Nate Kenyon, „Diablo III. Nawałnica światła”

Nate Kenyon, „Diablo III. Nawałnica światła”


Recenzował: Kamil Dolik

Gdy jesień rozpościera swoje mroczne skrzydła na niebie, lubię opuścić przytulne kąty domu i ruszyć na przełaj przez łąki, pola i lasy. Kroczę pośród tańczących na wietrze liści,
z wolna zmienianych w nicość przed bezlitosne prawa natury, pod kluczami umykających na południe ptaków. W dali majaczą mroczne knieje, w koronach drzew przemykają cienie, w gęstwinie natknąć się można na stare mury lub dziwne szałasy z patyków i podartych łachmanów. W powietrzu czuć grozę – jej dotyk wywołuje przemarsz dreszczy po plecach.

Prawie jak w Sanktuarium.

Przynajmniej tym, które pamiętam z pierwszego aktu drugiej części Złego i Rogatego.

Po powrocie siadam pod kocem, popijam ciepłą herbatę, ale groza towarzyszy mi nadal. Tym razem wlepia we mnie swoje ślepia wprost ze stronic „Diablo III. Nawałnicy światła” Nate’a Kenyona. I przyjmuje zgoła nieoczekiwaną postać...

Akcja powieści rozgrywa się po wydarzeniach z trzeciej części gry, stanowiąc pomost pomiędzy nią, a dodatkiem „Reaper of Souls”. Wydawać by się mogło, że Zło zostało na dobre uwięzione w Czarnym Kamieniu Dusz, pilnie strzeżonym gdzieś w Niebiosach. Nic bardziej mylnego! Energia kamienia zaczyna w niepokojący sposób oddziaływać na jego strażników. Czyżby same Niebiosa nie były w stanie trzymać w ryzach piekielnej hordy? Archanioł Tyrael widzi ratunek w garstce śmiertelników, obdarowanych nieziemskimi mocami. Czy zdołają oni wypełnić szaleńczą misję?

Groza dopadła mnie już w początkowych fazach powieści. Nie wzięła się jednak z towarzyszącego opowiadanej historii mrocznego (i całkiem nieźle oddanego) nastroju, a z rozmaitych potknięć autora. Zdziwiłem się srodze, albowiem jego poprzednią opowieść („Diablo III: Zakon”) pamiętałem jako udaną i wartą zainteresowania również ze strony nie-graczy. „Nawałnica światła” stanowi względem niej dość wyraźny krok wstecz. Zdarzało mi się gubić w fabule (za sprawą dziwnego i zupełnie zbędnego pocięcia akcji), niektóre sploty wydarzeń zdawały się sztucznie wymuszone, papierowość ziała z dialogów. Efekt taki, że podczas czytania często-gęsto zgrzytałem zębami – a widząc zakończenie, mało nie połamałem sobie kłów (nie dlatego, że było jakoś szczególnie złe, a dlatego, że widziałem je już jakiś czas wcześniej – gdzie, nie powiem). Po odłożeniu powieści długo zastanawiałem się, jak mam podejść do jej ocenienia. Męczyło mnie wrażenie obcowania z tworem reklamowym, spisanym i wydanym na szybko, bez ostatecznego szlifu – byleby tylko zdążyć na premierę dodatku do gry i wydoić więcej pieniędzy od złaknionych walki z Diablo fanów.

Kiedy nieco ochłonąłem, przyszła mi do głowy myśl taka: „Diablo III: Nawałnica światła” ma szansę przypodobać się głównie graczom, którzy chcą poznać wydarzenia sprzed afery znanej z „Reaper of Souls”. Jeśli przymkną oni oko (albo i oba) na wymienione przeze mnie powyżej zgrzyty, otrzymają kawał mrocznego, diablowatego fantasy. Pozostali Czytelnicy mogą spróbować, chociaż na ich miejscu wpierw sięgnąłbym po wspomniany wcześniej „Zakon” lub wydane u nas wieki temu „Królestwo cienia”.

 

Korekta: Katarzyna Tatomir

diablo-qfant

  • Autor: Nate Kenyon
  • Tłumaczenie: Przemysław Bieliński
  • Data wydania: 2014.03.19.
  • Wydawnictwo: Insignis
  • ISBN: 978-83-63944-40-7
  • Format: 140x210
  • Strony: 368
  • Oprawa: miękka

 

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: