Michael Peinkofer, „Odwet orków”

Michael Peinkofer, "Odwet orków"


Autor: Jarosław Makowiecki
Korekta:  Bożena Pierga.
Ostrze topora wbiło się gładko w głowę górskiego trolla, przepoławiając ją. Z wnętrza wytrysnęło mnóstwo krwi i wydobył się niewielki, obślizgły mózg. Chuda kreatura ku uciesze widowni ryknęła wściekle w geście tryumfu. Nie ma to jak orczy saobb!

Zazwyczaj, gdy ciągnie się jakąś wcześniejszą opowieść, będąc dodatkowo popędzanym przez czytelników – jak pisze sam autor – musi ona być jedną z tych z najwyższej półki. Z takim przekonaniem przyszło mi zacząć czytać kontynuację „Powrót Orków”. W każdym razie postanowiłem, że dla tak zapowiadającej się pozycji będę bezlitosny! Jak prawdziwi orkowie...

Pojedziemy na łów!

Po zwycięstwie nad siłami zła Balbok i Rammar pławią się w ogólnym uwielbieniu w swoim orkowym domu. Tymczasem pradawne zło powraca, tylko pod inną postacią... Jest jeszcze za słabe, by uderzyć. Posiada potężną moc zdolną stworzyć armię prastarych istot, o których cały świat już dawno zapomniał, a potem na jej czele przejąć władzę nad całym Lądem! Do tego czasu król Corwyn zamierza zjednoczyć wszystkie ludy swego państwa i pokrzyżować plany krwiożerczemu monstrum. Niestety, wydaje się to niemal niemożliwe, zatem postanawia poprosić o pomoc starych przyjaciół...

Cała ta opowieść jest niestety przewidywalna. Mało w niej zdarzeń, które mnie w jakikolwiek sposób zaskoczyły. Mimo iż akcja toczy się w bardzo klimatycznym świecie, nie brakuje jej sporej dawki schematyzmu. To nie jest to, co Fauxy lubią najbardziej...

Towarzyszu mój!

Byłem pod dużym wrażeniem dialogów między braćmi. Rammar jest postacią komicznie zapatrzoną w siebie, przypisującą sobie wszystkie tryumfy i niedostrzegającą własnych błędów. Jego wywyższające się teksty doprowadziły mnie kilkakrotnie do uśmiechu. Szczególnie w sytuacjach, w których takiego odzewu z jego strony nigdy bym się nie spodziewał. Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że w pewnych miejscach Rammar mnie irytował, miast rozśmieszać.

Balbok jest zupełnie inny niż jego braciszek. Zamiast paplać w nieskończoność, woli działać, zaspokajając swą żądzę krwi. To typowa postać, którą się lubi i której się kibicuje. Znacząco odróżnia się od swoich współplemieńców  wrażliwością, chęcią niesienia pomocy czy działania po jaśniejszej stronie mocy.

Różnią się oni diametralnie nie tylko charakterem czy poglądami na świat, ale przede wszystkim wyglądem oraz orężem. Pierwszy to krótkonogi, ociężały, niezdarny grubasek dzierżący dzidę, drugi zaś przedstawia się jako wysoki, chudy, silny wojownik, który chętnie sprawdza się w walce z licznym przeciwnikiem, wymachując na prawo i lewo  ogromnym toporem.


Dzidą po oczach!

Trzeba przyznać, że całe wydanie prezentuje się naprawdę nieźle! Sama okładka już na tyle przyciąga wzrok, że książkę chce się zdjąć z półki. Ilustracja na froncie tomu jest wykonana profesjonalnie i z klasą. Ponadto pewne fragmenty papieru pokryte są śliskim, połyskującym materiałem. Wszystkie strony przy krawędziach zostały ozdobione. Dodatkowo wydawca zamieścił aż trzy mapy Lądu w różnych skalach! Na końcu książki znajdują się dwa załączniki. Pierwszy na temat mowy orków (o tym jeszcze wspomnę), w drugim możemy przeczytać sympatycznie napisany przepis na posokowe piwo. Publikacja wygląda naprawdę świetnie!

 

Dó ju szpik inklisz???

Tym, co przez większą część brnięcia przez książkę najbardziej utrudniało mi czytanie, była mowa orków. W pierwszym załączniku, jak wcześniej wspomniałem, zawarte są wstępne informacje o zasadach posługiwania się  językiem orków i to, co nas bardziej podczas lektury zainteresuje, mianowicie „Podręczny słownik orczo-polski”. W nim zaś umieszczone zostały najczęściej używane przez te stwory słowa, np. saobh – wściekłość (można z tego wywnioskować: saobb – szał).

Główni bohaterowie bardzo często mieszają orczy z ludzkim. Szczególnie na początku co kilka zdań musiałem sięgać na koniec książki po tłumaczenie. Było to nużące i bardzo uciążliwe, a przecież można było w łatwy sposób wyeliminować te niedogodności. Nikt niestety nie pomyślał o tym, żeby zrobić do każdego słówka przypis na dole strony lub umieścić cały słowniczek w zmniejszonej wersji na SAMYM końcu książki, np. na wewnętrznej stronie okładki. Co ciekawe, większość słów z załącznika okazała się zbędna i prawdopodobnie pochodzi z „Powrotu orków”.

Osobną kwestią pozostają tytuły rozdziałów. Całość podzielona jest na dwie księgi, te zaś na kilkanaście rozdziałów. O ile nazwy ksiąg zostały przetłumaczone, o tyle tytuły rozdziałów już nie. Tutaj nawet słowniczek z załącznika w większości przypadków okaże się nieprzydatny. Bezsens.


No to se pojecholim...

„Odwet orków” jest pozycją dla tych, którym nie przeszkadza podczas czytania częste przerywanie i zaglądanie do słownika. Dla mnie opowieść okazała się banalną historią, której zakończenia można się domyślić już po kilku stronach i która odpycha, zanim naprawdę się rozkręci. Peinkofer stworzył ciekawy świat i interesujących bohaterów, lecz nie umiał z tego wykreować emocjonującej opowieści. Następny proszę!

4

FABUŁA 3
OKŁADKA 7+
WYDANIE 6+

+ klimatyczny świat
+ wydanie

- banalna, mało zaskakująca opowieść
- wyglądam na faceta, który zna orczy? O_o

Autor:Michael PeinkoferORKI odwet.indd

Tytuł:Odwet orków

Data wydania:wrzesień 2009

Wydawnictwo:Red Horse

Pozostałe dane:Miejsce wydania: Lublin

Seria wydawnicza: Otchłań

Liczba stron: 472

Format: 140x205 mm

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

ISBN-13: 978-83-60504-60-4

Wydanie: I

Cena: 34, 90 zł.

Loading Facebook Comments ...
Zostaw odpowiedź

Facebook

%d bloggers like this: