Paweł Matuszek „Onikromos”

Paweł Matuszek „Onikromos”


Recenzował: Damian Drabik

Pod koniec maja wydawnictwo MAG zaprezentowało drugą powieść Pawła Matuszka, dziennikarza i publicysty, który zadebiutował literacko w 2011 roku powieścią „Kamienna ćma”, w której całkowicie odwrócił się od podstawowych schematów fantasy oraz tradycyjnej narracji. Przyniosło mu to wówczas nominację do nagrody Zajdla. Pięć lat później autor powrócił z książką „Onikromos” – epickim, blisko ośmiuset-stronicowym dziełem pełnym zagadek i tajemnic.

Poznajemy Drussa, jedynego człowieka żyjącego w świecie Linvenogre, w którym wspólnie egzystują przedstawiciele różnych ras. Mężczyzna jest znakomitym tropicielem xulo, czyli pewnych sygnałów, zakłóceń, przejawiających się w jego rzeczywistości. Gdy następuje tajemnicze wyładowanie, w wyniku którego ginie jego brat Basal, Druss postanawia zbadać sprawę impulsu.

Trudno przytoczyć rzetelny opis tej historii. Podany powyżej wstęp nie jest w stanie tak naprawdę powiedzieć nic potencjalnemu czytelnikowi. Być może zamiast opowiedzieć o fabule, dużo bardziej pomógłbym odbiorcom, mówiąc że jest to książka o poszukiwaniu pewnych prawd, istoty człowieczeństwa, piękna, a także próba przełożenia makro (świata, wszechświata, a może wszechświatów) na mikro w bardzo unikatowy sposób. Dużo tu filozofii, co nie dziwi, zważywszy że Matuszek filozofię studiował. Nie jest to jednak przekładanie filozofii na język fantastyki w sposób Dukajowski (choć obaj tworzą zupełnie nowe fantastyczne światy, z łatwością kreują neologizmy i stawiają często trudne pytania). Matuszek robi to na swój własny sposób i z pewnością na polskim rynku fantastyki bezpośrednio przyrównać go nie można do nikogo innego.

Trzeba powiedzieć jasno – „Onikromos” to nie jest powieść łatwa w odbiorze. Od samego początku dominuje w niej fabularny chaos. Nieustannie przerzucani jesteśmy od bohatera do bohatera, od świata do świata. Niektóre rozdziały składają się tylko i wyłącznie z dialogów, więc na dobrą sprawę nie wiemy, z jakimi bohaterami mamy do czynienia. Chwytamy więc tylko te strzępki informacji, jakimi raczy obdarzyć nas Matuszek.

To powieść-układanka, która zaczyna składać się w jakąś sensowną całość dopiero pod koniec lektury. Nie każdemu czytelnikowi może się to spodobać, bo najważniejszą kwestią, która trzyma odbiorcę przy „Onikromosie”, jest jego tajemnica. Matuszek wyłamuje się z konwencji, pisze po swojemu, nie schlebia gustom i to wcale nie jest tak, że powieść od samego początku trzyma w napięciu. Wręcz przeciwnie – wspomniany chaos, strzępki informacji i niecodzienna forma sprawią, że wielu czytelników może nie złapać się na haczyk tajemnicy i odpaść z lektury na długo, zanim cokolwiek zacznie się wyjaśniać.

Przyczyną takiej sytuacji może być także brak jednego wyrazistego protagonisty, choć za takiego można uważać Drussa. Początkowo jest on jedyną osobą, z którą czytelnik może się w jakiś sposób utożsamić, wszyscy inni pojawiają się bowiem często dosłownie na moment. Niektórzy nie posiadają nawet imienia, z innymi nie sposób się w żaden sposób utożsamić, jeszcze inni pojawiają się tylko na kilka stron. Jest więc tylko i wyłącznie Druss, jedyny w obcym, nieznanym nam świecie. To za nim podążamy, jemu kibicujemy.

Być może dzieło Matuszka jest nieco przekombinowane. To nie jest tak, że forma zdecydowanie dominuje tu nad treścią, bo przecież to, o czym autor pisze, cała ta historia – jeśli zdążymy już w nią wsiąknąć – okazuje się równie fascynująca, jak sposób jej przedstawienia. Wydaje mi się jednak, że brakuje tu wyważenia, postawienia się Matuszka na miejscu czytelnika. Utrudnianie sprawy, miejscami na siłę, nie jest najlepszym wyjściem, a przecież sam stopień zagmatwania nie doda książce powagi, którą ta historia posiada i bez formalnych eksperymentów.

Matuszek, jak widać, nie spieszy się. Swoją debiutancką powieść wydał przed pięcioma laty, a dopiero teraz ukazuje się jego kolejne dzieło. Jeśli jednak autor będzie tak bardzo dbał o jakość swoich powieści, to z chęcią poczekam na jego nową historię kolejne pięć lat. Jest też w fenomenie Matuszka coś zaskakującego, mianowicie fakt, że znajduje się wydawca, który publikuje jego – eksperymentalne przecież – utwory; utwory potencjalnie skazane na finansową porażkę. O ile publikacja „Onikromosu” stanowi już efekt dobrego odbioru „Kamiennej ćmy”, o tyle właśnie tamten debiut zdaje się być najbardziej zaskakujący. Brawa należą się zatem zarówno Matuszkowi, jak i wydawnictwu Mag – za odwagę odkrywania nowych horyzontów literatury fantastycznej.

„Onikromos” to powieść dla cierpliwych czytelników, miłośników ambitnej, wielopoziomowej, skomplikowanej rozrywki. Jeżeli przywykliście do utartych schematów i to je preferujecie, to trzymajcie się od książki Matuszka z daleka, bo autor świadomie łamie konwencje i – być może używam tu zbyt dużych słów – kreśli ramy gatunku na nowo. Jest więc to fantastyka ambitna, miejscami wręcz surrealistyczna, odważna, stawiająca trudne pytania. Jest to także eksperyment, a nie wszyscy eksperymenty lubią. Mnie osobiście „Onikromos” nie przekonał do końca, mam wrażenie, że autor bezstratnie dla treści mógł nieco złagodzić formę. Warto jednak sięgnąć po tę książkę przede wszystkim ze względu na świeżość, którą Matuszek bez wątpienia do polskiej fantastyki wnosi. A o oryginalną fantastykę coraz trudniej.

Korekta: Katarzyna Tatomir

Autor: Paweł Matuszek        Onikromos

ISBN: 978-83-7480-649-7

Oprawa: twarda

Format: książka

Ilość stron: 784

Rok wydania: 20 maja 2016

 

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: