewać, że kontynuacją (a właściwie sidequelem) Watts wystawi się na ostry ogień. Sam zresztą, w posłowiu do „Echopraksji”[i],  pisze o swoich obawach. Z większości amunicji wystrzelał się już w „Ślepowidzeniu”, nie da się też powtórzyć pierwszego olśnienia. A co się da?

Wykorzystać rozmach stworzonej fikcji totalnej. Wygładzić kanty. Rozwinąć niedopowiedziane. Użyć tego wszystkiego, co i bez nowej rasy stworzyłoby dobrą książkę.

Przywrócić rzeczom należny porządek.

Bluźnię, co? „Echopraksja” następuje, nie poprzedza. Bazuje na już opowiedzianym.

A jednak napiszę wyraźnie: dzięki sidequelowi zyskuje książka poprzednia, zaś „Echopraksja”, w kilku punktach „Ślepowidzeniu” ustępująca, nadrabia niedobór błysków intensywnością refleksji. Jest pozycją na tyle dobrą, by uzupełniać już istniejącą historię i równocześnie figurować jako spójne, samodzielne dzieło. Zaryzykuję nawet tezę, że gdyby odwrócić kolejność i priorytety, inaczej poukładać geny w tym „DNA dobrej SF” – to „Echopraksja” byłaby pierwsza i nosiłaby koronę. Implikacje transhumanizmu są na tyle rozległe i ciekawe, że błędem (i trochę krzywdą dla autora) jest promowanie wyłącznie „świeżego spojrzenia na obcych” (skądinąd, bardzo udanych). Zbiór pytań o to, kim jesteśmy, skąd przychodzimy, dokąd zmierzamy – okazał się zbyt duży na jedną (o)powieść.

Na nasze, czytelników, szczęście.

Bez redundancji

Perspektywa została poszerzona. W „Echopraksji” mamy już nie tylko widok z góry, ale i ziemię widzianą z niej samej. Do tego oczami osobnika dużo bliższego zjadaczowi chleba niż „wybrakowany” Siri Keeton.

Nie mogę się zgodzić z głosami mówiącymi, iż Daniel Brüks jest bohaterem mniej interesującym od Siriego. Z Keetonem wiązał się pewien paradoks narracji: im suchsza i chłodniejsza, tym bardziej pasowała do sylwetki. Lecz z tego względu utrudniała immersję, empatię, wejście w skórę postaci-narratora. Sprowadzony do roli przekaźnika, Siri był ludzki w retrospekcjach i tam, gdzie ujawniało się choć trochę więcej niż misja do wypełnienia (kluczowa scena z Sarastim).

Brüks, „zwyklak”, skamielina w świecie modyfikowanych genetycznie i bionicznie postludzi, znajduje się na tej samej pozycji, co czytelnik. Czytelnik-obcy. Wykluczony z kręgu ultranowoczesnych Ziemian XXI wieku. Daniel nie bardzo wie, w co się dokoła niego gra, a czytelnik ma przyjemność współuczestniczyć w tej zagadce. Znów mamy ładną, fraktalną strukturę: uwikłanie dotyczy obydwu – protagonisty i odbiorcy. Jest niepokój. Jest dreszcz. Wprawdzie najlepsze, najpiękniejsze partie grozy stworzył Watts już w „Ślepowidzeniu”, w opisie Rorschacha, jednak poziom napięcia równoważy niedostatki tamtego nastroju. „Ślepowidzenie” przypomina w tym zestawieniu klimatyczny, kosmiczny horror, „Echopraksja” – wartki thriller. Ten drugi ma więcej wątków. Poprzedniczka skupiała uwagę trochę w kierunku „Co zaraz zza ściany wyskoczy?”. „Echopraksja” bardziej meandruje i do końca jest pełna tajemnic.

Śledzeniu tajemnic sprzyja zaś fakt, iż relacje między postaciami uległy normalizacji, a tym samym – pogłębieniu. Nareszcie więcej jest trybu codziennego niż zadaniowego. Uczestnicy tych relacji to sylwetki równie ciekawe, co załoga Tezeusza, lecz bardziej ludzkie. Pisarz zbudował część z nich na zasadzie „drugiego do pary”. Główni bohaterowie „Echopraksji” stanowią A’ dla A z części poprzedniej. Nie chodzi o podobne stanowisko na statku, a o użyty szablon. Samo jego wykorzystanie nie jest wadą (Wattts nawet kopiować umie z wdziękiem), lecz nie do końca zadowoli tych, którzy oddali serce ekipie Tezeusza.

Sympatyków Sarastiego rozczarować może Valerie. Wydaje się przerysowana, obdarzona zbyt wielkimi możliwościami. Przefajnowaniem budzi dodatkową antypatię (ta właściwa, podstawowa, wynika z roli, i jest plusem). Wampirzycy brakuje jedynej w swoim rodzaju lodowatej klasy i zagadkowości Jukki. Niemniej, uzasadnia ona lifting motywu krwiopijcy jako składnika elementarnego, nie tylko przyprawy.

Tych przypraw nie ma zresztą zbyt wiele, choć długość bibliografii każe sądzić inaczej. Wbrew śmiałości swojej wizji, Watts nie szafuje wynalazkami i fachowym słownictwem aż tak, by uczynić powieść niezrozumiałą. To, co się pojawia, jest raczej zbliżeniem nauki do jej matki filozofii (dla mnie najpiękniejsze porozumienie, jakie może być), aniżeli chwytaniem kilku srok za ogon, estetyzacją typową dla konwencji czy zamierzoną elitaryzacją kręgu odbiorców. Do fraktalnych struktur-dylematów dołączają kwestie Boga, wiary, religii, wolnej woli, łączące się z problemem naszej siły napędowej: zarówno ewolucyjnej, zbiorowej, jak i jednostkowej, motywującej do działania. Gdzieniegdzie, trzeba przyznać, ta obfitość nieco się rozłazi, stopując tempo czytania. Nie da się jednak mówić o redundancji czy kalkowaniu tego, co już było. Posługując się terminem tytułowym, powiemy o echopraksji, służącej jako kod nawigacyjny. Nie o prostej powtórce z rozrywki.

Wątek religijny stanowi pomost między „wszechświatem wewnętrznym” naszej psychiki, a tym właściwym – kosmosem. Watts pyta o jeden i drugi, a pytania te nie są wygodne. Co warto podkreślić, autor nie przerzuca swoich zdeklarowanych poglądów do samej treści „Echopraksji” (bohaterowie mają różne stanowiska). Z cudzymi polemizuje dopiero w posłowiu – równie ciekawym, co fabuła…

…Lepsza, gorsza… Inna?

„Echopraksji” nie mogę nazwać gorszą od „Ślepowidzenia”. Nie tylko dotrzymuje kroku powieści-matce. Pod względem siły kopa w mózg – jest nawet lepsza. Ma gęściej utkaną strukturę, żyźniejszy grunt pod refleksje. Pewne chropawości wynikają ze strony literackiej, nie słabości wizji.

Trudno mi jednoznacznie ocenić, na ile szorstkość kompozycji, brak płynności w montażu poszczególnych scen czy naprawdę ciężkie do przyswojenia fragmenty są winą polskich redaktorów, na ile zaś autora. Pewna sztywność formy, widoczna już w „Ślepowidzeniu” uwiera nadal, a może nawet bardziej (bo też sama intryga urosła wykładniczo). Lubię, gdy powieść wymaga. Znam zasady gatunku. Nie lubię, gdy intencja gubi się w przekazie (nie mylić z żądaniem łatwego gadania). Nie wszyscy chodzą tymi samymi skrótami. Momentami brakowało mi oddechu, który w „Ślepowidzeniu” dawały sceny z Chelsea czy Helen – gdzie sama tematyka (codzienności, uczuć) pozwalała odpocząć od zbierania poszlak. Gdzieniegdzie współistnienie z Danielem w świecie dezinformacji wadziło: Brüksa więziła sytuacja, odbiorcę – język.

Wszystkie te zgrzyty raczej nie postawią Wattsa obok mistrzów-gawędziarzy, pisarzy, którzy czarowali słowem, „literackością”. Nie umieścimy Daniela i reszty wśród głębokich literackich charakterów. Nie trzeba jednak tego robić. Bo i po co.

„Echopraksja” szarpie jaźń czytelnika, mocno uderza w sam łeb. Pomimo wad jest powieścią rewelacyjną. Niekoniecznie doskonałą. Za to na pewno wysokokaloryczną. W świecie pełnym serków light i literatury beztłuszczowej, za to posłodzonej – pożądaną nie tylko przez koneserów gatunku.

Korekta: Katarzyna Tatomir


[i] Echopraksja; Przypisy i bibliografia, str. 413echopraksja_d

  • Autor: Peter Watts
  • Tytuł: Echopraksja
  • Wydawnictwo: MAG
  • Gatunek: (hard) science fiction
  • ISBN: 978-83-7480-446-2
  • Data wydania: 24 września 2014
  • Wymiary: 155x230 mm
  • Oprawa: twarda z obwolutą
  • Liczba stron: 432
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: