Peter F. Hamilton, „Upadek smoka”

Peter F. Hamilton, „Upadek smoka”


Autor: Łukasz Szatkowski

Peter F. Hamilton jest już pisarzem na tyle u nas znanym, iż można by pomyśleć, że wszystkie jego starsze powieści, które się do wydania nadają, zostały już wypuszczone. A jednak. Zysk i S-ka odkopał niedawno „Upadek smoka”, powieść z 2001 roku, a w dodatku podobno światowy bestseller. Do tej pory znaliśmy tego pisarza głównie z cykli, teraz mamy do czynienia ze standalone’em, może to dlatego „Upadek…” został pominięty. Tytuł sugeruje fantasy, jednak fani Hamiltona nie muszą się obawiać – to science fiction czystej wody.

Ziemią rządzą wielkie korporacje. Posiadają własne siły zbrojne, zakładają kolonie na innych planetach – wartość, znaczenie, pozycję i możliwość wpływania człowieka na świat określają udziały, jakie posiada w danej korporacji. Lawrence mieszka na jednej z ziemskich kolonii, powoli przystosowywanej do życia dla ludzi. Jako syn członka zarządu przygotowywany jest do kompetentnego zarządzania planetą. Jednak chłopca nie obchodzą nudne lekcje w szkole – marzy o zostaniu pilotem i odkrywaniu nowych planet. Tłamszony przez wymagającego ojca staje się klasycznym przykładem zbuntowanego, antypatycznego nastolatka. Wszystko zmienia dopiero pierwsza miłość. Do czasu. Na skutek złożenia się kilku życiowych zawodów Lawrence ucieka na Ziemię i zaciąga się do działu bezpieczeństwa strategicznego (czyt. wojska) jednej z nielicznych korporacji latających jeszcze z misjami w kosmos. Na jednej z planet natyka się na dziwną społeczność, która wyraźnie coś ukrywa. Po latach, już jako sierżant, postanawia na własną rękę zbadać intrygującą sprawę. Na drodze stanie mu jednak zaskakująco sprawny ruch oporu, który nie godzi się na bezduszne rządy korporacji.

Nigdy nie miałem buntowniczej natury i popieranie ruchów próbujących obalić legalną władzę wyraźnie mi nie leży. Może gdybym urodził się wcześniej, byłoby inaczej. Dzisiejsze ruchy rewolucyjne, zwłaszcza w Europie, to trochę wyważanie otwartych drzwi, ale dość już o tym. W powieści prawo stoi po stronie korporacji. Jej wyprawy na ziemskie kolonie w celu „wypłacenia dywidendy” i „zebrania aktywów”, choć wyglądają jak pirackie najazdy, są prawnie i logicznie uzasadnione. Skoro ktoś zainwestował w powstanie kolonii, to ma teraz prawo do zysków z tej inwestycji. Koloniści wiedzieli, co robią, nikt ich do niczego nie zmuszał. Po latach nagle budzą się i dochodzą do wniosku, że oni to teraz są niezależnym światem i korporacja ma się wypchać. Ta jednak potrafi dbać o swoje interesy – wbija się na planetę ze swoim wojskiem, z technologią nieporównywalną do miejscowej (przeważnie – wokół wyjątku od tej reguły kręci się znaczna część fabuły „Upadku smoka”) i zabiera, co jej się należy. Zajmuje strategiczne fabryki, które przez określony czas produkują tylko na potrzeby korporacji, przejmuje cenne ruchomości. Ale przy tym dzieli się nowymi technologiami. Nie z altruizmu, naturalnie, ale po to, by, kiedy przylecą za kolejne dwadzieścia lat, dywidenda była jak najwyższa. Proste. Dziwi mnie jedynie fakt, że nie jest to załatwiane w sposób bardziej cywilizowany. Przecież przez dwadzieścia lat można metodycznie, bez większego uszczerbku dla społeczeństwa, zbierać fanty, wprowadzić jakiś niewielki dodatkowy podatek. Wtedy inwestorzy zabraliby po prostu, co do nich należy, i odlecieli, a tak siedzą im na głowie przez parę miesięcy, wprowadzają coś na kształt stanu wojennego, całe życie gospodarcze stoi w miejscu. Po co?

Jest jednak więcej powodów, dla których trudno sympatyzować z ruchem oporu w „Upadku smoka”. Po pierwsze, główny bohater, całkiem sympatyczny, porządny, uczciwy gość, dowodzi jednym plutonów korporacji. Kiedy buntownicy bestialsko mordują jego ludzi, z którymi jest tak związany, ciężko przyznać im rację. W ten sposób doszliśmy do drugiego powodu. Mniejsza bowiem, gdyby to był „uczciwy” ruch oporu, przygotowujący zamachy itp. Nic z tych rzeczy, są dużo bardziej subtelni, cyniczni i wyrachowani – nie tylko mordują żołnierzy korporacji, ale wykorzystują ich słabości, by wrabiać ich w afery, skutecznie podkopują morale, niszczą psychicznie. A wszystko to bez bezpośredniego starcia, nikomu nie da się nic udowodnić.

Jednak, co ciekawe, ale i odrobinę irytujące, ta walka okupanta z niepodległościowymi partyzantami w finale powieści okazuje się zupełnie nic nie warta, generalnie mogłoby jej wcale nie być, cały środek można by streścić w jednym rozdziale i przejść do rzeczy. Mówię to oczywiście w kontekście koncepcji całości, bowiem te potyczki śledzi się naprawdę z zapartym tchem i dużą satysfakcją. Niemniej, wątek tytułowych smoków, o których nic nie powiem, bo byłby to za duży spojler, przykrywa zwykłe, ludzkie sprawy, vanitas vanitatum et omnia vanitas, chciałoby się powiedzieć. Tajemnicze smoki symbolizują globalne cele, nieporównywalne ważniejsze od tych jednostkowych.

„Upadek smoka” kończy się błyskotliwą puentą, swoistą pętlą, która zgrabnie domyka otwarte wątki. Dobrze pomyślane, niczym w rasowym opowiadaniu. Powieść Hamiltona znajdzie czytelników w różnych kręgach – zadowoleni będą zarówno miłośnicy military sf, space opery, jak i ci preferujący tajemnicze cywilizacje obcych i zabawy z czasem. Nie jest to książka krótka, ale czyta się doskonale.

Korekta: Aleksandra Żurek

 

Autor: Peter F. Hamiltonupadek_smoka_qfant

Tytuł: Upadek smoka

Data wydania: wrzesień 2012

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Pozostałe dane: Tłumaczenie: Krystyna Chodorowska

Tytuł oryginału: Fallen Dragon

ISBN: 978-83-7506-719-4

Liczba stron: 844

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: