Orson Scott Card, „Ruiny”

Orson Scott Card, „Ruiny”


Recenzował: Łukasz Szatkowski

Ostatnio o Cardzie jest dość głośno z powodu zbliżającej się ekranizacji „Gry Endera” i jej bojkocie, do którego nawołują fanatyczne środowiska LGBT. Tymczasem autor nie przejmuje się medialnym szumem i zajmuje się tym, co wychodzi mu najlepiej – pisaniem kolejnych książek. Nie tak dawno recenzowałem pierwszy tom cyklu prequelowego do „Gry Endera”, a tu już wyszła kolejna powieść Carda, druga część cyklu zapoczątkowanego „Tropicielem”, o tytule „Ruiny”.

                Po przejściu Muru przed Riggiem i jego drużyną otworzyły się nowe możliwości. Wiążą się one jednak z podjęciem odpowiedzialnej misji, której wyniki mają zaważyć na losie całej Arkadii i wszystkich jej mieszkańców. Czy trójka nastolatków obdarzona niezwykłymi zdolnościami manipulowania czasem i dwaj towarzyszący im ex-żołnierze sprostają zadaniu ochrony planety przed niebezpieczeństwem nadchodzącym z Ziemi?

                Jeśli tak, to na pewno nie dzięki wzajemnej współpracy w serdecznej atmosferze. Nie wiem, czy Card specjalnie zestawił ze sobą tak konfliktowe osobowości, i co chciał przez to osiągnąć poza możliwością prawienia dosyć irytujących morałów raz na jakiś czas. Jeśli zamyślił sobie, by wprowadzić czytelnika w rozdrażnienie ciągłymi kłótniami bohaterów, żeby wczuć się lepiej w ich uczucia, to ze mną doskonale mu się to udało. O palmę pierwszeństwa w byciu nadmiernie ambitnym, wiecznie naburmuszonym i infantylnym przez całe „Ruiny” walczyli Umbo i Param. Zawody te wygrała chyba jedyna dziewczyna w drużynie, głównie z powodu jej diametralnej zmiany nastawienia z szarej, zastraszonej myszki do aroganckiej księżniczki, którą tłumaczyć mogę chyba jedynie przysłowiową zmiennością kobiet, o której wspomina już Wergiliusz w „Eneidzie” czy Giuseppe Verdi w operze „Rigoletto”.

                „Ruiny” dopadła także bolączka wielu kontynuacji – ścisła do tej pory historia zaczyna się rozłazić. Z jednej strony przemierzamy dużo większe przestrzenie, ale nie sposób uniknąć wrażenia, że są one puste, nie tak dopracowane jak świat w „Tropicielu”. Można odnieść wrażenie, że autor chciał przekazać zbyt wiele, zbyt daleko posunąć akcję i przez to utracił głębię, przejechał niejako po łebkach. Ponadto nieco brakuje mi międzyrozdziałowych retrospekcyjnych wstawek znanych z poprzedniego tomu, które przedstawiały pokrótce genezę osadnictwa ludzi na nowej planecie.

                Motyw podróży w czasie jest jednym z moich ulubionych w literaturze. Widziałem już niejedno – misterne i fatalistyczne pętle czasowe, zmianę biegu wydarzeń poprzez ingerencję w przeszłe wydarzenia, tworzenie się kilku alternatywnych wersji wydarzeń i wiele innych mniej bądź bardziej ambitnych i oryginalnych wizji. Card moim zdaniem pogubił się w temacie, co nie było trudne przy łączeniu i ciągłej ewolucji kilku specyficznych talentów głównych bohaterów. Sam pomysł na początku mnie olśnił, potem się pogubiłem, aż w końcu zacząłem zauważać niekonsekwencje. Autor zapomina o pewnych prawach, które jeszcze niedawno obowiązywały podróżników, jeśli akurat tak mu pasuje. Kluczy, zmienia i komplikuje, żeby zakręcić czytelnika, a w efekcie sam dostaje małych zawrotów głowy. Bywa, ale trochę szkoda pomysłu niedopracowanego przez drobiazgi.

                Jestem zatem trochę rozczarowany tym, w jaką stronę i w jaki sposób Orson Scott Card pociągnął fabułę naprawdę solidnie zawiązaną w „Tropicielu”. „Ruiny” niestety nie spełniły oczekiwań, które w nich pokładałem, ale i tak z umiarkowanym zainteresowaniem czekał będę na zamknięcie cyklu. Z pewnością tak wyśmienity autor jeszcze niejedno chowa w zanadrzu.

Korekta: Iga Pączek

Ruiny

 

  • tłumaczenie: Maciejka Mazan, Kamil Lesiew
  • tytuł oryginału: The Ruins
  • cykl: Tropiciel
  • wydawnictwo: Prószyński i S-ka
  • data wydania: 20 czerwca 2013
  • ISBN: 9788378395324
  • liczba stron: 384
Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: